,
Obserwuj
Gospodarka

Bitcoin wrzuca wyższy bieg. To zasługa... kiepskich decyzji Donalda Trumpa

Wojciech Kowalik
4 min. czytania
31.05.2025 07:50
Bitcoin właśnie pobił rekord wszech czasów, a doszedł tam po górach i dolinach jakie zaliczał w ostatnich miesiącach. Co się stało, że po ostatnim odwrocie największa kryptowaluta świata znów znalazła się na celowniku inwestorów? I dlaczego w niczym nie pomogła pewna ekskluzywna kolacja w klubie golfowym Trumpa, na której jedzenie było "do bani"?
|
|
fot. MANDEL NGAN/AFP/East News

 

  • Bitcoin pobił rekord wszech czasów: wspiął się w okolice 111 tysięcy dolarów. Po załamaniu z marca i kwietnia nie ma już śladu;
  • W tym samym dniu Donald Trump przyjął na kolacji w swoim luksusowym klubie golfowym tych, którzy za największe pieniądze kupili jego kryptowalutę $Trump;
  • Z relacji uczestników wynika, że fatalne było nie tylko jedzenie, ale i wrażenie jakie zostawił amerykański prezydent: przez dwadzieścia minut porozmawiał z grupą wybranych, po czym odleciał helikopterem

 

Po ubiegłorocznych wyborach w USA, bitcoin wszedł w 'tryb bestii' - tak analitycy nazywali rajd w górę, który napędziła wygrana Donalda Trumpa. A to dlatego, że Trump - jak to zresztą często mu się zdarza - zmienił o 180 stopni swoje postrzeganie bitcoina. Jeszcze kilka lat temu nazywał go 'oszustwem', którego wartość wzięta jest z powietrza. Ale radykalnie zmienił front, kiedy zobaczył mniej więcej rok temu, że w kryptowaluty inwestuje nawet około 15 procent Amerykanów, czyli prawie 50 milionów osób - a każdy z nich jest przecież wyborcą. W mig wykonał więc zwrot i naobiecywał: że uczyni Stany Zjednoczone 'kryptostolicą świata' i 'bitcoinowym supermocarstwem'. W tym - że utworzy strategiczną rezerwę państwa w milionie bitcoinów.

Tego rynkowi kryptowalut było trzeba - na fali tych obietnic inwestorzy rzucili się kupować bitcoina, a jego wartość wystrzeliła do rekordowych poziomów w styczniu. Pomógł też Trump, który stworzył własną kryptowalutę - o niej będzie jeszcze za chwilę, bo stała się bohaterką pewnego wydarzenia z ostatnich dni. I tak cały rynek rósł i rósł, aż...

Przyszło wielkie bęc

Bo z tygodnia na tydzień okazywało się, że to wszystko tylko słowa. Kryptostolicy świata w Stanach Zjednoczonych nie widać. Trump w pierwszych tygodniach urzędowania ograniczył się do powołania na nowego szefa amerykańskiej Komisji Papierów Wartościowych i Giełd polityka uważanego za zwolennika kryptowalut oraz specjalnego doradcy ds. kryptowalut i sztucznej inteligencji. Co więcej, okazało się, że nie uda się spełnić kluczowej obietnicy, czyli budowania potężnej rezerwy kryptowalut w największej gospodarce świata. Inwestorzy liczyli, że amerykańska administracja ruszy na rynkowe zakupy, a Trump ogłosi powstanie rezerwy bitcoinów, które już państwo ma i które na przykład zostały i w przyszłości zostaną skonfiskowane przestępcom. Nic nie dały roztaczane świetliste wizje o 'wirtualnym Forcie Knox dla cyfrowego złota'.

Tak poturbowany rynek na początku kwietnia znalazł się w zapaści. Ostra faza wojny handlowej, decyzje o nakładaniu ceł, odkładaniu ceł, podwyższaniu, obniżaniu, decyzje które zmieniały się z godziny na godzinę spowodowały masowy odwrót od wszystkich ryzykownych aktywów - nie tylko kryptowalut, ale też akcji giełdowych. Bo jak tu inwestować w czasach tak potężnej niepewności? Rezultat - bitcoin od styczniowego szczytu tracił w pewnym momencie nawet jedną trzecią swojej wartości. I to okazał się punkt zwrotny.

Bitcoin na trampolinie

Po pierwsze: rynek znów zaczął wierzyć, że jednak pojawią się jakieś korzystne dla kryptowalut rozwiązania prawne. Amerykański Senat przegłosował ustawę dotyczącą tzw. stablecoinów - to cyfrowe aktywa powiązane z tradycyjnymi walutami, głównie dolarem. Nie dotyczy to bezpośrednio bitcoina, ale dla rynku wypatrującego jakiejkolwiek jaskółki zmian - zadziałało orzeźwiająco. Co więcej, okazało się, że stan Teksas myśli o własnej strategicznej rezerwie bitcoinów.

Po drugie: agencja ratingowa Moody's pierwszy raz od stu lat obniżyła rating, czyli ocenę wiarygodności kredytowej Stanów Zjednoczonych. Rynki pomyślały więc, że elektroniczny pieniądz może stać się alternatywą dla słabego dolara, którego pozycję podkopują kolejne decyzje Donalda Trumpa.

Po trzecie: na bitcoina stawiają teraz wielkie instytucje finansowe, które kupują go do swoich portfeli. Potężne pieniądze wciąż płyną do funduszy ETF, które wprowadziły go do inwestycyjnego mainstreamu - bo pozwalają inwestować w bitcoina bez potrzeby kupowania go na specjalnych giełdach. Co więcej, dotychczas mało przychylny kryptowalutom szef wielkiego banku inwestycyjnego JP Morgan zapowiedział, że jego klienci będą mogli inwestować w cyfrowe pieniądze.

I po czwarte: wojna handlowa Trumpa już nie straszy rynków tak bardzo jak jeszcze dwa miesiące temu. Po drodze pojawiło się porozumienie USA z Wielką Brytanią i Chinami, nawet ogłoszone 50-procentowe cła które miały objąć towary z Unii Europejskiej zostały dwa dni później odłożone w czasie. W tej sytuacji inwestorzy znów chętniej patrzą na bardziej ryzykowne aktywa. A bitcoin odbił jak na trampolinie - i osiągnął historyczne szczyty.

Jedzenie do bani

Na koniec jeszcze o pewnej ekskluzywnej kolacji. Donald Trump zaprosił do swojego klubu golfowego w stanie Wirginia 220 osób, które za największe pieniądze kupiły jego wyemitowaną w styczniu kryptowalutę. Łącznie wydali na to prawie 150 milionów dolarów! Wśród gości byli m.in.: polski inwestor, wielki inwestor z Chin który kupił walutę Trumpa za 20 milionów dolarów, a także amerykański inwestor, którego cytuje CNBC i który po spotkaniu powiedział, że 'jedzenie było do bani'.

Trump spotkał się z wybranymi uczestnikami na dwadzieścia minut, po czym odleciał prywatnym helikopterem. Efekt? Po tej kolacji notowania $Trumpa spadły o 16 procent, ale to i tak nic. Bo w styczniu, w momencie debiutu $Trump wart był 15 miliardów dolarów. Teraz wyparowało 80 procent jego wartości, a - jak wylicza CNBC - straciło na tym 600 tysięcy drobnych inwestorów, którzy pożegnali się z 4 miliardami dolarów.