,
Obserwuj
Gospodarka

Tani dron lepszy od samolotu za miliony. Ukraińcy pokazują, jak zmienia się wojna

Anna Augustyn, Wojciech Kowalik
4 min. czytania
10.06.2025 17:58
Determinacja i pomysłowość mogą zmienić bieg wojny i priorytety przemysłu zbrojeniowego na całym świecie. Który od produkcji sprzętu wagi słoniowej przechodzi teraz do produkcji sprzętu wagi muszej.
|
|
fot. AA/ABACA / AA/ABACA/Abaca/East News

 

  • Ukraińcy w trwającej wojnie uderzyli w skarby rosyjskiej armii, czyli w samoloty stojące w bazach wojskowych tysiące kilometrów od granic Ukrainy;
  • Wysłali ponad sto dronów ukrytych w ciężarówkach przewożących części do składania drewnianych domków. Napędzane sztuczną inteligencją albo poleceniami operatora uderzyły tak skutecznie, że Rosja poniosła nawet 7 miliardów dolarów strat;
  • Akcja nie tylko na zawsze może zmienić sposób prowadzenia wojen, ale skłania kolejne państwa do zmiany swoich przemysłów zbrojeniowych.

 

Przygotowania do tej operacji trwały półtora roku. Jej nazwa to "Spiderweb" czyli "Pajęczyna", ale w mediach społecznościowych zyskała też inną nazwę: rosyjskiego Pearl Harbour.

Ukraińcy w całkowitej tajemnicy wysłali setki dronów w okolice Murmańska za kołem podbiegunowym na północy, w region Amuru 8 tysięcy kilometrów na wschód oraz w rejon trzech innych baz. Zrobili to... w kontenerach. Zostały one specjalnie przebudowane, wyposażone w podwójne dachy, z których zewnętrzny był otwierany zdalnie. Pomiędzy nimi w ukrytej przestrzeni zaparkowano ponad 100 standardowych quadrocopterów czyli niewielkich zdalnych maszyn unoszonych przez cztery śmigła. Koszt każdego - około 400 dolarów plus uzbrojenie.

 

Kłopoty z łącznością

 

117 takich dronów zapakowano do kontenerów, które załadowano na ciężarówki. Niczego nieświadomi kierowcy mieli dowieźć w konkretne miejsce "elementy do budowy drewnianych domków". Gdy dotarli do celu, z otwieranych zdalnie kontenerów wyroiły się dziesiątki dronów. Każdy z nich miał swojego operatora. Skąd działali ani z jakich połączeń korzystali? Pojawiają się informacje o rosyjskiej telekomunikacji czy o komunikacji Internetowej. Wiadomo, że Ukraina powszechnie używa sieci Starlink Elona Muska. Czy skorzystała z niej i tym razem? Tego nie wiadomo. Wiadomo natomiast, że kierowane przez ponad stu operatorów drony miały problemy z łącznością. I dlatego część wykonywała misję korzystając ze sztucznej inteligencji, na podstawie ustalonego wcześniej algorytmu. Uderzyły w co najmniej cztery bazy lotnicze, na których Rosja trzyma swoje bombowce strategiczne i samoloty wczesnego ostrzegania. Sprzęt astronomicznie drogi i unikatowy, bo pochodzący z czasów ZSRR, od dawna nie produkowany w Rosji ani nigdzie na świecie.

Zmasowany rosyjski atak na Kijów i Odessę. Drony trafiły w szpital położniczy

Bombowce używane w atakach na Ukrainę do przenoszenia rakiet to między innymi Tu-95, Tu-22 i Tu-160 czyli stare dobre Tupolewy. Według Ukrainy operatorzy "Spiderweb" zniszczyli co najmniej 13 maszyny, 41 zostało uszkodzonych w dwóch bazach wojskowych - Oleniegorsk w Murmańsku i Biełaja w Irkucku. Naprawić je będzie trudno, a zastąpić się nie da, bo żaden ze zniszczonych modeli nie jest już produkowany. Ale Rosja w ukraińskim ataku straciła też swoje "oczy" - samoloty szpiegowskie A-50, czyli niezwykle cenne maszyny wczesnego ostrzegania. Przed wojną Rosjanie mieli ich nie więcej niż dziesięć, w czerwcowym ataku stracili dwie. Z danych wywiadowczych wynika, że po tej stracie sprawne są już tylko cztery.

 

Mniej znaczy więcej

 

Ukraina szacuje rosyjskie straty na 7 miliardów dolarów, czyli prawdopodobnie ponad sto razy więcej niż koszt sprzętu użytego przez stronę ukraińską. Ta szokująca skuteczność skłania kolejne armie na świecie, a wraz z nimi ich przemysły zbrojeniowe, do zasadniczej zmiany militarnych koncepcji. I zastosowania reguły mniej znaczy więcej, w tym mniej pieniędzy. Większość dronów można złożyć na kuchennym stole z części kupionych w Internecie. Najtańsze kosztują w sumie nie więcej niż 500 dolarów. Każdy z nich może unieruchomić a nawet zniszczyć czołg, wóz bojowy, haubicę i każdy inny duży sprzęt wojenny, wart setki tysięcy a czasami miliony dolarów. Rachunek jest więc prosty: więcej dronów - mniej czołgów. I precyzyjne operacje na tyłach wroga.

Zmienia się więc wojna. Żołnierze częściej jeżdżą na elektrycznych skuterach niż w wozach bojowych, praktycznie nie opuszczają okopów i skazani są wyłącznie na zimne racje, bo termowizyjne drony zwiadowcze potrafią wykryć nawet pojedynczy kocher. I zbombardować cały okop jak długi i szeroki. W tej nowej wojnie tradycyjny duży sprzęt jest pochowany pod maskowaniem i nieczęsto używany. Innowacje zaś obejmują skuteczne metody zagłuszania, spoofing czyli ogłupianie elektroniki wroga czy wypuszczanie dronów na smyczy. Czyli takich, które połączone są z operatorem światłowodem rozwijanym ze szpuli podczas lotu. Mniej zwrotne, z zasięgiem zaledwie do 10 kilometrów, lądują w polu, by zaminować zaplecze wroga. Są też drony zakłócacze, drony-łowcy dronów, drony kamikadze, drony zwiadowcze czy drony matki transportujące inne, mniejsze drony. Ukraina chce ich wyprodukować w tym roku rekordowe 4,5 miliona sztuk. Stanie się w ten sposób największym na świecie producentem dronów wojskowych.

 

Inni się zbroją

 

Inne państwa już idą lub mogą w przyszłości pójść śladem Ukrainy. Kolejne armie przyjmują zmiany w swoich strategiach militarnych. Taki pomysł na siebie ma Wielka Brytania, potentatem w produkcji dronów stała się Turcja, Indie planują zakup tych wojskowych urządzeń za prawie 5 miliardów dolarów. Ameryka ma program Replicator w którym chodzi o rozwijanie technologii statków bezzałogowych, by stawić czoła Chinom, jeśli zaatakują Tajwan. Podobny program, ale większy i bardziej zaawansowany ma chińska armia. W jej arsenale jest 50 typów różnych maszyn idących w dziesiątki tysięcy sztuk. To właśnie tam może się rozegrać wielka wojna dronowa, przy której konflikt w Ukrainie okaże się zaledwie wprawką.