"Ołowiane dzieci". Dwie lekarki ze Śląska dokonały odkrycia na "skalę światową"
"A jak się okaże, że huta jest zagrożeniem, bo truje dzieci? Była pani profesor pod hutą? Przecież tam nawet nic nie rośnie! Tylko szczury latają! Ołowiana pustynia!". Prezentujemy fragment książki autorstwa Michała Jędryki pt. "Ołowiane dzieci". W środę 11 lutego swoją premierę na Netflixie ma serial Macieja Pieprzycy pod tym samym tytułem.
Poniższy fragment pochodzi z książki autorstwa Michała Jędryki pt. "Ołowiane dzieci" wydanej 20 maja 2020 roku nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej.
Profesor Bożena Hager-Małecka wraca z kongresu do Polski. Myśl, która zakiełkowała w trakcie prelekcji na temat choroby małego Kevina, nie daje jej spokoju. Jest ordynatorką kliniki pediatrycznej Śląskiej Akademii Medycznej w Zabrzu, a zarazem konsultantką wojewódzką. Jako konsultantce podlegają jej wszystkie przychodnie rejonowe na Górnym Śląsku. Do jednej z nich kieruje swoje kroki po powrocie ze Szwajcarii. W lipcu 1974 roku osobiście przyjeżdża z Zabrza do Dąbrówki Małej. Pielęgniarka potwierdza jej obawy. To może być to! Wraca ponownie do doktor Wadowskiej-Król. Po zajęciu gabinetu, zamknięciu drzwi i upewnieniu się, że zostały same, Hager-Małecka pokazuje lekarce kartotekę chorego dziecka. Adres: ulica Makarenki 2.
- Pamięta go pani? Trudno, by nie pamiętała. To adres z Targowiska, dzielnicy, a właściwie ponurego zbiorowiska kilkunastu nędznych domków na Burowcu, stłoczonych ciasno i bezładnie na niewielkiej trójkątnej przestrzeni pomiędzy hutą, torami tramwajowymi i linią kolejową. O ile Szopienice były określane jako gorsza dzielnica Katowic, a Burowiec był ich najbardziej zakazanym miejscem, to Targowisko było najgorszym zakątkiem Burowca. Niskie rudery bez toalet i łazienek pamiętające jeszcze dziewiętnastowieczne początki huty. Brak kanalizacji, woda wylewana do rynsztoków, obok śmierdzące chlewiki, w których były wychodki i komórki na węgiel. W bezpośrednim sąsiedztwie kominów, pod płotem blajówy. Jeżeli wtedy wszystkie domy na Dąbrówce, w Szopienicach i na Burowcu były szare, to tamte dawno sczerniały przeżarte ołowiowym pyłem i brudem.
Sześcioletni pacjent był szóstym, najmłodszym dzieckiem rodziny z Targowiska. Kolejne dziecko po nim zmarło chwilę po narodzinach. Starsi bracia radzili sobie różnie. Jeden, podobnie jak ich ojciec, był na rencie inwalidzkiej. "Na głowę mi dali" - tak zadowolony wyjaśniał powody jej przyznania. Drugi był obecnie w więzieniu. Trzeci pracował jako fizyczny w hucie. Młodsza z dwóch sióstr chodziła do hilfki. Tak nazywano szkołę specjalną, która już od początku wieku próbowała uczyć życia upośledzone dzieci spod huty. Dziś powiedzielibyśmy: specjalnej troski. Istotne, że już w 1913 roku nadmiar takich dzieci spowodował, że niemiecki pracodawca był zmuszony założyć dla nich szkołę. Druga siostra, już dorosła, sprzątała w laborze, na szamocie przy blajówie. Tak nazywano laboratorium przy Zakładzie Wyrobów Ogniotrwałych umiejscowionym w rozległym kompleksie Huty Metali Nieżelaznych. Rodziców cechował fatalizm częsty u biednych, wielodzietnych rodzin.
- No ja, coś słaby jest. Co jo moga za to? Jo tyż żech jest słabo - mówiła matka, ocierając brudną ręką pot z czoła.
Ojciec, hutniczy rencista, którego na stare lata bardziej niż wychowywanie licznej czeladki interesowało życie towarzyskie w znajdującej się po drugiej stronie ulicy Zjednoczenia Partii, jakieś sto metrów od Targowiska, restauracji Rzepicha, dodawał:
- Ja, huta truje, ale tyż dowo na chlyb.
Było to tylko częściowo prawdą, chyba że za chleb w płynie uznamy lane piwo, spożywane przez głowę rodziny codziennie z wyjątkiem niedziel w mordowni o prasłowiańskiej nazwie.
Oprócz skomplikowanej sytuacji rodzinnej miał mały pacjent wszystkie symptomy choroby omawianej na sympozjum w Szwajcarii. Lekarka pisze w sprawozdaniu: "Niedobór wzrostu - 21 cm, klatka piersiowa tzw. kurza, chód bociani z opadaniem stóp. Otwarty zgryz, zęby z ciemnobrunatnym nalotem, mowa bełkotliwa. Niedowład kończyn, powłóczenie lewą nóżką, ziemista cera, poczerniałe dziąsła". W czasie wizyty chłopiec wydawał się nieobecny. Patrzył na świat wielkimi podkrążonymi oczami z otwartymi ustami, z kącika których sączyła się cienką strużką ślina.
- Ołowica czy nie ołowica, pani profesor, na pewno to choroba z biedy - powiedziała doktor Wadowska-Król.
- Bieda na pewno sprzyja rozwojowi choroby. Ta sama choroba zupełnie inaczej się rozwija w zależności od warunków domowych - przyznała konsultantka. - Wie pani, jak ołów przedostaje się do organizmu?
- Na wiele sposobów.
- To prawda. Ołów jest metalem ciężkim. Obecny w powietrzu, osiada w gruncie, zatruwa ziemię. Pełno go w kurzu i zwyczajnym brudzie.
- Pani profesor, na Targowisku, tam, na ulicy Makarenki, nie mają łazienek ani kanalizacji. Mały zawsze na ciele ma niedomyte smugi brudu. Nie tylko on. Pani Wiesia jako pielęgniarka środowiskowa może pani o tym więcej powiedzieć. Jedni starają się pilnować czystości, kobiety co tydzień okna myją i kąpią dzieci w balii w sobotę, a inni różnie sobie z tym radzą. Ale dzieci trudno jest upilnować…
- Ma pani rację. Lekarz musi widzieć, jak w domu to dziecko wygląda, bo z tą samą chorobą jedno natychmiast trzeba gdzie indziej dać, a drugie przeciwnie, będą rodzice robili, co trzeba.
- Tam mają strasznie!
- Ołów chłonie się całym ciałem. W jedzeniu, z powietrza, z ziemi…
- Wie pani profesor, skąd ten ołów?
- No tak, wiem. Bloki obok huty, ani krzaczka, ani trawki.
- Na osiedlu na dodatek zbudowali dla dzieci basen!
- Z wody też przenika do organizmu.
- Takich jak on mam tu więcej - powiedziała lekarka.
- Wiem. Pytałam już o to pielęgniarkę - przyznała Hager-Małecka. - Dlatego trzeba zrobić badania. Tylko na razie ani słowa o ołowicy. Wie pani, co by się stało, gdyby władza się o tym dowiedziała? Zaraz by było, że my tymi badaniami chcemy oczernić ich najnowocześniejszą hutę!
- To jak to badać? Bez wyników badania?
- Normalnie, po cichu. Założy pani pacjentowi i podobnym dzieciom grupę dyspanseryjną. Potem przeprowadzi pani badanie skriningowe wśród dzieci spod huty. Proszę o raporty z tych badań. Zobaczymy, jakie będą rezultaty. Wie pani: krew, poziom kwasu delta-aminolewulinowego, koproporfiryn, krwinki czerwone…
- Wiem. Już bez badań mogę powiedzieć. Takich dzieci jak z mojego zeszytu może być więcej.
- Dlatego trzeba to sprawdzić. Tylko, na miłość boską, niech pani nigdzie nie pisze diagnozy: "ołowica"!
- A co?
- No nic. Prowadzi pani obserwację grupy dyspanseryjnej. Wyniki obserwacji mogą być pozytywne albo negatywne.
- Obserwacja?
- Właśnie!
- Na pierwszy rzut trzeba by zbadać ulicę Makarenki, Rzemieślniczą, Obrońców Westerplatte, Roździeńską, Kuśnierską, osiedle… - lekarka wyliczyła adresy znane jej z kartotek pacjentów i domowych wizyt. - Jeszcze osiedle…
- Na początek wystarczy! - konsultantka spróbowała przyhamować jej zapędy.
- Na osiedlu to ja mieszkam! Z trójką dzieci!
- To niech im pani daje dużo mleka - doradziła profesor Hager-Małecka. - I nie kupuje owoców ani warzyw z tutejszych ogródków!
- A jeżeli to się potwierdzi? Trzeba będzie szybko zrobić badania. Kto mi je zrobi? - zmartwiła się doktor Wadowska-Król.
- Stacja krwiodawstwa u mnie w Zabrzu, w Dąbrowie Górniczej. Tylko tak jak mówiłam, po cichu!
- Nigdy jeszcze nie miałam kontaktu z ołowicą. Owszem, słyszałam, że jest chorobą zawodową wśród hutników, tak jak pylica w kopalni. Ale nie u dzieci. Przecież na dłuższą metę nie da się tego ukryć! Jak odkryją, co robimy, to…
- Spokojnie. My jesteśmy tylko lekarzami pediatrii. Najpierw zróbmy badania przesiewowe.
- Te skriningowe? - upewniła się doktor Wadowska-Król.
- Właśnie!
- A jak się okaże, że huta jest zagrożeniem, bo truje dzieci? Była pani profesor pod hutą? Przecież tam nawet nic nie rośnie! Tylko szczury latają! Ołowiana pustynia!
- Proszę wysyłać do mnie sprawozdania. Jakby co, prowadzi pani obserwację.
Lekarka zaczęła planować. Ułożyła w głowie listę małych pacjentów. (...)
- Zacznę od bezpośredniego sąsiedztwa huty. Tam mogą być najcięższe przypadki - powiedziała.
- Możemy te dzieci umieścić u mnie w klinice, w Zabrzu. Próbować odtruć. Potem zobaczymy. - Hager-Małecka zaczęła się zastanawiać nad przebiegiem akcji. - Przede wszystkim trzeba zbadać zasięg choroby i stopień zatrucia ołowiem. To może być wyjątkowy materiał badawczy na skalę światową. To, o czym usłyszałam na kongresie w Szwajcarii, to jest nic, jednostkowe przypadki. W porównaniu z wynikami takich badań…
- Zobaczymy, pani profesor. Na razie mamy jednego pacjenta, a przed sobą całe Targowisko. A może całą dzielnicę?
- Czekam na raport. - Hager-Małecka zaczęła się zbierać. Jolanta Wadowska-Król dopiła zimną kawę aż po brunatny szlam na dnie szklanki. Intensywnie myślała. Najpierw trzeba doprowadzić dzieci na badania, odebrać wyniki, wpisać do zeszytu grupy dyspansersyjnej. A co potem? Jak przekonywać rodziców do podjęcia terapii, nie ujawniając przed nimi nazwy choroby? Co zrobić z rodzinami mieszkającymi pod hutą? Ile będzie tych chorych dzieci?
Czy myślała o swoich córkach pluskających się w osiedlowym basenie przy ulicy Przedwiośnia? O nocnym dymie z kominów snującym się nisko na jej osiedlu? Czy może o małym chłopcu o sinych dziąsłach? Czy miała czas na takie myśli? Otworzyła drzwi swojego gabinetu, przepuszczając Hager- Małecką. Po drugiej stronie zobaczyły zastygłą w niezręcznej pozie Pelagię Kurek.
- Nie powinna pani być u siebie w magazynie? - zapytała lekarka wścibską żonę ormowca.
- Chciałam pozbierać szklanki. Już idę - odpowiedziała Kurkowa. - Tu reszta za kołoczki. - Wręczyła doktor Król piątkę z rybakiem.
Zapadał duszny letni wieczór 1974 roku. Konsultantki wojewódzkiej już nie było. Królowa zaczęła od razu:
- Pani Wiesiu! Przyjdzie pani do mnie? Mamy trochę do roboty w najbliższym czasie. Pani Pelu, jest pani? Zrobi pani jeszcze jedną kawę?
Posłuchaj: