Amerykanie mogą wpaść w pułapkę. Nieoczekiwany efekt decyzji Trumpa
- Donald Trump wypowiada światu wojnę celną; najpierw na warsztat wziął sąsiadów - Meksykanów i Kanadyjczyków
- Kanadyjczycy wysyłają amerykańskiemu sąsiadowi ropę naftową i gaz ziemny, maszyny i urządzenia. Wysyłają też drewno, niezbędne w Ameryce do budowy domów;
- Drzewo, to dopiero początek problemów, bo z apelem o celną litość wystąpił amerykański Instytut Nawożenia;
- Z Kanady masowo jedzie do USA... obornik pochodzący od kanadyjskich krów i świń, wykorzystywany w Stanach do produkcji nawozów.
Kanada jest największym na świecie wytwórcą tarcicy, czyli półproduktu sprzedawanego jako towar na rynku. Powód oczywisty - to jeden z najbardziej zalesionych państw na świecie, gdy chodzi o gatunki użytkowe, w tym przede wszystkim drzewa iglaste. Inne to Rosja czy Finlandia, ale jako kierunki potencjalnego importu znacznie mniej opłacalne. Kanada ma też dobrą transportową gotową do natychmiastowego użycia. Co nie jest be znaczenia.
Drewno produkowane w Kanadzie to drewno iglaste - głównie sosna, świerk czy jodła. To drewno niezwykle cenione, bo lekkie i wytrzymałe, łatwe do dalszej obróbki. Używane jest więc powszechnie we wszystkich branżach, które mają z drewnem cokolwiek wspólnego. Oraz - rzecz jasna - w tych które na drewnie stoją. Dosłownie. Bo chodzi o budowę - szczególnie budowę domów.
Branża budowlana w potrzasku. Będzie drożej?
Mniej więcej jedna trzecia drewna używanego w amerykańskiej gospodarce przyjeżdża z północy. I dlatego już sama zapowiedź nałożenia na kanadyjskie drewno zaporowych ceł wprawiła branżę budowlaną w zdumienie. Być może Stany mają wystarczającą liczbę drzew, by poradzić sobie bez kanadyjskich lasów, ale na pewno nie mają przemysłu przetwórczego, w tym tartaków, by z surowego pnia zrobić proste, trwałe i dobrze sezonowane belki do wzniesienia przeciętnego amerykańskiego domu.
Wysokie cła nałożone na cały kanadyjski import to krótka droga do podwyżek cen gotowych domów. W przypadku średnio dużego budynku - o jakieś 40 tysięcy dolarów, czyli o jedną dziesiątą. Ale to nie tylko wzrost cen. To przede wszystkim wielkie przestoje w budownictwie. Bo przestawienie branży na wewnętrzną amerykańską produkcję drewna potrwa całe lata.
Brakuje 300 tysięcy pracowników
Samo wytyczenie i zbudowanie dróg w wycinanych lasach to sprawa miesięcy. A jest jeszcze brak rąk do pracy. W amerykańskim przetwórstwie drzewnym brakuje 300 tysięcy pracowników. Branża wciąż nie może się wygrzebać z kryzysu, który dotknął ją w pandemii. Gdy amerykańskie tartaki - spodziewając się kryzysu w budownictwie - zamknęły bramy na kłódkę. Kryzys nie nadszedł, Amerykanie budowali się na wyścigi, a na kontynencie zabrakło drewna, które nie tylko astronomicznie podrożało, ale było praktycznie nie do zdobycia. Ceny wzrosły nawet siedmiokrotnie w porównaniu z sytuacją sprzed pandemii. Teoretycznie - eldorado dla producentów. Problem był taki, że nie miał kto wziąć do ręki pił. To właśnie wtedy amerykańsko-kanadyjska wojna drewniana weszła w nową fazę. A strony wyciągnęły najcięższe działa.
Wojna o drewno ma długą historię
Stany Zjednoczone toczą z Kanadą spór o drewno od czasów Ronalda Raegana. Potyczek było tak wiele, że dostały nawet rzymskie numery. Do Lumber IV oraz Lumber V doszło za czasów George'a Busha. Do gwałtownego starcia doszło w końcu osiem lat temu, gdy 20-procentowe cła na kanadyjskie belki i deski nałożył Donald Trump. Bo Amerykanie podejrzewali Kanadyjczyków o nieuczciwe praktyki i - nomen omen - wycinanie rynkowej konkurencji. Awantura toczyła się głównie o publiczne ulgi dla przemysłu.
Większość lasów w Kanadzie to lasy państwowe, wycinka odbywa się za zgodą i za opłatą, którą pobierają poszczególne prowincje i same ją sobie ustalają. A w Stanach Zjednoczonych lasy są prywatne, wycinka jest droga. By mieć zyskowny interes w branży, trzeba żądać wyższej niż w Kanadzie ceny za towar. A to sytuacja niesymetryczna. I powód do kłótni. Szczególnie głośnej, gdy krajem rządziła ekipa Joe Bidena. Chodziło o rekordowo wysokie ceny i brak materiału na rynku, co podnosiło ceny domów w USA.
Kanadyjskie belki i deski są bowiem podstawą niemal każdej wolnostojącej konstrukcji. Amerykańscy budowlańcy zażądali więc obniżki ceł. Po co okładać dodatkowymi opłatami coś, czego brakuje na rynku? Cła spadły o połowę, za nimi ceny drewna budowlanego, ale końca awantury nie było widać. Tym bardziej dzisiaj.
Jakie będą skutki wprowadzenia ceł?
- Po pierwsze: ceny tarcicy. W chwilę po ogłoszeniu zaporowych ceł wzrosły najmocniej od 2022 roku. Wraz z nimi w USA drożeć będzie masa celulozowa używana do produkcji papieru, w tym toaletowego, zwłaszcza szlachetniejszych gatunków. Ale to, co jest złą wiadomością dla Amerykanów, może być dobrą wiadomością dla reszty świata. Kanadyjczycy będą sprzedawać drewno innym. A to może oznaczać spadek światowych cen półproduktu do wytwarzania papieru.
- Po drugie: w USA do boju mają ruszyć pilarze. Prezydent Trump zarządził dywanowe wycinki w państwowych lasach. Jak już wiecie w amerykańskiej gospodarce będzie brakować jednej trzeciej miękkiej tarcicy. Jeśli więc miejscowy przemysł drzewny nie ruszy z kopyta, Amerykanom grożą astronomiczne podwyżki cen nowych domów albo... brak dachu nad głową. Czyli albo kryzys inflacyjny, albo mieszkaniowy. W czym przekuwa się zatem wezwanie: 'piłuj/tnij, skarbie, piłuj/tnij', czyli znane i powtarzane naftowe 'drill, baby, drill' w wersji leśnej.
Na koniec będzie o nadziei oraz o... gnojówce. Pointa numer jeden: choć na razie na to nie wygląda - praktycy biznesu po obu stronach amerykańsko-kanadyjskiej granicy mają nadzieję na zawarcie pokoju. Bo wojna na kłonice to oczywiste straty w strefie rażenia. I pointa numer dwa: w wojnie celnej trup ściele się gęsto i to nie zawsze tam, gdzie toczą się najkrwawsze walki. Bo otóż z apelem o celną litość nad gnojówką wystąpił amerykański Instytut Nawożenia. 85 procent potasu potrzebnego do produkcji nawozów w USA pochodzi z Kanady, konkretnie z tamtejszych obór i chlewni. Cła na ten śmierdzący import oznaczają wzrost cen nawozów, wyższe koszty dla rolników (i gniew amerykańskiej wsi), a potem wzrost cen żywności (i gniew amerykańskiego miasta). W ten sposób smród się rozniesie. Wszędzie.