600 ton iPhone'ów w specjalnych samolotach. Apple ma problem
- To będzie odcinek o jednym z największych przegranych w drugiej światowej wojnie handlowej. O firmie będącej perłą w koronie nowoczesnej amerykańskiej gospodarki.
- Firma Apple wymyśliła iPhone'y, iPady i Macbooki. Jest jedną z najbardziej wartościowych firm na świecie. Dzisiaj miażdży ją polityka przemysłowej odbudowy Ameryki, której liderem jest prezydent Donald Trump.
- Polityka prowadzona z precyzją operowania młotem kowalskim. W tym odcinku powiemy, ile będzie kosztować Amerykanów ambitny plan prezydenta Trumpa. I ile będzie kosztować iPhone 'made in USA'.
Ten odcinek zaczniemy od kolejek oraz do załadowanych pod korek samolotów. Co mają ze sobą wspólnego? Kolejki są po iPhone'y, pilnie wynajęte samoloty zabrały do USA zawartość magazynów Apple z dwóch krajów. Ale po kolei. Samoloty startowały z Chin i Indii, a do Ameryki wiozły tysiące świeżo wyprodukowanych iPhone'ów. Apple uciekał w ten sposób przed cłami. Rekordowo wysokimi cłami, które prezydent Donald Trump zapowiedział w ramach globalnej wojny handlowej. I wprowadził w astronomicznej wysokości, z części później się wycofując.
Problem w tym, że większość produkcji Apple'a odbywa się w Azji. I chociaż firma już wcześniej zaplanowała częściowo przeprowadzkę do Indii, niewiele to dla niej zmienia. Bo po pierwsze Indie też mogą nie ujść śmierci spod kosy, a po drugie przeprowadzka, to nie jest taka prosta sprawa. Nawet jeśli wszyscy poddostawcy są pod ręką. Jeszcze trudniej jest się przenieść z produkcją na inny kontynent. I teraz będzie o tym, jak przyszłość Apple'a wyobraża sobie prezydent Trump. Oraz o tym, czy te marzenia da się spełnić. I ile to wszystko będzie kosztowało.
Kolejna zmiana w cłach Trumpa. Z listy artykułów znikają m.in. smartfony i komputery
iPhone za krocie
A chodzi o niemałe pieniądze. Tak przynajmniej uważają wszyscy ci, którzy ustawili się w długich ogonkach w amerykańskich salonach. I spieszą kupić najnowszy model iPhone'a, zanim ceny wzrosną. Media za Oceanem pełną są opowieści ekspedientów o klientach, którzy w panice kupują telefony na zapas. I choć przed drzwiami sklepów nie stoją kolejki chętnych, jak przed premierą nowe modelu, to atmosfera przypomina tę przedświąteczną. Bo iPhone jest w Ameryce jednym z najpopularniejszym bożonarodzeniowym prezentem. Dla Apple'a Gwiazdka przyszła więc w tym roku dużo wcześniej, niż powinna. Z tym, że nie jest to powód do radości.
Bo w prawdziwe Boże Narodzenie w sklepach wiatr może hulać i papierami zamiatać. Zaraz powiemy o tym dlaczego. Ale najpierw o głównym sprawcy tego nieszczęścia. Bo swój ciężki los jedna z największych chlub amerykańskiej gospodarki zawdzięcza prezydentowi. Który twierdzi, że jego ambicją jest uczynić Amerykę znów wielką. I pobudować w kraju fabryki, które miejscowy biznes dawno temu wyniósł za granicę. Jak na przykład Apple, który większość telefonów produkuje w Chinach, większość smartwatchy - w Wietnamie, podobnie jak większość słuchawek czy tabletów. A większość komputerów w stacjonarnych w Irlandii, Tajlandii i Malezji.
Nieoczekiwany skutek pomysłu Trumpa. Nowy iPhone będzie jeszcze droższy?
Wielkość Ameryki ma gospodarką stać. Konkretnie produkcją. A jeszcze konkretnie produkcją samochodów jak w latach 70. i 80. ubiegłego wieku. Oraz nowoczesnymi technologiami, których wtedy nie było. A teraz mogą stanowić o sile gospodarki. I dawać pracę i bardzo dobrą pensję amerykańskim błękitnym kołnierzykom. Pracownikom ze specjalistycznym średnim wykształceniem w tysiącach średniej wielkości miasteczek wyludniających się dzisiaj na rzecz wielkich miast jak dzieje się w całym świecie zachodnim. Amerykański sen mają wskrzesić cła. Ukochane narzędzie zaprowadzania własnego porządku stosowane w stylu dowolnym przez Donalda Trumpa od początku jego kadencji. I choć nie wiadomo dokładnie jak wysokie cła i kogo obowiązują w chwili, gdy tego słuchasz, wiadomo, że na pewno wyższe niż gdy Amerykanie szli jesienią do urn wyborczych. W tej konkretnej historii chodzi o cła nałożone na Chiny. Oraz inne państwa azjatyckie, w których producent iPhone'ów i inni jemu podobni ulokowali swoją produkcję. W ciągu kilku zaledwie dni antychińskie cła wynosiły najpierw 20 procent, potem 54, by następnie wzrosnąć do 104 i na koniec 125, czyli sześciokrotności stawki wyjściowej. A wraz z cłami rosła cena każdego amerykańskiego smartfona wyprodukowanego w Chinach i sprowadzonego do salonu sprzedaży w Ameryce.
Tego Amerykanie boją się najbardziej
Skoro o cenach mowa. Najpierw o tym czego boją się Amerykanie. I dlaczego ruszyli szturmować sklepy z iPhone'ami. Scenariusz numer jeden: w którym Apple nadal produkuje swoje urządzenia w Chinach. Wtedy smartfon za mniej więcej tysiąc dolarów z każdą kolejną dostawą drożeje o kilkaset dolarów, prawdopodobnie około 400. Czy to dużo? Niemało, ale może być jeszcze więcej. Bo jest też scenariusz numer dwa: gdy produkcja - zgodnie z życzeniem prezydenta Trumpa - przenosi się z Azji do Ameryki. W tym wariancie sprawa wygląda dużo gorzej. I teraz będzie o tym dlaczego eksperci mówią o planach uprzemysłowienia Ameryki dosadnie - to opowieści z mchu i paproci.
Odtworzenie w Ameryce całego eko systemu technologicznego stworzonego przez Apple w Azji zajmie wieki. I nie ma gwarancji, że zakończy się sukcesem. Będzie też kosztować miliardy dolarów, konkretnie jakieś 30. Za takie pieniądze jest szansa przenieść zaledwie jedną dziesiątą azjatyckiego łańcucha dostaw Apple. Bo produkcja iPhone'a to nie pojedyncza fabryka, która produkuje każdą śrubkę. To dostęp do kompletu elementów, w tym obudowy, wyświetlacza, kamer, głośników. Oraz najważniejszego - płyty głównej z sercem telefonu - mikroprocesorem, którego technologia jest pilnie strzeżoną tajemnicą. Każdy z tych elementów produkowany jest w innym miejscu. Stworzenie tej misternej sieci dostawców zajęło firmie dekady. Jej odtworzenie na innym kontynencie może potrwać tyle samo. Kosztować nie dziesiątki, ale setki miliardów dolarów. I skończyć się dla amerykańskich konsumentów, amerykańskim smartfonem z ceną rodem z najgorszych koszmarów: 3 tysięcy dolarów za sztukę!
Wstrząśnięci? No właśnie. Podobnie Amerykanie, dla których iPhone jest częścią amerykańskiego sposobu życia stylu. Wkrótce być może częścią nieosiągalną. I dlatego Apple głowi się nad różnymi strategiami. Na przykład przenoszenia produkcji po kawałku do państw, które zeszły Donaldowi Trumpowi z oczu. Które po zakończeniu wojny handlowej będą obciążone niższymi cłami niż Chiny. Jak na przykład Kambodża, Tajlandia, Malezja czy Indonezja. Ale i to niewiele poprawi sytuację. Analitycy są więc przekonani, że na samym końcu za politykę handlową USA zapłacą sami Amerykanie, bo Apple zrobi coś czego nie robił od dekad, gdy wbrew przeciwnościom losu bronił bazowej ceny swojego flagowego urządzenia. I utrzymywał cenę niecałego tysiąca dolarów. Teraz podniesie ją dla wszystkich niezależnie od tego czy będą kupować iPhone'a w handlowej twierdzy Ameryka czy w wolnej Europie, do której wjedzie praktycznie bez cła. Na koniec cztery słowa: wolna amerykanka rządzi... światem