Stocznia MW: Zmiany albo wszyscy "do piachu"
- Na razie wiecujemy, ale coraz więcej z nas chce jechać do Warszawy pod Ministerstwo Obrony Narodowej - zapewniał bojowo jeden z uczestników wiecu. - Może się tam przejedziemy ale najpierw spróbujemy dogadać się z prezesem - studził atmosferę drugi stoczniowiec - Mimo, że nasza akcja świadczy o tym, że jest on nieudolny, skoro nie potrafi nam zapewnić bytu. Każdy z nas ma rodzinę, każdy chce tę ją wykarmić - dodaje - są koledzy, którzy jako jedyni w rodzinie mają pracę, są też tacy, którzy na szukanie pracy gdzie indziej są po prostu za starzy.
Szefowie związków zawodowych o głośnych protestach w Warszawie nie chcą mówić ale na zwolnienie 400 osób się nie zgadzają. Taka skala zwolnień nie pomoże stoczni - mówi Mirosław Kamieński z Solidarności - wręcz przeciwnie, zaszkodzi. - Połowa tej liczby ewentualnie byłaby do przyjęcia - dodaje Tadeusz Mirkiewicz ze Związku Zawodowego Pracowników Wojska - Zapraszaliśmy prezesa na wiec, ale się nie pojawił. Chcieliśmy porozmawiać też o zaległych wynagrodzeniach za luty, część wypłat do dzisiaj nie wpłynęła na nasze konta.
Prezes zakładu Roman Kraiński rozkłada ręce i przekonuje, że zapłaci jak tylko dostanie pieniądze. Liczy na to, że pieniądze będą doliczone do wypłaty w kwietniu.
Aby dalej działać musimy dotrwać do końca roku i wykazać zysk. Przed chwilą dostałem wiadomość, że wygraliśmy kontrakt na Lecha, toczą się negocjacje dużego kontraktu na Tarantule, toczą się negocjacje na zakończenie Gawrona plus żaglowiec wietnamski - wymienia prezes - to wszystko razem to dużo ale te pieniądze będą za jakiś czas.
- Skala zwolnień nie jest moim wymysłem, to minimum, które pozwoli uzyskać dodatni wynik - tłumaczy Kraiński - jeśli go nie uzyskamy wtedy pracę straci nie 400 osób ale 1100 czyli wszyscy. Stocznia rok w rok miała straty i zjadła swój cały kapitał i nie ma już z czego dokładać - mówi obrazowo - albo przerwiemy tę tendencję albo pójdziemy do piachu.