Kosmiczna awantura Trumpa z Muskiem. Mars będzie musiał poczekać
Początek tej historii to rok 2006. Nikomu nieznany start-up technologiczny Space Exploration Technologies Corporation - SpaceX wygrywa przetarg ogłoszony przez NASA. Chodził o dostarczanie na orbitę ładunków. Gdy wygrywał konkurs, SpaceX nie miał na koncie ani jednego startu w kosmos. Ale już dwa lata później w kosmos poleciała jego rakieta Falcon 9, a w 2010 roku firma Muska zaczęła wozić na orbitę wszystko, co jej w ręce wpadło. Kontrakty na umieszczanie urządzeń satelitarnych zdobywała dzięki partnerstwu z NASA. Przez to była dla innych wiarygodnym kontrahentem. A pieniądze z NASA pozwoliły SpaceX pracować nad ciągłym ulepszaniem rakiety. Tak więc kilka lat po starcie regularnego połączenia orbitalnego ze stacją kosmiczną dla przewozu zapasów, Falcon 9 został wybrany do przewozu ludzi. I w 2020 roku zawiózł na orbitę pierwszych pasażerów. Stało się to w czasie pierwszej prezydentury Donalda Trumpa, którego podczas uroczystego startu z Cape Canaveral najbardziej cieszyło jedno: prywatna rakieta Muska zawiezie astronautów w ramach państwowej misji NASA za ułamek kosztów wysyłania ich w kosmos wahadłowcami.
Dzisiaj SpaceX jest potentatem i monopolistą. Firma, która powstała by wypełnić donkiszotowską misję wysłania ludzi na Marsa, jest bliska sukcesu. Pod warunkiem, że awantura Muska z Trumpem nie zakończy się dla niej dramatycznie twardym lądowaniem. A dla politycznych ambicji prezydenta powrotu Amerykanów na Księżyc - kompletnym fiaskiem.
Ostatnią wizytę człowieka na Księżycu pamiętają dzisiaj jedynie 60-latkowie. Był rok 1972, misja nazywała się Apollo 17 i zorganizowała ją amerykańska agencja kosmiczna. Jej działalność w szczycie wyścigu kosmicznego kosztowała amerykańskich podatników 5 procent budżetu państwa. Połowa szła na misje księżycowe. Ale okoliczności usprawiedliwiały wszelkie wydatki. Ameryka toczyła ze Związkiem Radzieckim ostateczną walkę o pierwszeństwo w kosmosie. Wygrała, więc zaraz potem zainteresowanie kosmiczną kolonizacją spadło niemal do zera. A wraz z nim wyschło źródło funduszy. Amerykanie prowadzili potem już tylko jeden program załogowy - orbitalnych wahadłowców, który po licznych niepowodzeniach i katastrofach promów Challenger i Columbia ostatecznie zamknęli.
Posłuchaj:
I tu czas na opowieść o pieniądzach. O tym ile kosztowało latanie wahadłowcami, ile kosztuje zawiezienie na orbitę kilograma ładunku. Oraz dlaczego jedynym wyjściem dla amerykańskiej agencji kosmicznej NASA, finansowanej z budżetu państwa, jest powierzenie tego zadania prywatnej firmie transportowej. Rzecz wyjaśni się wraz z odpowiedzią na pytanie: ile kosztuje wysłanie rzeczy w kosmos? Metodą tradycyjną, czyli rakietą jednorazowego użytku, wysłanie kilograma dobytku na orbitę to koszt mniej więcej 4 tysięcy dolarów. Do każdego transportu potrzeba nowej rakiety, stara wraca na ziemię w postaci złomu. Nowatorska metoda opracowana przez prywatne start-up'y pozwala tę gotówkę zaoszczędzić. Jest czterdzieści razy tańsza, a kilogram paczki wysłanej w kosmos kosztuje tylko sto dolarów. Bo rakieta wraca na ziemię i można jej znów użyć. Tyle o kosztach.
Teraz druga, nie mniej ważna sprawa, czyli czas. Korzystając z rakiet wielokrotnego użytku wszystkie części potencjalnej nowej stacji orbitalnej można wysłać w kosmos w niecałe dwa tygodnie. Metodą tradycyjną to samo trwałoby lata. Wiele lat.
Wszystko jest więc jasne. NASA zleca wożenie cargo zewnętrznym firmom, bo sama nie ma odpowiedniej technologii. Ale też pieniędzy.
Ameryka chce nie tylko wrócić na Księżyc. Taki powrót obiecał Amerykanom prezydent Trump. NASA od lat prowadzi przygotowania do misji pod kryptonimem Artemis, której częścią stał się prywatny biznes kosmiczny, w tym Space X. Firma Elona Muska ma zawieźć załogę na Księżyc, by potem zbudować tam stałą bazę astronautyczną. Księżyc miałby stać się 'obozem pośrednim' w podróżach dalej w Układ Słoneczny, w tym w stronę Marsa. Na który Musk chciał wysłać ludzi za półtora roku. Wiadomo już, że to się nie uda. Pod znakiem zapytania stoi też drugi możliwy termin, czyli rok 2028. Ziemia i Mars znajdują się wobec siebie w optymalnym położeniu co 26 miesięcy. Kalendarz nie sprzyja więc prezydentowi Trumpowi, kolejne okienko to czas poza jego kadencją. A są jeszcze gorsze wiadomości - pod znakiem zapytania stoi pierwszy etap tej marsjańskiej operacji, czyli lądowanie na Księżycu.
Prezydent Trump zagroził bowiem zerwaniem kontraktów jakie rząd federalny podpisał z najbogatszym człowiekiem świata. Największe to kontrakty wojskowe i kosmiczne, w sumie za jakieś 40 miliardów dolarów. W odpowiedzi Musk zagroził tym samym - wycofaniem się ze współpracy z rządem i odesłaniem na parking kapsuły kosmicznej, która wozi dla NASA ludzi na orbitę. Gdyby jedno i drugie miało się spełnić, ludzkość nie tylko nie poleciałaby na Marsa. Amerykanie nie dotarliby nawet do Stacji Orbitalnej ani z niej nie wrócili, bo NASA nie ma ani własnych rakiet, ani sprawdzonych statków kosmicznych. I choć oprócz Space X zatrudnia także innych podwykonawców, to współpraca z nimi idzie jak krew z nosa. Boeing, który zawiózł na orbitę swoim Starlinerem dwójkę astronautów, zostawił ich w kosmosie na nadprogramowe 9 miesięcy, bo Starliner się zepsuł i nie było ich czym przywieźć. Pojazd zastępczy podstawił... Musk.
A zatem - bez kosmicznego start-up'u Elona Muska Amerykanie nie wrócą na Księżyc oraz nie zatkną flagi na Marsie. SpaceX jest monopolistą w lataniu w kosmos a jego rakieta Falcon 9 startuje w niespotykanym dotąd tempie. Podczas gdy rakiety konkurencji, w tym Vulcan United Launch Alliance, New Glenn Blue Origin i Neutron RocketLab, wciąż są niesprawdzone. New Glenn wystartował tylko raz, Vulcan dwa razy, a Neutron wcale. Tym bardziej więc nie są brane pod uwagę w realizacji najśmielszej misji - wysłania ludzkości na czwartą planetę od słońca, nad którą Space X pracuje od lat.
Niewiele wskóra też sama NASA, bo jej finansami zarządzają politycy, którzy właśnie dokonali gwałtownego zwrotu. Budżet Agencji został obcięty o jedną czwartą, NASA ma porzucić program budowy własnej rakiety i statku kosmicznego Orion do podróży międzyplanetarnych. Ma się zająć za to planem transportowanie ludzi i ładunków z Księżyca na Marsa zwanym M2M. Oraz opracowaniem skafandra dla astronautów na Marsie.
Na koniec o najgorszym z możliwych scenariuszy. Bo gdy wszystko pójdzie nie tak, Amerykanów będą wozić na orbitę... Rosjanie. Używając swoich wiekowych kapsuł Sojuz. Tak jak robili to w przerwie, gdy NASA już nie latała wahadłowcami i jeszcze nie latała statkami Muska. To potwarz numer jeden, ale jest jeszcze potwarz numer dwa: zanim Amerykanie wrócą na Księżyc - uprzedzą ich tam Chińczycy.