Gdy Rugenwalde stało się Darłowem. "Syn burmistrza uderzył mnie w twarz"
Poniższy fragment pochodzi z rozdziału pt. 'Idą Ruscy' autorstwa Marty Grzywacz, będącego częścią pracy zbiorowej pt. 'Jak zdobywaliśmy Pomorze'. Książka ukazała się 29 lipca 2025 roku nakładem Domu Wydawniczego Rebis.
Brigitte
Od polskiego księdza Damiana Tynieckiego Brigitte dostanie najlepszą radę w życiu: "Ucz się polskiego, dziecko. To pomoże ci przetrwać".
Twarde niemieckie "r" trzeba ułożyć po polsku, blisko podniebienia. Żeby wymówić miękkie spółgłoski, język musi się oprzeć o zęby. Przy wymowie "sz" nie może dotknąć zębów. Nieraz płacze, ale się nie poddaje. Nie ona. Z czasem zaczyna mówić bez akcentu, znakomitą polszczyzną. "To pani jest Niemką?" - słyszy od obcych ludzi.
Dyrektor szkoły, który przyjmuje ją do pracy, gdy tylko szkoła zostaje otwarta, zachęca, żeby zrobiła studia. Łatwo powiedzieć. W domu trójka małych dzieci, mąż niewiele pomaga ("pije, ugania się za kobietami, ech, nie warto dziś o tym mówić, w końcu przeżyliśmy razem 40 lat"), ale udaje jej się skończyć germanistykę na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Tymczasem na ulicy jedna czy druga polska matka, której dziecko chodzi do niej na lekcje niemieckiego, potrafi obrzucić ją obelgami, a jej córki nazywane są hitlerówkami.
- Polacy byli lepsi od Sowietów czy gorsi? - Szczerze? Inni. A czasami bardzo źli. Niektórzy nienawidzili Niemców. Zresztą może mieli trochę racji. Mnie też prześladowali. Syn burmistrza Dulewicza uderzył mnie kiedyś w twarz. Ktoś zepchnął mnie z chodnika na jezdnię, bo "chodniki są dla Polaków". Byli też tacy, którzy choć wiele od Niemców wycierpieli, jak pan Jan Lipiński, więzień obozu koncentracyjnego, to bardzo nam pomagali. Kiedy mojego męża zabrało UB w 1946 roku, po tym jak odszedł z milicji, pan Lipiński rozmawiał ze mną, podtrzymywał na duchu, robił mi zakupy, bo byłam już wówczas w wysokiej ciąży. Ale nie wszyscy umieli się tak zachować.
Brigitte jednak trzyma głowę uniesioną, z nikim się nie kłóci i robi swoje. Poza tym nie ma już Brigitte Wirtz. Jest Brygida Jerzewska. Obywatelka Polski. Z wyboru.
- Z rodziną zobaczyłam się po raz pierwszy po wojnie w 1956 roku. Mama do mnie przyjechała. Nie było im tam w Hagen lekko, gnieździli się w jednym pokoju, a ja tu miałam własny dom, pracę, przyjaciół. Wcale nie chciałam wracać do Niemiec.
Nie wraca, bo w Darłowie zaczynają ją doceniać. Jako nauczycielkę, tłumaczkę, działaczkę społeczną i kulturalną. Ale także człowieka, który nigdy nie odmawia pomocy. Kiedy mąż pracuje jeszcze w rzeźni, to jednemu trochę kaszanki podrzuci, innemu kości na zupę, mięsa kawałek. Jeśli trzeba list przetłumaczyć na polski czy niemiecki, to grosza nie bierze. Nawet gdy przychodzi zlecenie z zamku, żeby zrobić do folderu niemieckie napisy, to siada i pracuje za darmo. - Nic dziwnego, że mnie lubią, nie? - żartuje.
To miasto było symbolem pomocy Ukraińcom. Co poszło nie tak?
Za swoją działalność dostanie wiele nagród i odznaczeń. Będzie dbać o pamięć o dawnych mieszkańcach Darłowa, będzie się z nimi spotykać, gdy zechcą odwiedzić "starą" ojczyznę. W dniu jej urodzin na kwiaty nie wystarcza wazonów. Nie ma w Darłowie człowieka, który nie wiedziałby, kim jest.
Czasem odwiedza Niemcy (choć w latach 50. musi toczyć boje o paszport), no i w końcu przeżywa prawdziwą miłość. Ma 82 lata, jej mąż już dawno nie żyje, gdy w Darłowie spotyka Hansa Bahra, dawnego mieszkańca Białogardu. Jako młody człowiek wyemigrował z rodzicami do Niemiec, ale lubił wracać na Pomorze. W kwietniu 2010 roku Brygida i Hans przywiozą z Niemiec do Darłowa sześć obrazów Richarda Zenkego, malarza związanego niegdyś z Rügenwalde, w darze dla Muzeum Zamku Książąt Pomorskich. Spędzą ze sobą kilka pięknych lat, do śmierci Hansa, który będzie chciał spocząć w Darłowie. Brygida spełni jego życzenie. - Nareszcie zrozumiałam, jak to jest, gdy się kogoś kocha i jest się kochanym. To były wspaniałe lata. Dlatego zawsze mówię: Nigdy nie warto się poddawać. Nigdy.
Mocne słowa księdza Wierzbickiego. 'Jeśli Kościół ulegnie, to będzie przerażająca sytuacja'
Emmi
Emmi i Aleksandrowi w 1954 roku urodzi się córka Tamara, a cztery lata później syn Hartmut. Nie stworzą najlepszego związku na świecie. Aleksander dużo pije, kochana "doczka" wyciąga go z barów i prowadzi do domu. Emmi jest rozgoryczona. Malowniczo się kłócą i tajemnicy z tego nie robią. Pół miasta słyszy, bo stoją na ganku, jak obrzucają się wymyślnymi epitetami:
- Ty komunist!
- A ty faszyst!
W 1957 roku, podczas akcji łączenia rodzin, wyjeżdża reszta niemieckich darłowian. Jadą już w cywilizowanych warunkach, pod opieką Czerwonego Krzyża. Emmi także bierze córki i podąża za rodzicami do Bawarii. Może chociaż tam nikt nie będzie nazywał jej dzieci hitlerówkami i kacapkami.
Ojcu dobrze się ułożyło, znowu zarządza dużym majątkiem, ale Emmi nie umie odnaleźć się w Niemczech. Czuje się źle traktowana. Bo niby kto ona jest? Niemka? Polka? Rosjanka? Jakieś takie nie wiadomo co. W końcu zapada decyzja - Marga, córka z pierwszego małżeństwa, zostaje z dziadkami, a Emmi i Tamara (Hartmuta nie ma jeszcze na świecie) wracają na Pomorze, do Darłowa. To przecież też są Niemcy. Zawsze były i będą. Bunt przeciwko rzeczywistości powoduje, że Emmi nie uczy się polskiego. Żyje w zamkniętym kręgu kilku niemieckich koleżanek, które także postanowiły zostać w Darłowie. Wszystkie ciężko pracują: jedna w pralni, inna w szpitalu, Emmi - zgodnie z tym, co potrafi najlepiej - w przedsiębiorstwie ogrodniczym. Wiodą bardzo skromne życie. Obowiązkowo jednak, do śmierci Emmi w 2006 roku, spotykają się 20 kwietnia, w dzień urodzin Adolfa Hitlera, żeby napić się z tej okazji. Może jest w tym trochę żartu, może przekory. A może nie? (...)
Posłuchaj: