Marzenia kontra rzeczywistość. Plan Trumpa bez szans na realizację
- iPhone 'made in USA' to dzisiaj rzecz niemożliwa, mimo, że Trump chciałby, żeby duma amerykańskiej gospodarki była produkowana w amerykańskich fabrykach;
- Większość iPhone'ów przylatuje do USA z fabryk w Chinach i Indiach. Właśnie w Indiach prezes Apple'a Tim Cook widzi przyszłość produkcji swojej firmy;
- Prezydent USA przyznaje, że ma "mały problem" z Cookiem, choć w rzeczywistości ten "mały problem" ma wielkość całej amerykańskiej gospodarki.
Tę historię rozpoczniemy od - bagatela - 600 ton iPhone'ów. Nie dalej niż w kwietniu jedna z największych i najbogatszych firm na świecie, chluba amerykańskiej gospodarki, wsadziła do samolotów w Indiach wszystko, co udało jej się wygrzebać w magazynach tamtejszych fabryk. Telefony poleciały do Ameryki, by systematycznie trafiać tam do sprzedaży, zanim zaczną obowiązywać astronomicznie wysokie cła nałożone przez administrację Trumpa na wszystko, co do USA przyjeżdża z Chin, Indii i kilkudziesięciu innych krajów, które Waszyngton uznaje za gospodarczych wrogów.
Tę operację Apple planował od miesięcy - jako zabezpieczenie przed stratami po wprowadzeniu zapory celnej dla amerykańskiego importu z Azji. Do wsparcia całej akcji firma zaangażowała indyjski rząd. W ramach procedury o nazwie "zielony korytarz" skrócono czas formalności celnych ze standardowych 30 godzin do sześciu - dla amerykańskich smartfonów. Jak się to udało? Otóż brak wsparcia dla najcenniejszej marki na świecie byłby strzałem w kolano. Indie dopłacają do biznesów, które chcą tam budować fabryki urządzeń elektronicznych. Ten najludniejszy kraj na świecie chce skorzystać z okazji. I wbić się klinem w świat wysokich technologii.
Apple ma już w Indiach trzy fabryki. Z tamtejszej produkcji pochodzi co piąty iPhone sprzedawany w Ameryce, w tym najnowocześniejsze modele Pro. Pozostałe 80 procent przyjeżdża do USA z Chin. Ale to ma się zmienić.
Indie kochają Tima Cooka
Partnerem Apple'a jest największa indyjska spółka należąca do miejscowych multimiliarderów - rodziny Tata oraz tajwański Foxconn, który zajmuje się produkcją urządzeń Apple'a także w Chinach. Nowy zakład Taty właśnie ruszył, Foxconn zamierza otworzyć kolejną fabrykę w najbliższych tygodniach. Zorganizowano też kanał transportowy. Cała ta operacja utworzenia mostu powietrznego USA-Indie dla amerykańskich smartfonów to część długoterminowej strategii. Polega ona na umownym wyjęciu części jajek z jednego koszyka - czyli zmniejszeniu ryzyka biznesowej lub produkcyjnej katastrofy z powodu skoncentrowania działalności w jednym kraju. Dokładnie tak jak stało się z Chinami w czasie pandemii.
Produkcja w Chinach przestaje się opłacać przez wysokie amerykańskie cła. Dlatego Apple chce większość iPhone'ów sprzedawanych Amerykanom produkować w Indiach. Tamtejsze zakłady pracują siedem dni w tygodniu, zatrudniono więcej pracowników i zwiększono liczbę zmian. W ubiegłym roku z linii zjechało 40 milionów urządzeń, czyli co piąty iPhone sprzedany na świecie, a produkcja dopiero się rozkręca. Do końca przyszłego roku Apple chce, by z indyjskich zakładów wyjeżdżała jedna czwarta produkowanych globalnie smartfonów. Polityka handlowa amerykańskiego rządu i zaporowe cła na chiński import tylko przyspieszyła realizację biznesowego planu przeprowadzki. Teraz amerykańskie iPhone'y będą przede wszystkim... indyjskie.
Prezydent Trump i jego problem
Donald Trump torował sobie drogę do Białego Domu hasłem uczynienia Ameryki znów wielką. Największą częścią tej wielkości ma być wielki amerykański przemysł. Jak w poprzedniej epoce, gdy Ameryka stała przemysłem motoryzacyjnym, lotniczym, zbrojeniowym czy kosmicznym. Teraz USA sprowadzają z zagranicy połowę nowych samochodów, niemal wszystkie smartfony, większość komputerów, konsole do gier, a nawet zabawki dla dzieci i sportowe buty. Wszystko zaprojektowane w USA, ale "made in China", ewentualnie "India". Wielkie amerykańskie firmy z Ameryką mają niewiele wspólnego, nawet przekonywane prośbą lub groźbą przez wszechmogący Biały Dom.
Warto przypomnieć słowa Donalda Trumpa, który po rozmowie z prezesem Apple'a Timem Cookiem mówił tak: "Miałem mały problem z Timem. Tim, nie chcę żebyś budował w Indiach". Chodzi o to, by amerykańskie iPhone'y produkowali Amerykanie w amerykańskich fabrykach zarabiając amerykańskie dolary dla amerykańskich rodzin, by kupować amerykańskie samochody i coraz większe domy.
Mały problem z prezesem Apple'a polega na tym, że ani mu się śni wynosić z Azji z wielkim systemem produkcji i długim łańcuchem kontrahentów.
Tim Cook z kolei mówił: "Kiedy chcesz zorganizować spotkanie inżynierów narzędziowych w USA, nie jestem pewien, czy zapełniłbyś nimi pokój. W Chinach zapełnisz nimi kilka stadionów piłkarskich". Prezes firmy od iPhone'ów i MacBooków odpowiadał w ten sposób na pytanie o powody przeniesienia niemal całej produkcji do Chin. I nie chodzi o niskie koszty pracy, ale o ludzi - wykształconych do wykonywania zaawansowanych technologicznie precyzyjnych zadań przy drobiazgowej kontroli jakości. Chodzi o załogi idące nie w setki a tysiące specjalistów - ze znajomością najnowocześniejszych narzędzi i wysoką kulturą pracy.
Wyszkolenie takiej masy fachowców - gdyby nawet ktoś chciał spróbować - potrwa wieki. Jeśli szybko uda się postawić fabryki i wyposażyć je w odpowiedni sprzęt za dziesiątki miliardów dolarów, będą pracować na pół gwizdka. Bo Ameryka już teraz ma ponad milion wakatów. Brakuje specjalistów - inżynierów, projektantów w przemysłach tradycyjnych czy technologów. I w końcu zmotywowanych pracowników zatrudnianych na końcu technologicznego łańcucha, czyli przy liniach produkcyjnych, gdzie wiele czynności wciąż wykonuje się ręcznie.
Podsumowując - amerykański iPhone to dzisiaj rzecz niemożliwa. I taką pozostanie do końca prezydentury Donalda Trumpa, a prawdopodobnie także do końca prezydentury jego następcy oraz następcy następcy.