,
Obserwuj
Gospodarka

Co ma piasek w Wietnamie do ceny Nike'ów? Donald Trump uruchomił lawinę

Anna Augustyn, Wojciech Kowalik
4 min. czytania
01.06.2025 16:47
Koniec z tanimi podkoszulkami. Wojna handlowa wypowiedziana światu przez Amerykę najpierw uderzy po kieszeni samych Amerykanów, ale potem to samo stanie się z kieszeniami Europejczyków. Ale cła to tylko część problemu. Swoje dokłada też... piasek.
|
|
fot. East News

 

  • Wygląda na to, że będziemy żegnać tańsze koszulki, dżinsy i buty sportowe;
  • Jednym z powodów są amerykańskie cła, nakładane na azjatyckie kraje, w których ulokowały się fabryki największych światowych marek: Wietnam, Kambodżę i Tajlandię;
  • Ale wojna handlowa to tylko część problemu, bo palącą sprawą robi się... dostępność piasku.

 

Mekong to największa rzeka na Półwyspie Indochińskim i jedna z największych w Azji. W ostatnich latach jest miejscem historycznej inwazji. Początek miał miejsce siedem lat temu, czyli za czasów pierwszej prezydentury Donalda Trumpa. Ameryka wypowiedziała wtedy Chinom pierwszą wojnę handlową. I wprowadziła wysokie cła na chiński import na amerykański rynek. Kto żyw rozpoczął przeprowadzkę produkcji z Chin do południowego sąsiada. Wietnam stał się celem pielgrzymek zarządów największych na świecie firm: odzieżowych, sportowych, motoryzacyjnych, przemysłowych czy spożywczych. Wszystkie drogi zaczęły wtedy prowadzić do Hanoi. Przeniesienie produkcji oznaczało zbawienie. W państwie położonym nad Mekongiem wielkie i mniejsze nowoczesne zachodnie fabryki zaczęły wyrastać jak grzyby po deszczu. A w kraju zaczęło brakować - uwaga - piachu! Na pierwszy rzut oka - sprawa błaha. Ale na drugi - robi się nieco poważniej. Bo bez piachu nie ma rozwoju.

 

Piaskowe zagłębie Wietnamu

 

Będzie o rosnącej gospodarce, więc na początek pytanie. Co jest do tego bezwzględnie konieczne? Zwłaszcza w państwie do tej pory niezbyt bogatym? Otóż niezbędne są drogi. Drogi są konieczne, by zbudować nowe fabryki. Są niezbędne, by dowozić do nich surowce i półfabrykaty oraz by wywozić z nich gotowe produkty. I dlatego wietnamski rząd wystartował z największym w historii projektem infrastrukturalnym - zaczął budować setki kilometrów dróg. Wydaje miliardy dolarów na rozbudowę autostrad i dodanie alternatywnych tras, by odkorkować najczęściej uczęszczane trasy na południu. Te ambitne projekty opierają się na jednym kluczowym surowcu: piasku kambodżańskim.

Piasek trzeba sprowadzać, bo w samym Wietnamie jego wydobycie stało się sprawą polityczną. Szło na rzece Mekong w tak zawrotnym tempie, że zagrażało nadrzecznym miejscowościom oraz gospodarce wodnej w państwie będącym krainą ryżem stojącą. W Wietnamczyków wstąpił więc słuszny gniew. Budowy musiały zwolnić, a piasek zaczął jechać z sąsiedniej Kambodży, która sprawami środowiskowymi przejmuje się mniej. Przy okazji powstał pomysł używania na budowach piasku z odzysku oraz piasku z plastiku. Na razie jednak rządzi surowiec naturalny, a import z Kambodży potroił się w 2023 roku i w kolejnym znów podwoił. Na rzekę wypłynęła zaś flotylla tak wielka, że piachu zabraknie w niej już za niecałych dziesięć lat. Wtedy drogi w kraju z jednym z najbardziej dynamicznych wzrostów gospodarczych trzeba będzie budować inaczej.

 

W oku handlowego cyklonu

 

Wietnam i Kambodża stały się drugim wyborem największych na świecie marek po tym jak Ameryka obłożyła cłami chińskie produkty siedem lat temu. Część firm wykorzystywała oba państwa jako raje tranzytowe dla przerzutu towarów z Chin. W ten sposób unikały płacenia astronomicznego cła. Inne wybrały Azję Południowo-Wschodnią jako miejsce budowy nowych fabryk. Wystarczy przejrzeć metki w niemal każdej europejskiej lub amerykańskiej szafie, by znaleźć tam koszule czy spodnie 'Made in Cambodia'. To stamtąd jechały na zachód buty sportowe, sprzęt elektroniczny, w tym konsole do gier, części samochodowe i galanteria skórzana, w tym luksusowych światowych marek.

Dzięki wielkiej post-chińskiej przeprowadzce Wietnam znalazł się na trzeci miejscu po Chinach i Meksyku, gdy chodzi o bilans wymiany handlowej z USA. Właśnie stamtąd na półki amerykańskich sklepów trafia co trzecia para sneakersów, w tym - co druga para Nike'ów. Ale USA chcą mieć ich produkcję z powrotem u siebie. I dlatego Wietnam, Kambodża i Tajlandia zostały objęte rekordowo wysokimi cłami - sięgającymi nawet 50 procent.

 

Będzie drożej 

 

Zanim o podwyżkach, dwa słowa o amerykańskim szaleństwie handlowym. I o chwilowym zawieszeniu broni w wojnie wydanej całemu światu. Rozejm będzie trwał do lipca, w tym czasie obowiązuje dodatkowa stawka celna jednakowa dla wszystkich - 10 procent. Wyjątkiem jest amerykański wróg numer jeden - czyli Chiny, z którymi ostra faza wojny została właśnie zawieszona, oraz - z innych powodów - Kanada z Meksykiem. Ale nawet 10-procentowa stawka jest dla azjatyckich producentów zabójcza. Zwłaszcza dla tych, dla których eksport do USA gotowej odzieży to największa część eksportu w ogóle. Jak na przykład Kambodża. Odcięcie od tego rynku pogrąży region w chaosie gospodarczej katastrofy, wydrenuje budżety całych państw, a społeczeństwa wpędzi w biedę. Ale amerykańska wojna handlowa to katastrofa dla całej branży odzieżowej, w tym globalnych sieciówek oraz chińskich platform dostarczających na Zachód miliardy sztuk śmieciowych ciuchów.

Seria podwyżek rozpoczyna się właśnie od tych ostatnich. Temu i Shein, dwaj giganci handlu tanizną ogłosili pod koniec kwietnia wzrost cen. Szokujący, bo niektóre produkty miałyby zdrożeć nawet o 400 procent, średnio podwyżki miałyby wynosić 50-80 procent. Mało tego - Temu wycofało z amerykańskiej oferty wszystko czego nie ma w magazynach w USA. Dlaczego? Bo Amerykanie postawili tamę chińskiej taniźnie. Na razie stanęło na 50 procentowym cle lub - zamiennie - ryczałtowej opłacie - sto dolarów za każdą, nawet najmniejszą paczkę, która przyjechała pocztą z Chin. Opłatę zbierają sprzedawcy amerykańscy, kupujący muszą ją zapłacić składając zamówienie. Co czyni zakupy w chińskich sklepach wyjątkowo nieatrakcyjnymi. Zmieniając w rezultacie geografię zakupów, łańcuchów dostaw i biegów rzek.