,
Obserwuj
Gospodarka

Europejczycy nie chcą jeździć elektrykami. Co na to rynek?

Wyborcza Opole
5 min. czytania
17.01.2025 19:51
Europejczycy uznali samochody elektryczne za drogą ekstrawagancję. Z wyjątkiem Norwegii, gdzie elektryki biją rekordy popularności (bo naładowanie samochodu jest tańsze niż jego zatankowanie), w reszcie kontynentu dane pokazują jednoznacznie: wolimy coś innego. Jesienią, pierwszy raz w historii, to hybrydy pobiły samochody benzynowe. Widzą to Chińczycy, którzy mieli w planach zalać nas swoimi tanimi elektrykami, a teraz gwałtownie te plany zmieniają.
|
|
fot. Pixabay

 

  • Norwegia jest jedynym europejskim krajem, w którym elektryki biją rekordy popularności. Niemal co trzecie auto w Norwegii, to auto na baterie;
  • Generalnie jednak Europejczycy do elektryków odwracają się plecami. W Niemczech sprzedaż aut na prąd spadła o jedną trzecią, we Francji o jedną czwartą - a to największe europejskie rynki;
  • We wrześniu 2024 roku sprzedaż hybryd pobiła sprzedaż samochodów spalinowych;
  • Na konsumenckie wybory Europejczyków starają się odpowiedzieć Chiny.

 

Europejczycy zdecydowali - na prąd raczej jeździć nie będą. A przynajmniej nie masowo, bo elektryki uznali za bardzo drogą ekstrawagancję. Co na to rynek? I co na to rozpychający się w Europie Chińczycy ze swoją motoryzacyjną chińszczyzną?

Pierwszy europejski sukces na prąd

W Norwegii, zimnym i słabo zaludnionym kraju, w którym od osady do osady trzeba przejechać niekiedy i sto kilometrów bez żadnej stacji benzynowej, nie mówiąc o stacji ładowania elektryków - rządzą auta na baterie. W minionym roku dziewięć na dziesięć nowych aut miało napęd elektryczny. To europejski i światowy rekord. Dwa razy szybszy niż w Chinach, które są uznawane za globalnego lidera, jeśli chodzi o tempo elektryfikacji na drogach. To milowy krok do osiągnięcia celu - zakończenia sprzedaży samochodów spalinowych. Dość nieoczekiwany na kontynencie, na którym wbrew eksperckim prognozom i klimatycznym ambicjom - kierowcy zbiorowo odwracają się do aut na baterie - plecami.

Operacja odwrotu od benzyny odbywa się na północy Europy całkowicie na ochotnika. Norweski rząd nie zamierza wprowadzać odgórnego zakazu sprzedaży aut spalinowych, jak planuje to Unia Europejska. A i tak (prawie) nikt ich w Norwegii nie kupuje. Bo Norwegowie myślą ekonomicznie. Ładowanie auta jest tańsze niż jego tankowanie. Norwegia ma własną tanią, zieloną czy raczej błękitną energię, bo produkuje prąd w elektrowniach wodnych. Właścicielom aut na prąd przysługuje wiele zniżek i ulg. W tym zwolnienie z podatku VAT przy zakupie czy zwolnienie z opłat za korzystanie z publicznych dróg. I to niezmiennie od lat. I to właśnie ta niezmienność ma stać za szybką technologiczną zmianą na norweskich drogach. Bo w przeciwieństwie do wielu innych krajów, kolejne rządy utrzymują w tej sprawie kurs swoich poprzedników. Nowych zachęt nie ma, ale nikt też nie wycofuje starych.

Dzisiaj niemal co trzecie auto w Norwegii, to auto na baterie. Na benzynę jeździ tam tylko co czwarte. A nowe egzemplarze spalinówek trafiają głównie do wypożyczalni. Bo turyści z elektrykami podobno nie potrafią się obchodzić. W tym - planować wyjazdy tak, by nie utknąć w elektryku na samym środku mroźnego bezludnego norweskiego pustkowia. Bez żadnego punktu ładowania jak sięgnąć wzrokiem. Chociaż i to się w Skandynawii gwałtownie zmienia.

Największa w Norwegii sieć stacji benzynowych zapowiada, że w ciągu trzech lat w każdym punkcie będzie mieć co najmniej tyle samo ładowarek, ile pomp tradycyjnego paliwa. Same stacje też przechodzą gwałtowną metamorfozę. Wyposażane są w kafeterie z kawą, ciepłymi kanapkami i punktami do korzystania z komputerów i tabletów, bo ładowanie trwa wielokrotnie dłużej niż tankowanie. Pojawia się dodatkowa oferta dla dzieci, bo do ładowarki się czeka, a dzieci - jak wiadomo - w trakcie czekania, okrutnie się nudzą. Dlatego szczegółowe planowanie wyjazdów większości jednej czwartej Norwegów weszło już w krew. A wkrótce wejdzie większości. A to dlatego, że w najbliższych kilku latach udział elektryków w norweskiej flocie osobowej przekroczy połowę. Przeciwnie w pozostałej części kontynentu. Gdzie motoryzacyjny klient stosuje taktykę panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek. Czyli i na prąd i na benzynę. Z tym, że bardziej na benzynę niż na prąd.

Hybrydowa ofensywa

Jesienią na europejskim rynku motoryzacyjnym dokonał się zwrot. Chociaż na ten zwrot europejscy politycy pracowali już wiele miesięcy wcześniej. Chodzi o wycofanie dopłat do samochodów elektrycznych - jak w Niemczech. Lub ich obcięcie - jak we Francji. Nie bez znaczenia są też względy praktyczne. Oraz strategie firm motoryzacyjnych.

We wrześniu, po raz pierwszy w historii europejskiego rynku motoryzacyjnego, hybrydy pobiły benzyniaki. Udział aut z napędem mieszanym był większy o 2 punkty procentowe od udziału aut na benzynę. I to jeszcze nie wszystko. Bo sprzedaż aut z elektrycznym wspomaganiem napędu tradycyjnego rosła w tempie kilkunastu procent rocznie. Takie modele stają się coraz popularniejsze. Jednocześnie w krajach, w których sprzedawano najwięcej elektryków - chętnych na nie jest coraz mniej. I to znacząco mniej.

Niemcy i Francuzi już nie chcą aut na prąd

W Niemczech sprzedaż aut na prąd spadła o jedną trzecią, we Francji o jedną czwartą. A to największe europejskie rynki, na których na sztuki samochodów sprzedaje się najwięcej. Fatalnie sprzedają się nie tylko pełne elektryki, ale też hybrydy ładowane z gniazdka, czyli auta plug-in. Bo klienci uważają je za równie drogie jak ich elektryczne odpowiedniki, a praktyczny zysk z możliwości jazdy na benzynę - nie wystarcza. W ten sposób na sprzedażowe pudło wskoczyły hybrydy. I teraz o skutkach tego skoku.

Po pierwsze dla o chińskiej inwazji motoryzacyjnej. Chińczycy wjechali do Europy ze swoimi tanimi elektrykami mniej więcej rok temu. Do europejskich portów przybiła flotylla specjalistycznych jednostek wiozących największe chińskie marki elektryków. I choć prowadzący inwazję natknęli się tutaj na niespodziewane praktyczne przeszkody - na przykład brak armii lawet do rozwiezienia aut po Europie - to i tak rozepchnęli się w konsumenckiej świadomości. Wydając krocie na przekonanie Europejczyków, że chińskie auta to nie chińskie podkoszulki. Jakości zdecydowanie poniżej średniej, przy cenie najniższej z możliwych. Ale zanim Chińczycy osiągnęli znaczące sprzedażowe sukcesy, Unia Europejska zamknęła przed nimi rynkowy szlaban. Nowe wysokie cła oznaczają wzrost cen chińskich aut na baterie. I tu następuje kolejny zwrot akcji. Co w Europie sprzedaje się jak świeże bułeczki i nie jest obłożone wysokim cłem? Hybrydy! Na ten pomysł wpadła chińska motoryzacja.

Chińskie hybrydy

Od lipca do października eksport aut hybrydowych z Chin do Europy wzrósł aż trzykrotnie w porównaniu z tym samym czasem przed rokiem. Głównie dzięki hybrydom ładowanym z gniazdka. Najmocniej promowany model chińskiego BYD jest tańszy od porównywalnych modeli Volkswagena czy Toyoty o około tysiąc euro. Nowe modele klasycznych hybryd będą też produkować chińskie koncerny SAIC i Geely. BYD dodatkowo zapowiada, że w swojej przyszłej fabryce na Węgrzech będzie montować auta z napędem każdego rodzaju. I nie wyklucza sprzedaży hybrydy, która mogłaby kosztować poniżej 20 tysięcy dolarów. I już sama zapowiedź wywołała w europejskim przemyśle motoryzacyjnym atak regularnej paniki. Bo i bez tego dzieje się tutaj gorzej niż źle.