"Słyszałam, że jestem 'transition goals'". W miejscu publicznym nie patrzę w górę" [FRAGMENT KSIĄŻKI]
Pytanie "jak to jest być trans?" słyszę dosyć często i odpowiedź zawsze sprawia mi trudność. To jak opisywanie koloru, którego nie widzi ludzkie oko. Możesz sobie wyobrażać, że jest on mieszaniną innych, znanych ci barw, ale nowego koloru nie jesteś w stanie wymyślić. Bez doświadczenia transpłciowości nie da się zrozumieć jej naprawdę. Bólu porodu nie pozna osoba, która nigdy nie rodziła. Strach przed bombami będzie kompletnie abstrakcyjny dla kogoś wychowanego w państwie wolnym od wojny. Teraz, gdy dostęp do informacji i środków globalnej komunikacji jest łatwiejszy niż kiedykolwiek, możemy każdego dnia dowiadywać się o cudzych sytuacjach, których nigdy nie doświadczymy. Transpłciowość jest jedną z nich, ma jednak nieszczęście być sytuacją upolitycznioną. (...)
Jednym z terminów najczęściej pojawiających się w tłumaczeniu transpłciowości jest dysforia płciowa. Dawniej, gdy transpłciowość nazywano powszechnie transseksualizmem, dysforię tłumaczono obrazowo jako "uwięzienie w niewłaściwym ciele". Transpłciowe kobiety były więc "kobietami w ciałach mężczyzn", a transmężczyźni "uwięzieni" byli w ciałach kobiecych. Trudno odmówić takim sformułowaniom oddziaływania na wyobraźnię. Tożsamość płciowa w takim ujęciu miała symboliczny charakter metafizycznej duszy, która w ostatecznym rozrachunku wiodła prymat, a ciało było sprowadzone do roli śmiertelnej i niedoskonałej klatki. Narracja "uwięzienia w złym ciele", choć dziś przestarzała, była lepszą alternatywą wobec przedstawień osób trans jako fascynujących, sensacyjnych i egzotycznych dziwadeł, które podjęły kontrowersyjną decyzję, by zmienić płeć. Z dwojga złego lepiej było wzbudzać litość niedolą niż fascynację groteską.
Mówienie o doświadczeniu transpłciowości przy użyciu metafory klatki porusza wyobraźnię i stymuluje empatię osób cispłciowych, ale też demonizuje niezgodność płciową i narzuca osobom trans zbiór akceptowalnych i nieakceptowalnych emocji. Tak, dysforia potrafi być dosłownie zwalająca z nóg, ale jeśli będziemy nazywać nasze ciała złymi i niewłaściwymi, utrudnimy sobie budowanie samoakceptacji. By naprawdę się emancypować, musimy przestać piętnować nasze ciała i traktować je jako odstępujące od normy i wymagające korekty; im wizualnie bliższe ciałom cispłciowym, tym lepsze i mniej transpłciowe.
To pozornie wewnętrzne sprzeczne stwierdzenie, bo przecież nienawiść, a czasem wręcz obrzydzenie wobec własnego ciała to uczucia, które ma wiele osób transpłciowych. Nie brakuje historii osób, które latami się wyniszczały, okaleczały, a nawet próbowały w akcie desperacji pozbawić się znienawidzonych genitaliów. Tego typu opowieści nie zostały zresztą przetłumaczone przez osoby cispłciowe na symbolikę więzienia; to nasze własne słowa i nasze dziedzictwo. Niedobory samoakceptacji i głęboka dysforia nie muszą jednak blokować walki z takim obrazem transpłciowości. Kompleks na punkcie własnego niskiego wzrostu nie znaczy przecież wcale, że automatycznie akceptuje się docinki na tym punkcie, nawet jeśli wewnętrznie ktoś uważa się za zbyt niskiego. Myślę, że wielu transpłciowych mężczyzn chętnie pozbyłoby się pooperacyjnych blizn na swoich klatkach piersiowych, a jednak nie przeszkadza im to pozować do zdjęć i cieszyć się, że dzięki mastektomii nareszcie są płascy. Transpłciowość utrudnia życie, ale to nie znaczy, że jest wyrokiem, klatką czy klątwą.
W naszym języku powinien wybrzmiewać ten komunikat.
Osoby bez dużej dysforii wprowadzają kolejny niuans w tej dyskusji. Błędnym jest założenie, że każda osoba transpłciowa ma ogromny problem ze swoją cielesnością, a już szczególnie z genitaliami. Jeśli ktoś czuje się dobrze ze swoim ciałem, lubi je i nie zamierza go zmieniać tak, jak oczekiwałoby od niego społeczeństwo, to warto pokazywać je właśnie w takiej formie. Brytyjska transpłciowa drag queen Juno Birch tworzy rzeźby przedstawiające swoją sceniczną personę. W rozmowie z "Vogue" mówiła otwarcie, że podkreśla w nich jabłko Adama, by celebrować swoją transpłciowość i niczego się nie wyrzekać. (...)
Polecamy najlepsze seriale na Pride Month
Gdy piszę te słowa, mija dwanaście lat od początku mojej tranzycji. Mimo to zdarzają się wciąż momenty, gdy patrzę na swoje odbicie w szybie pociągu metra i myślę, że wyglądam okropnie. Męsko. Nie pomniejszyłam operacyjnie jabłka Adama, które jest u mnie raczej mało widoczne, ale to nie znaczy, że akceptuję jego istnienie. Gdy jestem w miejscu publicznym, nie wyginam szyi, by patrzeć w górę, bo czułabym się niekomfortowo z pokazywaniem tej części mojego ciała. Mój głos, choć czasami komplementowany po udziałach w podcastach i umożliwiający mi wtopienie się w otoczenie, nie zawsze brzmi tak, jak bym chciała, a w trakcie dłuższych rozmów może się załamać jak u nastoletniego chłopca. Gdy jestem wśród ludzi i muszę kichnąć albo czuję, że łapię czkawkę, wkrada się panika; boję się, że odgłos, jaki moje ciało wyda zupełnie bez mojej kontroli, będzie jednoznacznie kojarzył się innym osobom z głosem mężczyzny. To nie jest do końca lęk przed byciem zdemaskowaną jako osoba transpłciowa.
W towarzystwie znajomych, którzy o mojej transpłciowości wiedzą, mój poziom komfortu/dyskomfortu związanego z cielesnością nie zmienia się. Jestem przykładem osoby, która mimo pozytywnego odbioru społecznego nie wyzbywa się dysforii i z jakąś jej formą będzie musiała sobie radzić już zawsze. Mimo to cieszy mnie, że coraz więcej osób transpłciowych otwarcie odrzuca cisnormę. Nie jest to jednocześnie postulat, by obowiązkowo celebrować swoją inność i zakazywać chęci zbliżenia się do wyglądu cispłciowych ciał. Najważniejsze w tej dyskusji jest pokazanie różnorodności osób transpłciowych, a nie wypracowanie nowej, jedynej słusznej postawy.
Bycie osobą publiczną i uprawianie aktywizmu jeszcze mocniej komplikuje ten dialog, bo każda wypowiedź może być potraktowana jako paradygmat. Nie chcę, by moje kompleksy i relacja z moim własnym ciałem była czymś potencjalnie szkodliwym dla innych osób transpłciowych. Nie chcę, by stwierdzenie, że nie wyzbyłam się dysforii, posłużyło komuś za argument, że terapia hormonalna i operacje nie działają. Czuję odpowiedzialność za swoje słowa i za to, w jaki sposób reprezentuję naszą społeczność. Jestem też pewna, że jakąś formę podobnych dylematów mają inni trans aktywiści czy znane trans osoby, mimo że zapewne podobnie jak ja nie uważają, że jakakolwiek jednostka może być głosem całej grupy. Wiemy jednak, że społeczeństwo wykazuje tendencję do upraszczania i traktowania jako monolitu nie tylko osób trans, ale społeczności LGBTQIA+ jako takiej. Stosowanie zbiorowej odpowiedzialności i uzależnianie swojego poparcia dla postulatów ruchu osób LGBTQIA+ od umiarkowania jego reprezentantów to duża przeszkoda na naszej drodze do równości. Jesteśmy tego świadomi, a jednocześnie czasem potrzebujemy jako aktywiści, by nasze wypowiedzi nie były wynikiem pragmatycznych kalkulacji, tylko szczerymi wyznaniami. Staram się zaznaczać, że reprezentuję jako osoba transpłciowa wyłącznie siebie i jestem jedynie jednym z wielu przykładów tego, jak wygląda życie osób trans i jakie emocje im towarzyszą.
Cispłciowe społeczeństwo wpływa na odbiór osób transpłciowych i utrwala standardy, które społeczność czasami sama sobie stwarza. Osoby trans o dobrym wyglądzie budzą fascynację i są lekkostrawnym posiłkiem dla zaciekawionych odbiorców telewizji śniadaniowych i czasopism. Miło ogląda się je na sesjach zdjęciowych czy czerwonych dywanach, gdzie odbierają nagrody za role w raczkującym gatunku produkcji telewizyjnych i filmowych tworzonych przez osoby trans o osobach trans. Celebracja osób, których transpłciowość jest na pierwszy rzut oka niewidoczna, to miecz obosieczny. Łatwo jest współczuć pięknej transkobiecie, która dzieli się historią swojego trudnego dzieciństwa pełnego odrzucenia i niezrozumienia, by potem przejść do jej sukcesów i szczęścia w życiu obecnym, oklaskując ją jako ikonę. Uwielbienie dla transpłciowych muz świata mody czy ekranu niekoniecznie musi się jednak przenosić na większą akceptację dla tych osób trans, które na podobny odbiór społeczny nigdy nie będą mogły liczyć.
Tak jak wymuskane przy pomocy programów komputerowych zdjęcia celebrytów wpływają na samoocenę młodzieży z trądzikiem, tak trans gwiazdy o nieskalanym passingu mogą działać na młode osoby trans, nie krzepiąc, a smucąc ("nigdy nie będę tak wyglądać"). (...)
Nie uważam się za szczególnie atrakcyjną osobę i uważam, że można obiektywnie stwierdzić, że wiele moich fizycznych cech czujny obserwator przypisze dojrzewaniu pod wpływem testosteronu i chromosomu XY: jabłko Adama, wyraźny łuk brwiowy, ostry nos, kształt linii włosów. Mój wygląd jest jednak wystarczająco normatywny, by w połączeniu z głosem dawać mi taki passing, o jakim wiele osób trans może jedynie marzyć. Parę razy słyszałam od młodych ludzi, którzy dopiero zaczynali tranzycję albo jeszcze nie zdążyli tego zrobić, że jestem ich "transition goals" - czyli że marzą, by osiągnąć taki poziom wpasowania w normę. W teorii są to komplementy, ale moim zdaniem podszyte są smutkiem. Nieosiągalnym dla wielu z nas standardem jest nie atrakcyjność, a możliwość wtopienia się w tłum i niewyróżniania z niego. Marzymy o niewidzialności. Im silniejszy będzie we wszelkiego rodzaju mediach nacisk na eksponowanie wyłącznie takich osób transpłciowych, które najlepiej wpisują się swoją wizerunkiem w cisnormę, tym trudniej będzie przeciętnej osobie trans spełnić oczekiwania społeczeństwa, a tym samym po części także własne.
Posłuchaj:
To nie wszystko, co mamy dla Ciebie w TOK FM Premium. Spróbuj, posłuchaj i skorzystaj z oferty "taniej na zawsze". Wejdź tutaj, by znaleźć szczegóły >>