Świat przestawi się na warcaby i bierki? Cła Trumpa wykończą wiele branż
- Żeby zabawki znalazły się na święta pod choinką, trzeba już zacząć ich produkcję. Tymczasem nałożone przez USA cła na towary z Chin sprawiły, że fabryki stanęły;
- Problem mają też producenci konsol do gier. Albo już podnieśli ceny, albo zaraz to zrobią;
- Na sporze USA Chiny ucierpi też Europa. W skrócie - u nas będzie drożej, żeby amerykanie mieli trochę taniej.
Zaczniemy od świętego Mikołaja. I od ostrzeżenia sprzed lat, bo z czasów pierwszej kadencji prezydenta Donalda Trumpa. Wystosowała je branża zabawkarska, a dotyczyło sporu z Chinami, który Trump toczy od dekad. I tego, czym skończy się wprowadzenie zaporowych ceł na towary sprowadzane z Azji. Bo w wielu branżach chińscy producenci są monopolistami, a Amerykanie od nich zależą. Tak jest w przypadku ledowych żarówek, które Ameryka sprowadza wyłącznie z Chin, albo zlewozmywaków ze stali nierdzewnej. Rzecz w tym, że kupuje się go raz na - powiedzmy - dekadę. A zabawki co najmniej raz w roku, a czasami częściej. Dlatego siedem lat temu apele poskutkowały i zabawki zostały ocalone.
Bez lampek na choince i prezentów pod nią
Teraz sprawa wygląda inaczej. Amerykańskie media grzmią więc - prezydent Trump wydał wojnę Bożemu Narodzeniu. Firma Five Below, jeden ze znaczących amerykańskich importerów ozdób świątecznych, odzieży i innych tanich chińskich gadżetów, zarządziła wstrzymanie wszelkich dostaw do USA. Spakowane kontenery - o ile nie wyruszyły już w drogę do Ameryki - mają zostać w chińskich portach. Wysłanie ich do zamawiającego będzie oznaczać, że popularne, bo super tanie bombki choinkowe, musiałyby kosztować drugie tyle. Dlatego fracht stanął. Podobnie jak zamarły bożonarodzeniowe zamówienia.
Dla firm zabawkarskich jak świat długi i szeroki wiosna to czas wytężonej pracy. Między zamawiającymi z Zachodu a dostawcami ze Wschodu trwa intensywna korespondencja. To czas decyzji o tym, co święty Mikołaj zapakuje w grudniu na sanie. Problem w tym, że dzisiaj korespondencji o zamówieniach praktycznie nie ma. Jest czas kalkulacji - czy cokolwiek będzie się opłacać i ile powinno kosztować, by w ogóle znaleźli się jacyś kupujący.
Wiele amerykańskich biznesów, w tym największe globalne firmy zabawkarskie, większość swojej produkcji ulokowało w Chinach lub gdzieś w pobliżu. Bo na przykład lalek nie ma sensu produkować nigdzie indziej. Wprawdzie przeniesienie fabryk jest teoretycznie możliwe, ale potrwa wiele lat, będzie kosztować fortunę i niekoniecznie skończy się tym, o czym marzy Donald Trump. Czyli Wielką Ameryką i stworzeniem dobrze płatnych miejsc pracy. Bo w amerykańskich halach produkcyjnych zamiast ludzi pracę wykonają automaty. I dlatego ponad 100-procentowe cła to dla branży zabawkarskiej koniec zabawy. Podobnie zresztą dla jej klientów. W krainie Barbie i Kena zapanował więc ponury mrok, bez lampek i bombek na choince i prezentów pod nią. W tym jednego z najpopularniejszych na świecie, czyli konsoli do gier. Bo Nintendo i Sony nie chcą grać w grę, w którą ze światem gra prezydent Trump.
Niewesołe przygody Mario
Mario jest hydraulikiem, z pochodzenia Włochem. Ma czerwoną czapkę i niebieskie ogrodniczki. Występuje w grach Nintendo. Na najnowszy model konsoli uznawanej za świętego Graala domowej rozrywki świat gier czekał od lat. Do zapowiadanej z przytupem premiery ma dojść na początku czerwca. Firma nie wycofała się z tego terminu, ale po ogłoszeniu anty-chińskiej zapory handlowej na klientów branży i tak padł blady strach. Bo Switch 2 podrożeje na pewno. Podobnie jak Playstation 5 Astro Bot. Dlaczego?
Branża konsol do gier jest jedną z najciężej doświadczanych cłami prezydenta Trumpa. Zdecydowana większość z nich produkowana jest w Chinach. W tym roku aż 90 procent urządzeń Nintendo sprowadzonych do USA pochodziło właśnie z tego kraju. Zresztą podobnie sytuacja wygląda u konkurentów - w Microsofcie oraz Sony. Wyjścia są więc w zasadzie dwa.
Pierwsze: przenieść interes do USA, co potentaci domowej rozrywki zdecydowanie wykluczają. Bo wraz z fabrykami do Ameryki musieliby się sprowadzić wszyscy poddostawcy. Poza tym w chińskich fabrykach produkuje się konsole na sprzedaż na całym świecie, a nie tylko na rynek amerykański. Zaś w stanie wojny z Chinami jest tylko jedno państwo.
Drugie: podnieść ceny. I tu w najtrudniejszej sytuacji znalazło się Nintendo zwane Disneyem gejmingu. Firma zaplanowała na początek czerwca premierę swojego najnowszego produktu, długo oczekiwanej konsoli Nintendo Switch 2. To urządzenie łączące w sobie możliwość grania przenośnego z możliwością podłączenia go do dużego ekranu. Absolutny przebój, zwłaszcza wśród najmłodszych miłośników gejmingu. Nintendo prócz konsoli stworzyło serię własnych gier, w tym kolorowy świat Mario i jego kompanii. Nową wersja tego rynkowego przeboju miała trafić do sprzedaży w czerwcu. I tu zaczęły się schody. Bo w dniu ogłoszenia premiery Nintendo Switch 2 Ameryka wypowiedziała światu wojnę handlową. Firma wstrzymała więc natychmiast operację przedsprzedaży. I rozpoczęła globalną operację repatriacji konsol. Do Ameryki ciągną teraz transporty nowych urządzeń w niesłychanych ilościach. Do czerwca może ich być w magazynach nawet 2 miliony. Wszystko po to, by móc wystartować ze sprzedażą ze 'starymi' cenami. Antychińskie cła to skokowe podwyżki. W pesymistycznym scenariuszu na amerykańskim rynku aż o jedną trzecią, czyli jakieś 150 dolarów. Nieco mniej, ale jednak też, dla reszty świata, bo Nintendo będzie wyrównywać sobie niższy amerykański zarobek, wyższym - europejskim. Tak jak zrobiło to już Sony. Ze swoim Playstation 5.
Świat zapłaci za Amerykę
Teraz więc o tym jak europejscy miłośnicy gejmingu płacą za wojnę handlową prowadzoną przez Amerykę Donalda Trumpa. Bo Sony już podniosło ceny cyfrowej wersji swoje konsoli na rynku europejskim. O 10 do 25 procent w zależności od rynku. Nie zmieni się cena wersji tradycyjnej z czytnikiem dysków CD oraz wersji pro, wypuszczonej na rynek w ubiegłym roku. W komunikacie na temat podwyżki Sony wyjaśniło, że wprowadza podwyżki z 'bólem serca', ale wyjścia nie ma. Bo 'warunki ekonomiczne są trudne, inflacja wysoka, a kursy walut niestabilne'. Firma nie mówi wprost o cłach, ale znawcy rynku gier są pewni - Japończycy podnoszą ceny wszędzie, by nie podnosić ich skokowo w Ameryce. One jest dla nich rynkiem najważniejszym, bez Ameryki Sony - zresztą nie tylko Sony - zostanie wyniesione na tarczy z pola rynkowej - nomen omen - gry.
Na koniec rada - o przestawieniu się na warcaby i bierki lub chińczyka. Może nieco przewrotna, bo w warcaby, bierki i chińczyka świat też zaopatrują... Chińczycy.