Było drogo, będzie... jeszcze drożej. "Funflacja" rośnie w najlepsze
Zaczniemy od rekordów. Historycznych, ale pobitych w nieodległej przeszłości. A chodzi o dobrą zabawę, za którą miliony ludzi na całym świecie gotowe były wydać ponad 2,5 tysiąca złotych od osoby. Tyle kosztowały bilety na dobre miejsca na koncertach Taylor Swift - królowej światowej rozrywki, która w ramach swojej trasy koncertowej - największej w historii pop kultury - zarobiła miliardy dolarów.
Wydarzenie miało wpływ na gospodarki państw, które trasa odwiedzała oraz największy - na gospodarkę kraju, z którego pochodzi (Stany Zjednoczone), a także na światową turystykę. Już same dodatkowe przychody z biletów lotniczych kupowanych przez fanów Swift na całym świecie przekroczyły 10 miliardów dolarów. O ściągnięcie do siebie trasy Era's Tour zabijały się całe państwa.
Przez media przetoczyła się plotka, że ekipa Swift została opłacona przez rząd Singapuru, by był on jedynym przystankiem w południowo-wschodniej Azji. Choć rząd tego kraju nigdy plotki nie potwierdził, to taka dodatkowa opłata na pewno mu się opłaciła. Na koncert do Singapuru zjechało 300 tysięcy osób, zostawiając w miejscowych hotelach, barach i restauracjach ponad ćwierć miliarda dolarów. Co znaczy, że każdy z uczestników koncertu wydał na swój krótki pobyt około tysiąca dolarów. Do tego koszty podróży i cena biletu na koncert. Dodajmy - cena niebagatelna.
Przejdźmy do koncertowych rekordów: mega trasy Beyoncé, wielkiej wojny o bilety na Oasis oraz o tym, ile kosztuje Lady Gaga na żywo - czyli o "funflacji".
Tu niebagatelną rolę odgrywa pokolenie Zet i jego skłonności do kolekcjonowania wrażeń - szczególnie po traumie pandemicznego zamknięcia. W niedawnych badaniach jeden na dziesięciu Brytyjczyków przyznał, że zrezygnował z innych wydatków i wybrał kino lub koncert. Tyle samo deklarowało, że kupiło bilety, na które "tak naprawdę nie było ich stać". Dlatego po bilety na koncerty największych światowych gwiazd stały wirtualne wielotysięczne kolejki, bilety rozchodziły się na pniu, a w drugim obiegu ich ceny wielokrotnie przebijały cenę bazową i wciąż znajdowali się na nie chętni. Ceny bez umiaru szły zatem w górę.
Rok koncertów. Znów zapowiada się rekordowo. Kto wystąpi?
Tylko w ubiegłym roku 100 najlepszych artystów koncertujących w Ameryce zarobiło na biletach ponad 6 miliardów dolarów - o 3 procent więcej niż rok wcześniej. Ceny biletów na występy gwiazd światowego formatu - w tym Taylor Swift - szły w setki dolarów. Udział w Era's Tour statystycznie kosztował tysiąc dolarów.
Średni koszt uczestnictwa w koncercie wyniósł 136 dolarów - pięć i pół raza więcej niż w latach 90. Największa amerykańska platforma sprzedażowa - Ticketmaster - sprzedała bilety 150 milionom ludzi. To o połowę więcej niż w ostatnim przed pandemią roku 2019. A ten rok znów zapowiada się rekordowo. Bo na światowych trasach są między innymi Billie Eilish, Sabrina Carpenter, Post Malone, Oasis czy Beyoncé z koncertami "Cowboy Carter".
Zetki nie zamierzają na rozrywce oszczędzać. To właśnie ich pęd ku rozrywce napędza ceny. Co za tym pędem stoi? Przede wszystkim: zmiana postawy. Zetki częściej kolekcjonują wrażenia niż przedmioty. Za ich sprawę rozpędzają się usługi, w tym turystyka oraz przemysł rozrywkowy. I choć zetki same przyznają, że na udział w rozrywce na żywo wydają więcej niż powinny - trend rośnie w siłę. Wraz z nim rosną ceny. Jak zawsze, gdy popyt przewyższa podaż.
Wielka bitwa o bilety na Oasis
Stąd szaleństwo, które ogarnęło świat po tym, jak swój powrót na scenę ogłosił brytyjski Oasis. Szaloną bitwę o bilety na koncerty w Wielkiej Brytanii i Irlandii stoczyło 14 milionów osób. Biletów było dziesięć razy mniej. Stosowany przez platformę biletową system dynamicznej wyceny podnosił cenę z każdym nowym chętnym. W ten sposób bilety podrożały ponad dwukrotnie. Za wejście na koncert brytyjskiego zespołu trzeba było zapłacić 1700 złotych. Do drugiego obiegu bilety trafiły z jeszcze wyższymi cenami. Część zakupów platforma anulowała, oskarżając kupujących o posługiwanie się botami. Miały ich być setki tysięcy, a celem miała być spekulacja. Rzecz w tym, że Oasis zagra jedną jedyną trasę koncertową po 16 latach ciszy. I już nigdy więcej nie zamierza wracać na koncertowe sceny.
Dlatego wybuchł tak wielki skandal, że zainteresował się nim rząd. Oskarżył platformę biletową o wprowadzanie kupujących w błąd. A fani braci Gallagherów wszczęli awanturę, która trwa do dzisiaj i do której włączają się kolejne fale miłośników muzyki na żywo. Najnowsza fala obejmuje Coldplay oraz Lady Gagę.
"Abracadabra" śpiewa w swoim najnowszym hicie Lady Gaga. Ale to czary i magia nie dla wszystkich. Już koncert Coldplay w Toronto jest drogi, bo trzeba zapłacić ponad 600 dolarów, w tym jakieś 150 dolarów samej opłaty za obsługę na platformie internetowej. Ale prawdziwą fortunę kosztują bilety na najnowszą trasę Lady Gagi.
Sprzedaż ruszyła kilka dni temu, lament podniósł się w chwili otwarcia kas. Obejrzenie koncertu w nowojorskim Madison Square Garden kosztuje ponad półtora tysiąca dolarów od osoby. Plus opłaty dodatkowe. Część fanów z rozmysłem zamierza zbojkotować koncerty, innych nie stać na taki wydatek. Rośnie więc ruch oporu, a fala gniewu dotarła do Białego Domu. Bo pojedynczy bilet kosztuje dzisiaj tyle ile konsola do gier.
Do akcji wkroczył prezydent Donald Trump. Zaordynował wprowadzenie porządku w branży biletowej. I nakazał kontrolę podatkową biznesów sprzedających wejściówki z drugiej ręki, wydając w tej sprawie specjalne rozporządzenie wykonawcze. Krytycy uważają, że zarządzenie Donalda Trumpa niczego nie zmieni. Bo powinno ograniczać ceny u odsprzedawców. A tego nie robi. W praktyce więc skubanie miłośników rozrywki będzie trwało w najlepsze. Jak świat rozrywki długi i szeroki. A ceny będą szły w górę i w górę. Bo dla pokolenia Zet nie ma ceny zbyt wysokiej, by darować sobie przyjemność kolekcjonowania niezapomnianych przeżyć.