,
Obserwuj
Gospodarka

Chcemy latać jak szaleni, ale nie bardzo jest czym. Giganci mają sporo problemów

Michał Janczura TOK FM
4 min. czytania
06.02.2025 18:37
W tym roku mamy pobić lotniczy rekord. Chcemy latać jak szaleni, a linie lotnicze chcą na tym zarabiać. Problem w tym, że rosnącą liczbę pasażerów coraz trudniej przewieźć. Bo amerykański Boeing próbuje się pozbierać po fatalnym dla niego czasie, w którym nie był w stanie dostarczyć zamówionych maszyn.
|
|
fot. Deposit/East News
  • Dziś wzbijemy się w niebo, jeśli będzie czym;
  • Bo w roku, w którym mamy pobić rekord wszech czasów w lataniu samolotami, linie lotnicze chciałyby nam - nomen omen - nieba przychylić i podstawiać coraz więcej maszyn;
  • Problem tylko w tym, że ich brakuje.

Na początek - sytuacja Boeinga. Ten jeden z dwóch gigantów lotniczych świata nie ma za sobą dobrej passy. W ubiegłym dostarczył niespełna 350 samolotów, a to o jedną trzecią mniej niż w 2023 roku i o ponad połowę mniej, niż liczba samolotów konkurencyjnego, europejskiego Airbusa. Miniony rok był szóstym z rzędu, kiedy Boeing miał stratę: był na minusie o prawie 12 miliardów dolarów, a to najwięcej od 2020 roku, kiedy nie dość, że cała branża lotnicza stanęła z powodu pandemii, to ta firma zmagała się jeszcze z uziemieniem swojego najpopularniejszego samolotu, 737 Max, po dwóch śmiertelnych katastrofach.

Znane są też doniesienia o serii zastrzeżeń, jakie do tego samolotu mieli już na etapie jego projektowania zarówno pracownicy koncernu, jak i piloci testowi, znane są fragmenty wewnętrznej korespondencji, w której jeden z pracowników określa 737 Max jako "samolot zaprojektowany przez klaunów, których nadzorują małpy". Kiedy wszystko wydawało się na dobrej drodze, rok temu w samolocie Alaska Airlines podczas wznoszenia z kadłuba wyrwane zostało okno, pod którym zamaskowane były nieaktywne drzwi awaryjne. A to był początek czarnej serii: samoloty Boeinga wypadały z pasa startowego, traciły opony i fragmenty poszycia kadłuba. Kolejny cios przyszedł jesienią ubiegłego roku.

Takiej misji myślce F-35 jeszcze nie miały. Pierwszy taki lot w historii

Boeing i jego problemy 

We wrześniu mechanicy Boeinga zaczęli strajk, który uderzył w plany naprawcze nowego prezesa firmy. Jak bolesny jest ten strajk dla firmy, niech świadczy jedna liczba: według szacunków Standard & Poor's strajk kosztował koncern miliard dolarów miesięcznie! Protest, po serii trudnych negocjacji, zakończył się kilka tygodni później, a Boeing wznowił w grudniu produkcję samolotów 737 Max. Tych, na które przewoźnicy szczególnie czekają. Dlaczego?

Bo ma to być nowoczesna wersja najpopularniejszego na świecie samolotu pasażerskiego, a to, z czym przewoźnicy wiązali największe nadzieje, to oszczędności na paliwie, które miały wynikać z lżejszej konstrukcji, nowych silników i kilku zmian w budowie samolotu. Zmiany mieli odczuć też pasażerowie, bo kabina miała być wygodniejsza. Nic dziwnego, że przewoźnicy czekają dostaw tego samolotu jak kania dżdżu. W tym - największy w Europie przewoźnik niskokosztowy, znany nam świetnie Ryanair.

Który jest już sfrustrowany opóźnieniami w dostawach tego samolotu. Ryanair lata właśnie Boeingami 737, chciał zwiększać swoją flotę i ofertę właśnie w oparciu o model Max. Ale już pożegnał się ze swoimi założeniami dotyczącymi wzrostu liczby pasażerów: irlandzka firma już nie spodziewa się, że amerykański producent dostarczy tyle samolotów, aby umożliwić zakładany całoroczny wzrost ruchu do 210 milionów pasażerów. Teraz ta prognoza, to 206 milionów. Mimo to Ryanair może świętować: w końcówce ubiegłego roku, przed świętami Bożego Narodzenia, na pokłady jego samolotów wsiadło 45 milionów pasażerów, a to o 10 procent więcej niż rok temu, a bilety kupili trochę drożej. Na czysto zarobił w ostatnim kwartale 150 milionów euro.

Kto wykorzysta kłopoty Boeinga?

Mogłoby się wydawać, że kłopoty amerykańskiego Boeinga, to woda na młyn jego europejskiego konkurenta, Airbusa. Tyle tylko, że i on ma kłopoty, związane z silnikami montowanymi w jego samolotach. Okazuje się, że silniki produkowane przez amerykańską firmę Pratt&Whitney mają wadę konstrukcyjną, do usunięcia której trzeba uziemić samoloty - na świecie to około 600 maszyn. Z czego około 50 w barwach doskonale znanych nam linii Wizzair. Ten węgierski przewoźnik, jeden z potentatów na naszym niebie, musiał uziemić nawet jedną piątą swojej floty. Duża część z tych samolotów stoi na lotnisku w Bydgoszczy, czekając na tym smutnym parkingu na naprawę usterki.

'Surowa polityka'. Linia pozwała pasażera i teraz domaga się 15 tys. euro

A kiedy samolot stoi na ziemi - nie zarabia. Dlatego Wizzair w ostatnim półroczu dwukrotnie obniżył swoje prognozy zysków. Po pierwsze dlatego, że uziemione samoloty to mniej tras i mniej pasażerów. Po drugie - linia wynajmuje samoloty zastępcze, a to też potężne koszty. W ostatnim kwartale ubiegłego roku linia miała ćwierć miliarda euro straty, czyli dwa razy więcej niż rok wcześniej. A to wszystko nie podoba się też inwestorom: akcje Wizzaira notowane na londyńskiej giełdzie straciły w rok ponad 40 procent!

Wszystko to dzieje się w momencie, w którym popyt na podróże lotnicze rośnie w piorunującym tempie. W tym roku mamy pobić rekord: na pokłady samolotów na świecie ma wsiąść - pierwszy raz w historii - ponad 5 miliardów pasażerów! Linie lotnicze mają na tym zarobić na czysto ponad 36 miliardów dolarów, a to oznacza, że przeciętny zysk na pasażera, to 7 dolarów. Przeciętnie każdy samolot ma być wypełniony w ponad 80 procentach. W tej sytuacji nic dziwnego, że linie lotnicze chcą jak najwięcej latać. A samolotu wyczarować się nie da, problemy z dostępnością maszyn dla nas, pasażerów, oznaczają: mniej tras do wyboru, a na tych najbardziej obleganych - wysokie ceny, zwłaszcza w sezonie urlopowym. Bo na tym akurat nie oszczędzamy, a finansowe wyniki przewoźników pokazują, że pasażerowie są skłonni za bilety płacić więcej.