Naftowa apokalipsa nadciągnie w czerwcu. "Będzie mocno bolało"
Kryzys paliwowy trwa już ponad dwa miesiące, a ekonomiści przecierają oczy ze zdumienia patrząc jak całkiem nieźle świat sobie radzi z brakami ropy i gazu z Bliskiego Wschodu. Jednak eksperci branży ostrzegają - najgorsze dopiero przed nami i to już za kilka tygodni.
Z tego artykułu dowiesz się:
- Dlaczego ekonomiści drapią się w głowę patrząc na globalną reakcję na kryzys paliwowy?
- Jakie zderzaki uchroniły nas - na razie - przed najgorszym scenariuszem, ale dlaczego uderzenie i tak będzie bolało?
- Kiedy może przyjść dla świata czarna godzina, czarna jak ropa naftowa?
Zaczniemy od zagadkowej odporności, która sprawia, że w głowę skrobią się najtęższe ekonomiczne umysły. Bo wojna w Zatoce Perskiej trwa już ponad 2 miesiące, światu brakuje codziennie jednej dziesiątej ropy i produktów naftowych, które produkowały kraje regionu. W tym czasie cena surowca zaledwie dwa razy przekroczyła na światowych rynkach 120 dolarów za baryłkę. Benzyna w Ameryce - choć dla przeciętnego konsumenta nieprzyzwoicie droga - średnio wciąż nie kosztuje więcej niż 5 dolarów, a cena prądu w Europie ledwo drgnęła. Wszystko to w czasie najgorszego w historii nowoczesnych gospodarek kryzysu naftowego.
Dlaczego nie jest tak źle
Dla porównania: skala kryzysu w jaki popadł zachód po najeździe Rosji na Ukrainę. Ropa naftowa była wtedy po 120 dolarów za baryłkę i to nie jednorazowo, ale całymi tygodniami, a w marcu 2022 roku w trakcie handlu kosztowała prawie 140 dolarów. Cena prądu w Europie skoczyła wtedy do astronomicznego poziomu ponad 1100 euro za megawatogodzinę, dzisiaj to średnio 50 euro. Benzyna w Stanach Zjednoczonych kosztowała średnio ponad 5 dolarów za galon, dzisiaj to wciąż pół dolara mniej, chociaż jej cena wciąż idzie w górę, co rządzącej ekipie republikanów prezydenta Donalda Trumpa nie najlepiej wróży w listopadowych wyborach do Kongresu. Gaz na europejskiej giełdzie TTF kosztuje około 50 euro za megawatogodzinę, cztery lata temu było to ponad 300 euro. Powód do skrobania się w głowę - jest. Poskrobiemy się więc i my i sięgniemy po najczęściej wymieniane powody, dla których światu się ślizgnęło. Na razie.
Powód pierwszy: międzynarodowa agencja energii uwolniła część zapasów. Podobne decyzje podjęły pojedyncze państwa, w tym najbardziej dotknięte brakiem ropy naftowej, bo zależne od jej dostaw z Zatoki Perskiej, jak Japonia czy Korea Południowa. Do rezerw sięgnęła też Ameryka. Na polu strategicznych rezerw wiele więcej nie da się już zrobić. Zostały już tylko rezerwy naprawdę strategiczne.
Powód drugi: po morzach i oceanach pływało może niechcianej ropy naftowej zamkniętej w zbiornikach tankowców. Według różnych szacunków to nawet pół miliarda baryłek czyli tyle, ile wystarczyłoby na zatkanie surowcowej dziury przez mniej więcej miesiąc. Ropa była niechciana, bo świat systematycznie zużywał jej mniej, a producenci pompowali jej wciąż tyle samo. Poza tym, była to też "lewa" ropa, z Rosji, Wenezueli i Iranu, objęta karnymi międzynarodowymi sankcjami. Na starcie wojny okazała się naftowym kołem ratunkowym. Tyle, że jednorazowego użytku.
Powód trzeci i czwarty: kto żyw pompuje tyle ropy, ile tylko może. Arabia Saudyjska i Zjednoczone Emiraty Arabskie przesyłają urobek zapasowymi rurociągami, omijając zamkniętą przez Iran cieśninę Ormuz. Rosja swoją ropę transportuje przez Arktykę. Może, bo północna półkula akurat odmarzła. Stany Zjednoczone stały się po raz pierwszy od drugiej wojny światowej eksporterem netto. To znaczy, że wysyłają nadwyżki do Azji i Europy, uzupełniając perskie braki.
Powód piąty: najczęściej dyskutowany, czyli zjawisko znane jako destrukcja popytu. to ograniczenie zużycia stosownie do ograniczenia produkcji. Możliwe, że coś o czym ekonomiści ledwie spekulowali na starcie wojny w Zatoce, wydarzyło się w rekordowym czasie ośmiu tygodni. A świat już nie potrzebuje jednej dziesiątej ropy naftowej i mniej więcej tyle samo gazu, jakie zużywał przed kryzysem w Zatoce Perskiej. Bo Azja w błyskawicznym tempie ograniczyła zużycie. Linie lotnicze odwołały tysiące lotów, fabryki zwolniły produkcję, rządy wprowadziły czterodniowe tygodnie pracy i zaleciły pracę zdalną. Z powodu wysokich cen paliw i regularnych braków na stacjach benzynowych tam gdzie się da Azja przesiadła się do komunikacji zbiorowej lub zrezygnowała z niekoniecznych podróży.
Perspektywy są jednak niewesołe
Wszystko to zadziałało jak potężny zderzak. Rozpędzona światowa gospodarka zamortyzowała sobie czołowe spotkanie z betonową ścianą. Ceny surowców wzrosły, ale umiarkowanie. To tak, jakby świat stracił pracę, ale nadal żył w miarę wygodnie z oszczędności i zasiłków. Problem w tym, że lepiej w najbliższym czasie nie będzie, nie wrócą - umowne - wpływy na konto, a oszczędności są na wyczerpaniu. Ta niewesoła perspektywa dla rynku naftowego, czeka nas w najbliższych tygodniach.
Frederic Lasserre zarządza jedną z największych firm handlujących ropą naftową na świecie. Gunvor obraca surowcem wartym miliardy dolarów rocznie. Gdy ludzie tacy jak Lasserre publicznie ostrzegają przed nadciągającą katastrofą, świat bierze te ostrzeżenia bardzo serio. A gdy zapowiadają, że "będzie mocno bolało", trzeba zacząć się bać. Według Lassere'a skutki naftowej dziury w dostawach wykroczą daleko poza stacje benzynowe, a punkt krytyczny to czerwiec. Wtedy przemysł na Zachodzie zacznie się systematycznie wyłączać, a Europa stanie na progu recesji. Cen surowców nie uda się utrzymać - jak do tej pory - w ryzach, a ropa naftowa może drożeć do dowolnie wybranego poziomu. Półtora raza? Dwa razy więcej niż dzisiaj? Dla analityków rynku naftowego to zaledwie średnia prognoz. Bo może być jeszcze gorzej.
Zanim zajrzymy w naftową przyszłość, dobra wiadomość dla Europy. I wyjaśnienie dlaczego w przeciwieństwie do kryzysu energetycznego sprzed czterech lat, tym razem umknęła śmierci spod kosy. Czyli o cenie prądu. Dlaczego z powodu wojny w Zatoce Perskiej prąd nie drożeje w postępie geometrycznym? Bo europejskie gospodarki częściowo odrobiły ostatnią kryzysową lekcję. Tym razem elektrownie atomowe we Francji idą pełną parą, gdy cztery lata temu w większości stały, czekając na post pandemiczne naprawy. Pełną parą idzie produkcja energii ze źródeł odnawialnych. A po suszy pięćsetlecia hydroelektrownie wróciły na swoje czwarte miejsce wśród producentów energii. Powstały nowe połączenia energetyczne, stare unowocześniono. Wszystko to razem dało efekt. Przynajmniej na tym polu, możemy mieć nadzieję na względny spokój.
Najwięksi surowcowi gracze są zgodni: cudu nie będzie. I choć naftowe rynki reagują entuzjastycznie na optymistyczne sygnały o możliwej amerykańsko-irańskiej zgodzie, fizycznie sytuacja niewiele się zmieni. Powrót do względnej równowagi potrwa lata.
źródło: TOK FM