"Przez rok nie miałem odwagi powiedzieć rodzicom. Zdradziły mnie gęsi" [FRAGMENT KSIĄŻKI]
Poniższy fragment pochodzi z książki Marcina Wójcika "Gęsiego. Z miasta na wieś", która ukazała się nakładem wydawnictwa Agora. Książkę możesz kupić tu >>
Kupiłem dom między Bugiem a Narwią, na skraju puszczy, na Kurpiach Białych – miejscowi mówią "u zajęcy", bo w łąkach, daleko od sąsiadów. W komplecie obora, stodoła, ziemianka, sad, pięć hektarów ziemi w jednym kawałku i stado myszy zdziwionych, że ktoś tu się pojawił. Przez rok nie miałem odwagi powiedzieć rodzicom, że wróciłem do chłopskich korzeni. Zdradziły mnie gęsi. Ale o tym później.
Przyjechałem zobaczyć siedlisko wiosną. Dom wydawał się smutny i szary jak kupa popiołu.
– Pan się nie martwi, przez wieś mają zrobić asfalt. Wójt obiecał, że wyleje do grudnia – powiedziała właścicielka, patrząc na moje zakurzone buty.
Kiedyś hodowano tu krowy, świnie, kury. Był czas, że gospodarze tuczyli gęsi, by potem sprzedać już ubite na Bazarze Różyckiego w Warszawie. Przed Bożym Narodzeniem szły jak świeże bułeczki. Ale to czasy mięsa na kartki.
Zwiedzanie zaczęliśmy od obory, podzielonej na kilka pomieszczeń, każde z oddzielnym wejściem. Pajęczyny w drzwiach zdradzały, że dawno nikt tędy nie przechodził. W największym pomieszczeniu mieszkały kiedyś krowy, ze ścian zwisały zardzewiałe łańcuchy do uwięzi, a spróchniałe pale i deski to pewnie pozostałość po żłobach. Właścicielka chodziła po dawnych legowiskach i przed każdym jej krokiem rozbiegały się myszy. Szukając schronienia, nurkowały w ściółce, której nikt przez lata nie wyrzucał. Jako cierpiący na nieuleczalną mysią fobię chyba po raz pierwszy w życiu nie byłem bardziej przerażony niż myszy.
Wyszliśmy z obory w stronę murowanej stodoły. Jej wielki cień padał na podwórko. Kiedyś były w niej słoma, siano, wozy drabiniaste. Teraz stała niemal pusta, w zasiekach leżały resztki słomy, pozostałość po dawnym życiu gospodarstwa, tak dawnym, że wystarczyło jej dotknąć, by wzbiła się chmura kurzu. Podobnie jak w oborze czuć tu było zapach mysiej obecności.
A dom zostawiliśmy na deser. Podpiwniczony, parterowy, z 1979 roku. W centrum przedpokój obity plastikową boazerią, z niego wejście do łazienki, kuchni i dwóch pokoi; trzeci, przechodni, łączył kuchnię z salonem.
Dom był zbyt szczery jak na pierwsze spotkanie: zapadające się podłogi, wilgoć na ścianach, spróchniałe okna, nieczynna łazienka, bo szambo "zamuliło" i rdza przeżarła rurę odpływową, przez co zawartość rury kapała w piwnicy, tworząc rdzawą kałużę. Na ścianach wisiały wyblakłe od słońca obrazy świętych i popularny kiedyś krzyż ze świecącym nocą Chrystusem – miałem ochotę pomodlić się do niego, by mnie oświecił i odwiódł od pomysłu kupna siedliska.
Ale dom miał coś w sobie. Słońce i łąki wchodziły do środka przez pozbawione firanek okna; do kuchni wchodził stary sad; kaflowy piec kuchenny za każdym razem, gdy się na niego spojrzało, mówił na zachętę: "Ugotuję ci rosół w mroźne dni". Mówił też salon: "Pod oknem postawisz stół dla gości, przy drzwiach zrobisz kominek". Sypialnia, do której wchodził orzech włoski, również przemawiała: "Postawisz wielkie łóżko. Takiej wielkości jak twój mały pokój w bloku". Zachęcał nawet strych zawalony starymi kołyskami, kołowrotkami do przędzenia wełny, żeliwnymi bańkami na mleko, zeszytami szkolnymi z lat osiemdziesiątych; była tam też tekturowa walizka z wytartą rączką – znak, że ktoś często podróżował i wracał na swoje Kurpie Białe. Na strychu najgłośniej przemówiły pożółkłe książki porozrzucane po kątach: Gospodarski chów kur z 1962 roku, Intensywna uprawa ziemniaków z 1972, Ulepszajmy nasze obory z 1976, Uprawa warzyw pod szkłem i folią z 1979, Zofia Dzięgielewska radzi młodym gospodyniom z 1990.
Poszliśmy zobaczyć ziemię. Obchodząc jej granice, poczułem w nogach, co to jest pięć hektarów. Łąki na północnej stronie kończą się lasem, na południowej niewielką rzeką Strugą, która jest dopływem wielkiej Narwi. Kiedy staliśmy nad brzegiem Strugi, akurat przepływała ławica ryb, doskonale widoczna w przezroczystej wodzie. Rzeczka nie była głęboka – zapewne przez żeremia bobrów powyżej.
– Rzeka również byłaby moja? – zapytałem nieśmiało właścicielkę, wpatrzony w ławicę, która wiła się w miejscu.
– Uważaliśmy ją za swoją. Tam dalej jest kładka. Sąsiad przegania krowy na pastwisko. Mieliśmy podobną. Szło przejechać wozem drabiniastym. Chłopaki chodzili tędy do szkoły.
No i na miedzach stały dęby. Naliczyłem pięć. Dwa najstarsze chyba pamiętają powstanie styczniowe, kiedy te ziemie wchodziły w skład Królestwa Polskiego. Tu niedaleko, w Sieczychach, nadal stoi dąb, na którym Rosjanie wieszali powstańców ukrywających się na pobliskich Pulwach. Czasu zapisanego w pniach moich dębów nie da się objąć uściskiem jednego człowieka. Gdyby potrafiły mówić, opowiedziałyby o Kurpiach, którzy żyli w Puszczy Białej, wybierali miód z dziupli, polowali, robili z łyka lipowego buty, na które mówili „kurpsie". A nazwa Puszcza Biała pochodzi od bielących się wydm piaskowych.
Właścicielka od dawna już tu nie mieszkała, kilkanaście lat wcześniej przeniosła się bliżej stacji PKP. Wychowała na gospodarstwie trzech synów. Sama, bo mąż zmarł, kiedy najmłodszy miał osiem miesięcy. Rano wstawała do zwierząt i dzieci, później biegła do pracy, wracała po południu i znowu zwierzęta i dzieci. Nawet dojście na przystanek autobusowy było wyzwaniem – piaszczysta droga i odległość. Skrót prowadził przez łąki.
– Chłopaki, jak jeździli do szkół średnich, to szli przez łąki w gumowcach. W torbie mieli czyste buty, zmieniali na przystanku, gumowce zostawiali za przystankiem. Nie oni jedni.
Opowiadała o świecie, który przeminął: swoim dzieciństwie, rodzicach, braciach. Powiedziała, że oddałaby wiele, żeby móc wrócić na ojcowiznę. Liczyła na to, że któryś z synów będzie chciał się osiedlić na ziemi dziadków, ale wybrali Warszawę.
Myśląc o przeprowadzce na wieś, nie brałem pod uwagę zmiany zawodu. Nie zamierzałem utrzymywać się z rolnictwa, od początku chciałem łączyć wieś z tym, co robiłem do tej pory. Reportaże do gazety mogę pisać przy biurku z widokiem na łąki zamiast przy biurku z widokiem na ulicę, bez możliwości otwarcia okna po dziewiątej, bo hałas stawał się nieznośny. Chciałem być blisko stolicy z powodu ogromnego sentymentu, jaki mam do Warszawy. W ciągu godziny dojeżdżałbym do jej granic i ta bliskość była jednym z kryteriów przy poszukiwaniu siedliska. Chciałem mieszkać pięknie jak na Mazurach, a zarazem blisko Warszawy.
Tego miejsca szukałem przez trzy lata. Przez ten czas odwiedziłem kilkanaście innych siedlisk.
Pod Garwolinem bałem się bliskości elektrowni w Kozienicach.
Pod Ciechanowem stały w rzędach kosmiczne kurniki.
Pod Pułtuskiem nie było gminnej drogi dojazdowej do działki i musiałbym liczyć, że właściciel drogi nadal będzie miły.
Pod Siedlcami znowu zobaczyłem kurniki.
Pod Węgrowem pejzaż psuły wiatraki.
Pod Mińskiem miała powstać autostrada.
Pod Sochaczewem zbyt blisko pędziły pociągi Warszawa – Berlin.
Pod Długosiodłem wszystko było idealne.
Od tego dnia moje warszawskie mieszkanie stało się ciasne. Balkon, który wydawał się duży, skurczył się, a widok na drzewo otoczone biurowcami uświadamiał mi ograniczenia. Życie w mieście to jednak życie w betonie, sztuczna wyspa oddzielona murem od piękna i zjawisk przyrody. Takie myśli przychodziły do mnie za sprawą nowego punktu odniesienia. Wracało też przekonanie, chociaż przepędzane: "Muszę kupić siedlisko pod Długosiodłem". Pieniądze na kupno mogłem mieć ze sprzedaży mieszkania. Musiałem tylko rozstać się z wymarzonym M2, blisko kawiarń na Saskiej Kępie, parku Skaryszewskiego, domów przyjaciół. Z jednej strony ciągnęło mnie na wieś, z drugiej smutno mi się robiło na myśl o porzuceniu miasta, które do tej pory było dla mnie wszystkim.
Wracam na studia
W mojej wyobraźni obraz życia poza Warszawą nabierał realnych kształtów. Niemal spadłem z krzesła, kiedy przeczytałem, że trzeba mieć wykształcenie rolnicze, by kupić ziemię powyżej trzydziestu arów – a to niewiele, właściwie tyle, co dom i ogród. To nie wszystko! Ze świadectwem ukończenia studiów rolniczych trzeba iść do Krajowego Ośrodka Wsparcia Rolnictwa i prosić o zgodę na kupno ziemi. Bez niej żaden notariusz nie sporządzi aktu kupna. Oblał mnie jednocześnie zimny i gorący pot, serce przyśpieszyło, żołądek się ścisnął. Przecież nie mam wykształcenia rolniczego i nie zdobędę go ot, tak!
Cały dzień szukałem w internecie informacji, czy można ominąć nowe prawo. Wszędzie pisali, że nie można. Nie mogłem zrozumieć, dlaczego rząd rzucał mi takie kłody pod nogi. Byłem dzieckiem i wnukiem rolników, a jednocześnie nie miałem prawa zająć się ziemią bez udokumentowania, że na uczelni zdobyłem wiedzę rolniczą. Miałem ochotę pójść pod Sejm i wykrzyczeć, że jako sześciolatek zbierałem ziemniaki, karmiłem kury, pasłem krowy i już w szkole podstawowej doiłem je ręcznie, a oni każą mi teraz uczyć się podstaw rolnictwa.
Po tygodniach wściekania się dotarło do mnie, że nie mam wyjścia. Jeśli chcę kupić siedlisko, to muszę zrobić studia. No i co najmniej na rok odłożyć kupno domu nad Narwią, co mogło oznaczać, że ktoś mnie ubiegnie.
Zadzwoniłem do Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie.
– Tak, mamy studia podyplomowe dla absolwentów studiów wyższych nierolniczych. Trwają rok, co drugi weekend. Trzy tysiące dwieście złotych za całość. Lista jest już zamknięta. Wpiszę pana na następną, na pewno zbierze się grupa.
– Aż tak dużo osób chce studiować rolnictwo?
– My się z tego bardzo cieszymy.
– Co konkretnie będę studiował?
– Uprawa, hodowla, budowa maszyn, ekologia plus zajęcia praktyczne w naszych gospodarstwach.
Nie miałem czasu na studiowanie, ale się zapisałem. Pomyślałem, że i tak nie uda mi się kupić siedliska nad Narwią, ale kiedy znajdę kolejne, będę mógł to zrobić natychmiast. Tylko czy w ogóle uda mi się skończyć studia, na których wymagana jest frekwencja na zajęciach, egzamin i praca dyplomowa?
Szkoła Główna Gospodarstwa Wiejskiego jest jak amerykański kampus. Nowoczesne budynki rozsiane na przystrzyżonym trawniku, gdzie w ciepłe dni przesiadują studenci. Na moim roku było jakieś pięćdziesiąt osób: urzędnicy, budowlaniec, aptekarz, ubezpieczyciel, nauczyciele, bankowiec, sadownik – kobiety i mężczyźni. Chcieli studiować, by móc kupić ziemię, dom, starać się o dotację unijną, podnieść kwalifikacje. Założyłem zeszyt i przez dziewięć miesięcy robiłem notatki.
W 1933 roku Allis-Chalmers wprowadził opony do kół ciągnika.
Ziemniak ma liście nieparzysto pierzastodzielne.
W czasie wojny ginęły również zwierzęta. W 1945 roku w Polsce był tylko milion świń. Piętnaście lat później dziesięć milionów.
W latach siedemdziesiątych XX wieku w Polsce próbowano karmić bydło odchodami drobiowymi. Bydło miało dobre przyrosty masy, świat zaczął się interesować nowinką, ale technologia obróbki odchodów okazała się zbyt droga.
Pierwszą fabrykę nawozów miał profesor Mościcki, późniejszy prezydent.
W latach pięćdziesiątych XX wieku był przydział i obowiązkowy wykup nawozów. Rolnicy wyrzucali je do rowów, bo się bali.
Wyładowania atmosferyczne to darmowy azot od przyrody dla rolnika.
Kury w systemie klatkowym mają gołe piersi, bo wycierają sobie pióra, sięgając po paszę na taśmociągu.
Łoże siewne to pole przygotowane pod zasiew.
Ciąża u świni trwa trzy miesiące, trzy tygodnie i trzy dni.
W Chinach rozwija się różne dziedziny nauk rolniczych, budowane są uniwersytety, ściągają naukowców z całego świata.
Ryż i orzeszki ziemne próbowano uprawiać w Skierniewicach.
Agrokelner to robot do podawania pasz w oborze.
Polacy nawożą więcej niż Francuzi.
Chińczycy zabijali wróble, bo im zjadały zboża. Nie było wróbli i przyszło robactwo. Sprowadzali wróble z ZSRR.
Stare rasy świń mają mniej sutków, przez co mogą wykarmić mniej prosiąt. Nowym świniom naukowcy dodali sutki.
Oprócz wykładów były zajęcia praktyczne. Przyglądaliśmy się karmieniu krów w oborze w podwarszawskich Oborach, głaskaliśmy owce w Żelaznej, próbowaliśmy pomidorów i świdośliwy w Skierniewicach. Kupowałem książki wydawnictw rolniczych, by zrobić dyplom – odzwyczaiłem się od takich form pisania. Na koniec oddałem pracę pod tytułem Chów gęsi z wykorzystaniem zielonek.
Do gęsi mam sentyment, ciocia Irena z Taciszowa je hodowała i piekła w wielkiej żeliwnej brytfannie, a w ferie zimowe darliśmy u niej pierze. Na ustnym egzaminie tłumaczyłem, dlaczego zielonki są ważne dla gęsi, i odpowiadałem na pytania z łoża siewnego ziemniaka. Nie były dla mnie trudne, pamiętałem z dzieciństwa, jak się trzeba obchodzić z ziemniakami.
Dostałem świadectwo. Zadzwoniłem do właścicielki siedliska nad Narwią, czy sprzedaż wciąż jest aktualna. Nie odebrała. Następnego dnia też nie odebrała. Smutek i wściekłość – siedlisko sprzedane. Nic dziwnego, rok to długo. Kto czekałby, aż skończę studia, jeśli pojawił się nowy, zdecydowany kupiec?
Siedziałem akurat w pociągu, kiedy oddzwoniła. Wybiegłem na korytarz.
– Miałam problemy z telefonem, dopiero doszło do mnie, że pan dzwonił.
– S p r z e d a l i państwo siedlisko? – wyjąkałem, bojąc się odpowiedzi.
– Nie, czeka na pana. Ktoś chciał kupić, założyć tu hodowlę jeleni, ale przestał się odzywać.
Pomyślałem, że może tak jak ja musiał najpierw zrobić studia rolnicze.
Wróciłem do przedziału i z radości miałem ochotę uściskać współpasażerów.
Ze świadectwem ukończenia studiów pobiegłem do Krajowego Ośrodka Wsparcia Rolnictwa w Warszawie, na placu Bankowym, żeby dali mi zgodę na kupno siedliska "u zajęcy".
– Nie wcześniej niż za trzy miesiące będzie decyzja – powiedziała sekretarka.
– Dopiero? – jęknąłem.
– Mamy za mało pracowników, a do tego zaczynają się urlopy.
Zjechałem windą i usiadłem w ogródku kawiarnianym z widokiem na wieżowce w centrum. Kołatała mi w głowie tylko jedna myśl, odbijała się od tych wieżowców i wracała: "Naprawdę już nie chcę mieszkać w mieście?".
Wybierając siedlisko nad Narwią, przestudiowałem rozkład jazdy autobusów. Do tej wsi można dojechać z Warszawy z dwiema przesiadkami, łącznie półtorej godziny. Najwięcej połączeń jest rano, najmniej po południu, nie ma w ogóle wieczorem. Więc żeby ułatwić sobie życie, powinienem zrobić prawo jazdy – kolejne wyzwanie po studiach rolniczych. I kolejny dowód na to, że w mieście jest wygodniej. Nie potrzebowałem tutaj samochodu, mając pod nosem tramwaj, autobus, pociąg, metro. I czy w ogóle w wieku trzydziestu siedmiu lat da się zrobić prawo jazdy?
Zapisałem się na kurs. Od razu spaliłem się ze wstydu. Bo żeby nie wiedzieć, gdzie się wkłada kluczyk... Zresztą żeby tylko na tym się skończyło.
– Nie, nie, pedału gazu szuka się tam, gdzie stopy, a nie przy kierownicy – zareagował instruktor, który tego dnia sprawiał wrażenie, jakby wolał pracować w edukacji wczesnoszkolnej, niż siedzieć tu ze mną.
Po pierwszych kilku lekcjach pogodziłem się z myślą, że mieszkając na wsi, będę zdany na komunikację publiczną. Bezpośrednie autobusy do Warszawy odjeżdżają pięć kilometrów od siedliska, pociągi sześć kilometrów. Latem mogę dojeżdżać do przystanku rowerem – kombinowałem – zimą łapać okazję albo też próbować rowerem, bo przecież zimy są teraz łagodne. No i jest opcja przemieszczania się z przesiadką. Po co mi prawo jazdy. Ale uparłem się, żeby później nie mieć wyrzutów sumienia, że nie spróbowałem.
Egzamin teoretyczny zdałem za pierwszym razem, praktyczny za drugim. Było to dla mnie jedno z bardziej niewiarygodnych wydarzeń w życiu – bardziej niż zdanie matury. Od razu zacząłem jeździć sam po Warszawie, przez co zaliczyłem prawdziwą szkołę przetrwania. Wyjazdy na wieś, żeby zobaczyć siedlisko, stały się cotygodniowym rytuałem.
Tak jak powiedziała sekretarka w biurze podawczym Krajowego Ośrodka Wsparcia Rolnictwa –na zgodę czekałem trzy miesiące. Przez ten czas schudłem pięć kilo. Nie, nie bałem się, że nie dostanę zgody. Bałem się, że ją dostanę.
Posłuchaj audycji: