,
Obserwuj
Kultura

Polski dyplomata w Smoleńsku: Kłamstwo powstało, zanim doszło do katastrofy [FRAGMENT KSIĄŻKI]

9 min. czytania
12.11.2023 11:05
"To, że Rosjanie zachowują się coraz bardziej prowokacyjnie, czego wyrazem było wstrzymywanie kolumny z Jarosławem Kaczyńskim, niewpuszczanie go na lotnisko, przesuwanie części wraku, było dla wszystkich oczywiste i kłamie każdy, kto twierdzi, że władze państwa nie miały świadomości, że na dobrą wolę Rosjan nie można liczyć, a nawet przeciwnie, że trzeba zakładać złą wolę Rosjan. Ta bowiem była ewidentna już w tym momencie" - pisze Witold Jurasz, chargé d'affaires ambasady w Mińsku i ambasady w Moskwie oraz autor książki "Demon zza miedzy".
|
|
fot. Filip Klimaszewski / Agencja Wyborcza.pl

Fragmenty rozdziału pt. "Katastrofa" pochodzą z książki autorstwa Witolda Jurasza "Demon zza miedzy", która ukazała się 11 października 2023 roku nakładem Wydawnictwa Czerwone i Czarne.

Kiedy 19 marca 2010 wyjeżdżałem na Białoruś, w MSZ usłyszałem, że jednym z pierwszych zadań, którymi będę miał się zająć na Białorusi, będzie zorganizowanie przejazdu pociągu specjalnego oraz uzyskanie zgód dyplomatycznych koniecznych dla przelotu samolotu z prezydentem Lechem Kaczyńskim, który miał brać udział w uroczystościach w Katyniu.(...)

* * *

Kiedy kładłem się spać w dniu poprzedzającym katastrofę smoleńską, rozmawiałem z Mariuszem Krajewskim, kolegą z Wydziału Politycznego, którego darzyłem i darzę niezmiennym szacunkiem. Mariusz, który odpowiadał na placówce między innymi za kwestie zgód na przeloty samolotów i przejazd pociągu specjalnego, i widział straszliwy bałagan po naszej stronie, powiedział: "Oby nic się nie wydarzyło, bo u nas wszystko jest możliwe".

Następnego dnia rano obudził mnie telefon. Dzwonił naczelnik wydziału rosyjskiego naszego MSZ Dariusz Górczyński, który przebywał na lotnisku w Smoleńsku. Poinformował mnie, że "pewnie będzie lądował u was" (czyli w Mińsku) prezydent, bo jest fatalna pogoda i nie ma pewności, czy samolot zdoła wylądować w Smoleńsku.

Jak dziś pamiętam, że Darek wyraźnie powiedział mi, że Rosjanie poinformowali go, że samolot już raz próbował podejść do lądowania. Powyższe jest o tyle istotne, że jak wiemy, nic takiego, czyli próba podejścia do lądowania, nie miało miejsca. Sprawdziłem później bilingi i nasza rozmowa odbyła się dokładnie trzy minuty przed katastrofą. Innymi słowy kłamstwo powstało, zanim doszło do katastrofy. Nie znaczy to, że katastrofa była zamachem. W moim najgłębszym przekonaniu była tragicznym wypadkiem. Nie zmienia to faktu, że wątek ten w mojej ocenie należałoby wyjaśnić. Niestety, śledztwo prowadzone było w ten sposób, że jedna strona sporu politycznego w Polsce zawierzyła dobrej woli Rosjan, do czego nie miała jakichkolwiek podstaw (o czym dalej). Druga natomiast strona naszej polsko-polskiej wojny zamiast wyjaśnić to, co było do wyjaśnienia, i rozliczyć winnych bałaganu, poszła w paranoiczną narrację o zamachu i to w dodatku zamachu, w którym maczać palce miałby sam Donald Tusk. Jest to obelgą dla rozumu, ale jest też obelgą dla Donalda Tuska, którego fanem nigdy nie byłem, ale którego widziałem z bliska w Smoleńsku. Wbrew temu, co się rozpowiada po pisowskiej stronie, wcale się nie uśmiechał, tylko sprawiał wrażenie człowieka przerażonego tym, co widzi, oraz - to już zarzut - zagubionego. (...)

Gdy usłyszałem, że samolot z prezydentem ma lądować w Mińsku, zadzwoniłem do kierowcy i powiedziałem mu, żeby szybko się ogolił, założył garnitur i przyjechał po mnie w ciągu kwadransa. Sam również się goliłem i równocześnie dzwoniłem do swojego zespołu. Czekałem też na zapowiedziane przez Darka Górczyńskiego potwierdzenie, czy samolot w efekcie przyleci do Mińska, czy jednak zdołał wylądować. Mijały minuty i nikt do mnie nie dzwonił. Sam próbowałem dodzwonić się do Darka, ale jego telefon był cały czas poza zasięgiem.

To skądinąd druga zagadka. Samolot nie ściął bowiem żadnego masztu łączności komórkowej, a jednak według relacji świadków bezpośrednio po katastrofie telefony przestały działać. Zadzwoniłem więc do ambasady w Moskwie. Telefon odebrał przebywający tam zastępca ambasadora i szef Wydziału Politycznego, a kilka miesięcy wcześniej mój szef, radca - minister Piotr Marciniak, który powiedział, że miała miejsce katastrofa. W tym momencie połączenie zostało przerwane. Stojąca obok mnie żona spytała, co się stało. Odpowiedziałem, że "jakaś katastrofa" i dodałem, że "pewnie nasi wieńca nie zabrali czy coś takiego, jak zwykle u nas" i dalej się szykowałem do wyjścia. W chwili, w której wiązałem krawat, udało mi się połączyć w końcu z Darkiem Górczyńskim, który będąc wyraźnie w szoku, powiedział:  "No tak, no tak, katastrofa, rozbił się". Spytałem: "Jak to się rozbił?". W odpowiedzi usłyszałem: "No w pi**u się rozbił, tu są wszędzie trupy". Zaznaczam w tym miejscu, że słowo, którego użył Darek, nie wynika z jakiejś dezynwoltury czy braku szacunku, tylko z bardzo wyraźnego szoku, w którym się znajdował. Głos mu się bowiem łamał i cały czas powtarzał słowa "Jezu" i "No trupy, trupy". W pewnym momencie zaczął mi relacjonować, że widzi oderwaną rękę i że przecież tych ludzi trzeba jakoś złożyć. To, co mówił, było tak wstrząsające, że powtarzałem jego słowa: "Ale jakie trupy? Ale jak to jakaś ręka?". I dopiero kiedy w lustrze, przed którym wiązałem krawat, zobaczyłem spojrzenie mojej żony, dotarło do mnie, co się stało.(...)

* * *

Towarzyszyła mi świadomość, że tak naprawdę w tym momencie dopiero zaczyna się mój dzień pracy. Oczywiste bowiem było, że czekają nas dziesiątki spraw do załatwienia. Jeszcze wówczas nie wiedzieliśmy, że to do Witebska na Białorusi przylecą - dodajmy, że osobno - zarówno Donald Tusk, jak i Jarosław Kaczyński. (...)

O przylocie delegacji rządowej dowiedzieliśmy się na moment przed jej wylotem z Warszawy. Innymi słowy i tutaj bałagan miał się nadal w najlepsze. Zadzwoniłem do białoruskiego MSZ z prośbą, żeby dano nam eskortę milicyjną aż do Witebska, dlatego że nie naruszając prędkości, nie będziemy w stanie dojechać na czas. Mknęliśmy z prędkością dwieście kilometrów na godzinę. Po przyjeździe na miejsce okazało się, że Białorusini przerzucili śmigłowcami osobistą ochronę Aleksandra Łukaszenki, która miała zapewnić bezpieczeństwo Donaldowi Tuskowi. Budynek lotniska był obstawiony uzbrojoną po zęby ochroną, na dachu byli snajperzy, a w pobliżu lotniska nawet dwa transportery opancerzone.

* * *

Jako pierwszy wylądował samolot z delegacją PiS. Wszedłem na pokład samolotu, przywitałem się z Jarosławem Kaczyńskim, któremu złożyłem kondolencje, a następnie zaprowadziłem go do autobusu, którym udał się do Smoleńska. Przeprosiłem Jarosława Kaczyńskiego, że nie mogę mu towarzyszyć w drodze, ale czekam na kolejny samolot z premierem RP na pokładzie. (...)

Jakiś czas później w Witebsku wylądował samolot z Donaldem Tuskiem. Nim to się stało, z Warszawy otrzymaliśmy jednak dwie sprzeczne informacje. Pierwszą, że mamy odwieźć premiera do Smoleńska, a następnie przywieźć go z powrotem do Witebska, w którym wsiądzie na pokład samolotu, i druga, że mamy załatwić przelot samolotu z Witebska do Smoleńska, gdyż premier będzie wracał ze Smoleńska. Musieliśmy wiedzieć, która z opcji w efekcie obowiązuje. Nie dlatego że byliśmy tak bardzo ciekawscy, tylko dlatego że wymagało to odpowiednich procedur bezpieczeństwa oraz zgód dyplomatycznych. Spytałem więc Donalda Tuska, czy będzie wracał ze Smoleńska, czy też z Witebska. Nim Donald Tusk zdążył się odezwać, wtrącił się minister Arabski, który podniesionym głosem - i to przy przedstawicielach protokołu dyplomatycznego MSZ Białorusi - powiedział, że to nie jest moja sprawa. Odpowiedziałem, że musimy to wiedzieć, żeby to wszystko zorganizować. Niestety, nie przekonałem pana ministra. Na kolejne uwagi zareagowałem słowami, że jak się będzie latać nad Białorusią bez zgód, to się to skończy tym, że trzeba będzie załatwić dodatkowe trumny, ale osobiście wolałbym załatwić zgody dyplomatyczne, więc bardzo uprzejmie proszę o decyzję. Donald Tusk postanowił, że będzie wracał z Witebska.

Wśród osób, które przyleciały zarówno z Donaldem Tuskiem, jak i Jarosławem Kaczyńskim byli oczywiście ludzie na paszportach dyplomatycznych i ci nie potrzebowali wizy ani białoruskiej, ani rosyjskiej, ale byli też ludzie, którzy nie mieli wiz. Znalazły się nawet takie osoby, które nie miały paszportów. Białorusini wszystkich ich przepuszczali. Innymi słowy, Białorusini zachowywali się w sposób wyjątkowo przyzwoity i łamali nawet własne prawo, by nam tego dnia pomóc.

'Demon zza miedzy' Witold Jurasz, Wydawnictwo Czerwone i Czarne
'Demon zza miedzy' Witold Jurasz, Wydawnictwo Czerwone i Czarne
mat. promocyjne

* * *

Kiedy pokonywaliśmy trasę z, jak już wcześniej wspomniałem, obstawionego przez białoruskie siły specjalne, w tym osobistą ochronę Łukaszenki, lotniska w Witebsku do granicy z Rosją, każda boczna, nawet polna droga, była zablokowana przez radiowóz białoruskiej milicji. Na samej zaś granicy z Rosją na dachach baraków, w których urzędowali normalnie celnicy, leżeli snajperzy, niektórzy z nich mieli broń wycelowaną w stronę Rosji. Byłem zaskoczony tym poziomem ochrony, więc podszedłem do szefa ochrony Łukaszenki i spytałem go, z jakiego powodu przedsięwzięte są tego rodzaju środki ostrożności. Odpowiedź mnie zmroziła. Usłyszałem bowiem: "Pan jest pewien, co tam się zdarzyło? Bo my nie, a znając Rosjan, wszystko jest możliwe. Dopóki nie wiemy, pilnujemy, żeby waszym politykom i waszym przywódcom na terenie Białorusi nic się nie stało".

Tak naprawdę w tym jednym zdaniu zawarta jest cała prawda o Smoleńsku. Jak już wspominałem, nie wierzę w zamach, a z oburzeniem odrzucam podłą, amoralną i najzwyczajniej w świecie głupią, a suflowaną przez propagandystów PiS teorię o udziale Donalda Tuska w tym zamachu. Równocześnie jednak uważam, że teoria o zamachu zrealizowanym oczywiście wyłącznie rosyjskimi rękoma powinna była być badana na równi z wszystkimi innymi hipotezami.

* * *

Gdy dojechaliśmy do granicy z Rosją, delegacja musiała się przesiąść z samochodów podstawionych przez Białorusinów do samochodów podstawionych przez Rosjan. Za ochronę premiera odpowiadała bowiem - co logiczne - nie ambasada, ale Białoruś (w ambasadzie, poza wszystkim, nie mieliśmy samochodu opancerzonego dla premiera). W pewnym momencie podbiegł do mnie jeden z kolegów z Wydziału Politycznego, mówiąc, że minister Arabski ma jakieś zastrzeżenia. Według jego relacji minister Arabski stwierdził, że nic nie potrafimy zorganizować i co to jest w ogóle za przesiadanie się.

Kiedy jechaliśmy od granicy rosyjskiej do Smoleńska, w którymś momencie zauważyliśmy, że wyprzedzamy autobus, którym jechał Jarosław Kaczyński i delegacja PiS. Widzieliśmy to wyraźnie dlatego, że jechali oni z eskortą i nie dało się nie zauważyć autobusu w obstawie radiowozów. Jechałem w jednym aucie z wicepremierem Waldemarem Pawlakiem oraz ministrem obrony Bogdanem Klichem. Poinformowałem ich o tym, że ma miejsce tego rodzaju sytuacja i że Rosjanie ewidentnie wstrzymują przejazd kolumny z Jarosławem Kaczyńskim. Kiedy dotarliśmy na lotnisko, dowiedzieliśmy się, że delegacja PiS nie jest na lotnisko wpuszczana. O tym również zostali poinformowani obydwaj wymienieni wyżej politycy, przy czym obydwaj informację tę przekazali również Donaldowi Tuskowi. Mówienie o dobrej woli Rosjan już w tym momencie stało się absurdem. Wszyscy członkowie delegacji rządowej głośno wyrażali oburzenie zachowaniem Rosjan. (...) 

Wspólnie z delegacją rządową, bo z tą przyjechałem na miejsce, udaliśmy się na miejsce katastrofy. Moim oczom ukazał się obraz, którego bardzo długo nie byłem w stanie wymazać z pamięci. Widziałem ciała, częściowo zdeformowane, częściowo rozczłonkowane, pamiętam też widok zmasakrowanej ludzkiej głowy, czego do końca życia nie zapomnę. Niesamowity był też unoszący się w powietrzu zapach. Był to zapach tak jakby paliwa i czegoś, co przypominało watę cukrową. Jakiś czas potem lekarz, który specjalizował się w medycynie katastrof, wytłumaczył mi, że jest to częste zjawisko w miejscu, w którym rozlało się dużo krwi. Chodziliśmy po straszliwym błocie. Pamiętam zresztą, że kiedy wróciłem do Mińska i zdjąłem buty, przez kilka dni nie byłem w stanie zabrać się do ich umycia. Po prostu miałem poczucie - mimo iż nie jestem człowiekiem w jakikolwiek sposób wierzącym - że mam w domu coś w rodzaju relikwii.

Kiedy podeszliśmy do miejsca katastrofy, nieznana mi pani z delegacji rządowej, stojąc nad ciałem jednej z ofiar, dyskutowała o tym, jak oświetlić premiera, kiedy podejdzie. (...) Putinowi towarzyszyli prawnicy z rosyjskiego MSZ, to już po polskiej stronie więcej było specjalistów od ustawiania oświetlenia niż prawników. (...)

* * *

 (...) Już na lotnisku, premier Tusk udał się na rozmowy z Władimirem Putinem. My zaś wspólnie z kolegami z ambasad w Moskwie i w Mińsku, ale również w towarzystwie ministra Klicha komentowaliśmy kolejne prowokacyjne zachowania Rosjan. To, że Rosjanie zachowują się coraz bardziej prowokacyjnie, czego wyrazem było wstrzymywanie kolumny z Jarosławem Kaczyńskim, niewpuszczanie go na lotnisko, przesuwanie części wraku, było dla wszystkich oczywiste i kłamie każdy, kto twierdzi, że władze państwa nie miały świadomości, że na dobrą wolę Rosjan nie można liczyć, a nawet przeciwnie, że trzeba zakładać złą wolę Rosjan. Ta bowiem była ewidentna już w tym momencie.

Minister Najder powiedział do mnie: "Panie Witoldzie, proszę za mną, musimy iść do delegacji PiS". Przeszliśmy więc kilkaset metrów, które oddzielały miejsce, gdzie spotykał się Donald Tusk i Władimir Putin, do wraku samolotu. W tym momencie podszedł do mnie jakiś Rosjanin - jak się później okazało medyk - z pytaniem, czy jestem z polskiej delegacji. Odpowiedziałem, że tak. Rosjanin spytał, czy mogę mu pomóc i żwawo ruszył do przodu. Przeszliśmy kilka metrów i zanim zdążyłem spytać, w czym miałbym mu pomóc, człowiek ów odsłonił jedno z ciał i spytał, czy to prezydent Polski. Moim oczom zaś ukazało się ciało Lecha Kaczyńskiego. Odpowiedziałem, że tak, to jest prezydent. Wówczas Rosjanin powiedział: "Trochę chciałbym go przed pokazaniem bratu doprowadzić do lepszego stanu, sam pan rozumie, przecież go brat bliźniak będzie oglądał, niech on chociaż jakoś odrobinę lepiej wygląda". I czyszcząc gazą nasączoną jakimś chyba alkoholem osmaloną głowę Lecha Kaczyńskiego, pod nosem i całkowicie szczerze od serca powtarzał: "Taka tragedia i to jeszcze w tym miejscu, w którym wy, Polacy, tylu ludzi straciliście, przeklęta ta ziemia".

* * *

Kiedy zbliżał się czas odjazdu, Donald Tusk wsiadł do samochodu z ministrem Arabskim, ale pozostali członkowie delegacji stali przy samochodach, rozmawiali przez telefony - słowem panował chaos. Minister Arabski bardzo asertywnie domagał się wyjaśnień, czemu nie ruszamy. To, czemu minister Arabski był przez lata prawą ręką Donalda Tuska i jakie talenty dostrzegł w nim szef rządu, pozostanie dla mnie po wsze czasy tajemnicą. Odpowiedziałem, że nie odjeżdżamy, bo ministrowie pana premiera nie wsiadają do samochodów. Na to zareagował Donald Tusk i powiedział: "To niech im pan każe wsiadać". Co też i uczyniłem, nakazując ministrom, wicepremierowi i jeszcze kilkunastu VIP-om wsiadać do samochodów. 

Posłuchaj: