To koniec aplikacji randkowych? Muszą walczyć o każdego singla
- To opowieść o złamanych sercach i zawiedzionej miłości - konkretnie miłości do aplikacji randkowych;
- Nie tak dawno przeżywały absolutne szczyty swojej popularności, by dzisiaj walczyć o każdego singla;
- Świat znów stawia na szukanie miłości w realu i rzeczywistość nieupiększoną filtrami i napędzaną algorytmami;
- Niemałą rolę odgrywa w tym generacja Zet.
Tinder do niedawna zajmował w świecie cyfrowego randkowania pozycję monopolisty. Od czasu jego premiery w 2012 roku aplikacja trafiła nad ponad pół miliarda telefonów. Przebiła portale randkowe, bo pozwalała jednym ruchem wykluczyć potencjalnego kandydata/kandydatkę na stałe. Osoby na tak - prosimy na prawo. Osoby na nie - zapraszamy na lewo. I tak półtora miliarda razy dziennie. Bo tyle ofert Tinder proponuje swoim użytkownikom każdego dnia.
Tinder swoje największe sukcesy święcił w czasie pandemii, kiedy użytkownicy masowo ruszyli na poszukiwania drugich połówek. Miesięcznie aplikację ściągało nawet 75 milionów osób na całym świecie. I niemal połowa z tej liczby Tindera szybko usuwała.
Tempo, z jakim ludzie pobierają i kasują aplikacje randkowe, ustępuje jedynie hazardowi online. Bo korzystanie z nich frustruje - tak się czuje niemal połowa użytkowników. I dlatego liczba płacących regularnie spada - a w ostatnich latach coraz szybciej. I to nie tylko na Tinderze, ale także na Bumble - jego największym konkurencie, który dokonał kopernikańskiego przewrotu w branży, bo dał kobietom wyłączne prawo do zrobienia pierwszego ruchu.
Bumble lepszy niż Tinder? W czym tkwił fenomen?
Bumble wziął rynek szturmem, bo był odpowiedzią na męskiego Tindera, gdzie ponad 80 procent użytkowników stanowili panowie. Stał się rynkową gwiazdą. Pozwolił zarobić na swoich akcjach. Był odpowiedzią na fatalne doświadczenia kobiet, z których ponad połowa stała się w ten czy inny sposób ofiarą onlajnowego oszustwa: została cyfrowo porzucona jeszcze przed pierwszą randką lub przeciwnie - była wirtualnie prześladowana mimo, że nie życzyła sobie dalszego kontaktu.
Za Bumble stała - jakżeby inaczej - kobieta, zresztą jedna z twórczyń Tindera, która do udziału w zarządzaniu nową platformą przekonała jedną z największych gwiazd Bollywood - Priyankę Choprę. I która za sprawą triumfów randkowych aplikacji stała się najmłodszą miliarderką na świecie.
Koniec dobrej passy aplikacji randkowych
Jednak ta doskonała passa szybko się skończyła. Firma regularnie tnie swoje prognozy wzrostu, bo nie przybywa jej płacących użytkowników. Musiała też przepraszać za kampanię marketingową, w której usiłowała przekonać kobiety, że celibat nie jest receptą na randkowe niepowodzenia. Na koniec pasma niepowodzeń platforma zwolniła co trzeciego pracownika. Obiecała też wielką rewolucję w randkowaniu, którą ma przeprowadzić... sztuczna inteligencja.
Problem w tym, że do poszukiwania miłości online dobrze byłoby przekonać generację Zet, co nie jest łatwe.
Zetki uważają "tinderowanie" za boomerskie
O tym, jak bardzo zetki odkochały się w internetowym randkowaniu, mówi ostatni raport OfCom, czyli brytyjskiego nadzorcy rynku medialnego. Z jego danych wynika, że wszystkie trzy największe platformy randkowe - od szczytu pandemicznej popularności - stale tracą użytkowników. Dlaczego? Otóż zetki - stając przed wyborem "być" czy "mieć" - wybierają "być". Zwłaszcza na "być sobą" w każdych okolicznościach.
Generacja Zet stawia na autentyczność, a poszukiwania trwałych związków w sieci młodzi ludzie uważają za boomerskie. I niewiele się mylą. Z danych za 2023 rok wynika bowiem, że prawie dwie trzecie użytkowników platform randkowych to osoby w wieku od 30 do 49 lat.
Tutaj 'tankowanie wina' nabiera nowego znaczenia. Wszystko przez Zetki
Żadna z aplikacji nie jest dla zetek wystarczająco innowacyjna, by ich zachęcić do korzystania. Zwłaszcza, gdy kolejne platformy za przydatne funkcje każą dodatkowo płacić, podobnie jak za przedstawienie listy najlepszych dopasowań. I dlatego - gdy chodzi o romantyczne przeżycia - młodzi stawiają raczej na realne doświadczenia i ich jakość. Swojej drugiej połowy częściej szukają w staroświecki sposób - w pracy czy wśród znajomych niż w komercyjnych aplikacjach randkowych.
A zatem może czas ostatecznie zabić randkowanie w sieci?
Niekoniecznie. Po pierwsze - przydatne okazują się specjalistyczne aplikacje, grupujące ludzi, których pasjonuje to samo. Przykładem mogą być platformy dla pojedynczych rodziców, biegaczy, miłośników gór, planszówek czy domowych ciast. Wspólne pasje to potencjał i handicap przy zawieraniu znajomości. To jeden z najsilniejszych trendów. Ale jest też drugi wskazywany przez analityków cyfrowego rynku - bezpośrednie kontakty na platformach społecznościowych. W tym przede wszystkim na Instagramie i TikToku. Bo obie platformy służą autoprezentacji, a nie autokreacji. Użytkownicy mają być mniej zmyśleni, ich powiązane profile łatwo znaleźć w innych mediach społecznościowych. A spotkanie interesującej osoby jest całkowicie przypadkowe, ale zwykle całkowicie autentyczne.
Czym jest miłość? O randkowaniu, seksie i rozwodach w różnych religiach [BOSKI PODCAST. O MIŁOŚCI]
I na koniec o sztucznej inteligencji. Bo to ona ma skuteczniej szukać zainteresowanym pary idealnej. Wprowadzenie inteligentnego dopasowania zapowiada Tinder. Nowa funkcja ma uzupełniać klasyczny swipe, ale go nie zastąpi. Już teraz platforma oferuje wsparcie AI w wyborze najlepszego zdjęcia profilowego. Z drugiej strony najwięksi rynkowi gracze zauważają nowe potrzeby swoich użytkowników, na przykład tworzenia grup przyjaciół. Bo wchodząca w dorosłość generacja Zet niekoniecznie jest gotowa płacić za udział w wirtualnej grze, w której romantyczna wygrana jest równie prawdopodobna jak w grze w totka.