,
Obserwuj
Kultura

Zełenski. Wódz czy showman? "Intymny portret komika, który stał się przywódcą" [FRAGMENT KSIĄŻKI]

oprac. DJ tokfm.pl
9 min. czytania
05.04.2024 21:03
Jaką drogę musiał przejść aktor, satyryk i kabareciarz, żeby stać się dojrzałym politykiem, prezydentem na czasy wojenne i symbolem niezłomności? Intymny portret Zełenskiego. "Showman ustanawia standardy, według których będą oceniane wszystkie inne teksty na temat Zełenskiego i wojennej polityki Ukrainy" - "Wall Street Journal".
|
|
fot. Kuba Atys / Agencja Wyborcza.pl

Simon Shuster, korespondent tygodnika 'Time' to jeden z nielicznych zachodnich dziennikarzy mających dostęp do prezydenta Wołodymyra Zełenskiego i jego środowiska, po ataku Rosji na Ukrainę, do którego doszło w lutym 2022 roku.

Fragment pochodzi z jego książki 'Showman. Wołodymyr Zełenski i inwazja, która uczyniła go przywódcą', wydanej przez Wydawnictwo Marginesy.

Biały ekran

W pierwszym tygodniu marca, kiedy Kijów otoczono z trzech stron, prezydent nalegał, żeby opuścić kompleks: chciał z kilkoma najbliższymi doradcami ruszyć w kierunku rosyjskich pozycji i zobaczyć zniszczenia na własne oczy.

– Decyzję o wyjeździe podjęliśmy spontanicznie – mówił biorący w tym udział Andrij Jermak.

Nie zabrali ze sobą żadnych kamer. Szef straży prezydenckiej zgadzał się na wyprawę pod warunkiem utrzymania jej w zupełnej tajemnicy; niektórzy członkowie sztabu prezydenckiego dowiedzieli się o niej półtora miesiąca później, gdy sprawa wyszła na jaw w czasie jednego z naszych wywiadów.

Zełenski wyjechał z ulicy Bankowej i wyruszył na północ prawym brzegiem Dniepru. Jechali w kierunku drogi biegnącej wzdłuż szczytu zapory elektrowni wodnej; po lewej stronie rozciągały się szare połacie zbiornika kijowskiego. Zaledwie dwa tygodnie temu flota rosyjskich śmigłowców szturmowych przeleciała nad zbiornikiem w drodze do Hostomla. Teraz panował spokój, tylko w oddali słychać było głuchy huk artylerii. Prezydent jechał dalej na wschód, poza ostatnie ukraińskie pozycje, i zatrzymał się w pobliżu wąskiego mostu, który wyznaczał linię frontu. Most zniszczono, uniemożliwiając Rosjanom natarcie od wschodu. Nie mogąc sforsować wody, najeźdźcy ostrzeliwali pociskami ukraińskie okopy po drugiej stronie. Jedna z eksplozji wyżłobiła w drodze krater, jakby ziemię rozdarł gigantyczny pazur. Zełenski zatrzymał się, chciał to obejrzeć. Stał, przyglądał się wyżłobieniu, a jego ochroniarze zaczynali się denerwować.

– Odchodzili od zmysłów – mówił później.

Rosjanie znajdowali się na tyle blisko, że strzelec wyborowy mógł bez trudu „zdjąć" prezydenta, który nie miał żadnego istotnego powodu, by przebywać tak blisko frontu. Nie przyjechał dowodzić armią, chciał jedynie poczuć, czego doświadczają jego żołnierze.

– Potrzebowałem ich emocji – powiedział mi. – Chciałem wiedzieć, co czują, wejść w ich buty.

W drodze powrotnej zatrzymali się w punkcie kontrolnym obsadzonym przez żołnierzy i ochotników. Zbliżała się pora obiadu i mieszkający w okolicy mężczyzna właśnie przyniósł garnek świeżego barszczu. Za stary, by służyć w wojsku, kopać okopy czy biegać z karabinem, postanowił karmić żołnierzy – to był jego wkład w obronę narodową. Gotowanie barszczu, gęstego od wieprzowiny, ziemniaków i kapusty, zajęło mu całe przedpołudnie, i teraz koniecznie chciał poczęstować gości z Bankowej. Prezydent wahał się.

– Nie chcę was objadać – powiedział, ale żołnierze również nalegali.

'Grób kobiety w ogródku, obok bawi się jej dziecko'. Obrazy wojny w Ukrainie [FRAGMENT KSIĄŻKI]

Usiedli razem na chwilę, cały czas w zasięgu rosyjskiej artylerii, i zjedli miskę zupy, zagryzając ją chlebem i rozmawiając o czasach radzieckich, a także o tym, kim stali się Rosjanie po rozpadzie ZSRR. Nikt nie czuł się skrępowany obecnością prezydenta.

Kucharz miał w Rosji rodzinę. Kilka dekad temu był zawodowym sportowcem, występującym pod radziecką flagą; poszedł do samochodu i wyjął z bagażnika medale zdobyte w lekkoatletyce. Wciąż nie mógł zaakceptować tego, że jego niegdysiejsi rodacy wtargnęli tu, żeby grabić i zabijać. Mówił o tym, jak bardzo nienawidzi Rosjan.

Goście szykowali się do odjazdu, a prezydent spytał jeszcze żołnierzy, czy czegoś nie potrzebują, może jakiegoś dodatkowego wsparcia, może mógłby im coś wysłać. Mężczyźni uzbrojeni byli w karabiny i granatniki. Po drugiej stronie wody stała natomiast armia z czołgami i artylerią. Powiedzieli jednak, że niczego nie potrzebują.

– Nic ode mnie nie chcieli – mówił Zełenski. – Nie narzekali. Pragnęli tylko jednej rzeczy: zwycięstwa.

To spotkanie wywarło na prezydencie duże wrażenie. Od dawna czuł więź z żołnierzami na froncie, nie tylko z powodu ich odwagi, ale i autentyczności. Osiem lat temu po raz pierwszy odwiedził ich w strefie działań wojennych. Wtedy, latem 2014 roku, Zełenski był jeszcze komikiem bez żadnych ambicji politycznych i występował dla wojska w regionach frontowych. Kiedy jego autobus zatrzymał się gdzieś w Donbasie, wysiadł, żeby porozmawiać z żołnierzem, który od miesięcy obsadzał ten sam punkt kontrolny i mieszkał w pobliskich okopach. Ostatni raz rozmawiał on z cywilem tak dawno temu, że trudno mu było sklecić sensowne zdania. Na pytanie Zełenskiego, jak mógłby pomóc, odpowiedział po prostu: porozmawiaj ze mną.

– Są takie chwile, które na zawsze pozostają w pamięci – mówił później Zełenski o tej podróży. – Przebłyski z własnego dzieciństwa albo z dzieciństwa twoich dzieci, gdy mówią pierwsze słowo, kiedy idą do szkoły. To była właśnie jedna z takich chwil.

Konflikt zbrojny na wschodzie zaczął się kilka miesięcy wcześniej, ale już zdążył zasiać przemoc i podziały, które wybuchną osiem lat później, przeradzając się w pełnoskalową wojnę. Odurzający smak podboju Putin poczuł po raz pierwszy po aneksji Krymu. Zaczął wówczas określać niektóre regiony Ukrainy mianem Noworosji. W wystąpieniu telewizyjnym wiosną tamtego roku powiedział, że Rosja 'straciła te ziemie z różnych powodów, lecz ludzie pozostali', a teraz on zamierzał ich odzyskać. Jego agenci i zwolennicy we wschodniej i południowej Ukrainie wkrótce zaczęli powielać taktykę z przejęcia Krymu. Zajmowano budynki rządowe, obsadzano separatystycznych przywódców, ogłaszano niepodległość, oderwanie się od Kijowa. I wprowadzano rosyjskie oddziały, które miały tego wszystkiego bronić.

W niektórych miejscach zdało to egzamin. Do lata 2014 roku rosyjscy poplecznicy i siły paramilitarne przejęły kontrolę nad kilkoma miastami i rozległymi obszarami we wschodniej części Donbasu. Ich zwycięstwa nie były jednak tak szybkie i bezproblemowe jak na Krymie, tym razem napotkali opór. Wojsko walczyło, uzbrojone oddziały formowały się i broniły Donbasu. W przeciwieństwie do mieszkańców Krymu ludzie na wschodzie i południu nie chcieli odłączać się od Ukrainy ani wspierać 'świata rosyjskiego', imperialistycznej wizji, obejmującej każdy kraj, w którym mówi się po rosyjsku. W Ukrainie Putin zachęcał rosyjskojęzycznych obywateli do przeciwstawienia się własnemu rządowi, obiecywał za to ochronę. 'Jesteśmy jednym narodem. Kijów jest matką rosyjskich miast', powiedział w przemówieniu na Kremlu. 'W Ukrainie mieszkają i będą mieszkać miliony Rosjan i osób mówiących po rosyjsku – Rosja zawsze będzie bronić ich interesów'. Zdecydowana większość mieszkańców tych regionów nie chciała ochrony Putina. Organizowano wiece i marsze na rzecz jedności Ukrainy. W południowym porcie Odessy trwały wielodniowe uliczne walki między zwolennikami i przeciwnikami rewolucyjnego rządu w Kijowie; pewnego makabrycznego dnia zginęły dziesiątki prorosyjskich aktywistów, większość z nich została pogrzebana żywcem w budynku, w którym się schronili.

To nie wszystko, co mamy dla Ciebie w TOK FM Premium. Spróbuj, posłuchaj i skorzystaj ze specjalnej oferty. Wejdź tutaj, by znaleźć szczegóły >>

W miarę rozwoju wydarzeń Zełenskiemu coraz trudniej było stać z boku. W Kijowie powszechnym widokiem stali się uzbrojeni mężczyźni w mundurach polowych z naszywkami nowych ukraińskich batalionów ochotniczych. Przed punktami poborowymi ustawiały się kolejki, ludzie chcieli zaciągnąć się do wojska. Żaden ze słynnych komików z zespołu Zełenskiego się na to nie zdecydował. W tamtym czasie niektórzy z nich bardziej martwili się o swoją przyszłość w branży filmowej.

Kiedy Rosjanie zaanektowali Krym, firma Zełenskiego, Studio Kwartał 95, wciąż realizowała kilka projektów z rosyjskimi partnerami, w tym wielosezonowy sitcom oraz kontynuację komedii romantycznej. Zobowiązany kontraktami do ich ukończenia Zełenski jasno wyrażał swoje uczucia wobec Rosji. Podczas ostatnich miesięcy w Moskwie, gdzie mieszkał przez sześć lat, nakręcił na skraju placu Czerwonego kilka odcinków cotygodniowej parodii wiadomości. Próbował utrzymać żartobliwy ton, ale dało się słyszeć nutki goryczy:

– Relacjonuję z samego serca Rosji – mówił – jeśli w ogóle ma ona jeszcze jakieś serce.

Po aneksji Krymu jego firma zamknęła biuro w Moskwie i finalizowała współpracę z Rosjanami. Zełenski współdziałał z wieloma największymi producentami filmowymi w Rosji, znał szefów głównych sieci telewizyjnych, niektórzy byli jego starymi przyjaciółmi. Po Krymie przestali z nim rozmawiać.

– Ja również nie chciałem mieć z nimi do czynienia – powiedział później. – Wszyscy tak po prostu zniknęli.

Jeszcze w tym samym roku przestał pracować w Rosji, co miało druzgocący wpływ na jego biznes. Jak oszacował później, po utracie rosyjskiego rynku dochody studia zmniejszyły się prawie siedmiokrotnie. Na każdą godzinę wyprodukowanego programu telewizyjnego przychody spadły średnio z dwustu tysięcy do trzydziestu tysięcy dolarów. Zełenski zapewne mógłby zminimalizować te straty, cenzorzy w Moskwie nie nałożyli bowiem żadnych odgórnych zakazów na ukraińskich wykonawców, a programy i filmy produkowane przez studio Zełenskiego wciąż należały do najbardziej popularnych i dochodowych w Rosji. Jednak aby pozostać na tamtym rynku, Zełenski musiałby milczeć na temat polityki i skupić się na rozrywce. Wiele osób w Ukrainie potępiłoby go za to, a niektórzy uznaliby go za zdrajcę. Ale przecież był komikiem i nie musiał wypowiadać się na temat Krymu. Już w czasie rewolucji w Kijowie pokazał, że jest w stanie odsunąć kwestie polityczne i zachować swoje poglądy dla siebie.

Jednak Krym to było coś zupełnie innego: stanowił integralną część Ukrainy i Zełenski odebrał to osobiście. Jego zespół występował tam od zawsze, a jego rodzina jeździła tam na wakacje. Rok przed aneksją Zełenski z żoną kupili tam penthouse. Oderwanie tego regionu od Ukrainy bolało tym bardziej, że przeważająca część rosyjskiego społeczeństwa, w tym niektórzy artyści i wykonawcy, których Zełenski znał i z którymi pracował od bardzo dawna, przyjęła to z aplauzem, obdarzając przy tym Putina uwielbieniem. Zdecydowana większość Rosjan postrzegała aneksję jako błyskotliwe i bezkrwawe odegranie się na bezczelnych Ukraińcach oraz na ich zachodnich protektorach. Zełenski, podobnie jak miliony jego rodaków, uważał to za niesłychaną kradzież i akt zdrady. Jak po czymś takim miałby stanąć na scenie w Moskwie z uśmiechem na twarzy? Jasno określił swoje stanowisko, nawet jeśli miało to oznaczać koniec jego biznesu, rozwijanego w Rosji od dekady.

– Wielu artystów nadal jeździ tam występować – mówił. – Nie osądzam ich. To kwestia moralności i tego, co czujesz. Mnie to boli. Naprawdę.

Odrzucił ofertę występu w Rosji opiewającą na dwieście pięćdziesiąt tysięcy dolarów.

Osobiste relacje również ucierpiały. Pewnego wieczoru 2014 roku Zełenski pokłócił się w moskiewskiej restauracji z jednym ze swoich bliskich przyjaciół, znanym rosyjskim aktorem. Nakręcili razem film, który właśnie puszczano w kinach.

– Był wspaniałym przyjacielem – wspominał Zełenski. – A wtedy zaczął mi opowiadać, jak to Krym należy do nich.

Atmosfera podgrzała się do tego stopnia, że Zełenski chwycił mikrofon z maszyny do karaoke i wygłosił przemówienie do wszystkich obecnych w restauracji Rosjan. 'Patrzcie! – mówił. – Wasi ludzie odbierają nasz Krym'. Ktoś wezwał policję.

Nawet wydarzenia rodzinne nie zdołały ściągnąć go do Rosji. Wkrótce po aneksji Krymu moskiewski krewny Ołeny zaprosił ich na wesele.

– Nie chcieliśmy jechać – powiedziała mi Ołena. Jej ojciec reprezentował na uroczystości ukraińską stronę rodziny i jak relacjonował – wedle słów Zełenskiego – goście zaczęli się kłócić o aneksję.

Okładka książki Simona Shustera 'Showmen. Wołodymyr Zełenski i inwazja, która uczyniła go przywódcą' (Wyd. Marginesy)
Okładka książki Simona Shustera 'Showmen. Wołodymyr Zełenski i inwazja, która uczyniła go przywódcą' (Wyd. Marginesy)
Wydawnictwo Marginesy

#

Tamtego lata, niedługo po powrocie z Moskwy do domu, Zełenski ruszył w drogę, by po raz pierwszy zobaczyć wojnę z bliska. To go odmieniło. Jego zespół komediowy, w skład którego wchodziło kilku starych przyjaciół z dzieciństwa, zorganizował trasę po strefie działań wojennych. To była cała wyprawa: dołączyła grupa tancerzy do numerów muzycznych, techniczni zorganizowali składaną scenę, jechało kilka ciężarówek ze światłami, nagłośnieniem, kostiumami, rekwizytami. Przypominało to trasę USO, w rodzaju tych, które Bob Hope i jego paczka komików odbywali w rejonie Pacyfiku latem 1944 roku, kiedy to latali na kolejne wyspy i występowali dla amerykańskich żołnierzy. Różnica polegała na tym, że dla Zełenskiego ta wojna była znacznie bliżej domu. Wyruszając z Kijowa, mógł dotrzeć do linii frontu w niecały dzień jazdy autostradą. Zdarzało się, że występował parę godzin drogi od domu rodziców w Krzywym Rogu.

Szykując się do tej trasy, Zełenski przygotował nowy materiał. Centralnym punktem programu była ballada oddająca uczucia związane z wojną i rewolucją. Proste wersy w refrenie, w rodzaju 'kazaliśmy Rosji wypierdalać', musiały wywołać aplauz. Tekst nie był ani optymistyczny, ani też specjalnie patriotyczny, wyrażał jednak miłość do Ukrainy, mimo niekończących się zapaści i rozczarowań. Utwór przedstawiał rewolucję z 2014 roku, wydarzenie sprzed ledwie kilku miesięcy, jako kolejny akt masowego oszustwa, który nie przyniósł nic poza bólem serca i kolejnym 'rządem nieudaczników'. Piosenka była policzkiem dla Petra Poroszenki, nowego prezydenta Ukrainy. Żołnierze w strefie działań wojennych ją pokochali.

Podczas występu w bazie lotniczej niedaleko Mariupola Zełenski patrzył, jak wielki tłum, ponad tysiąc osób, zerwał się na równe nogi, jak żołnierze wymachiwali karabinami, krzyczeli i gwizdali, jak tańczyli na pojazdach opancerzonych. A potem wbiegli na scenę po zdjęcia i autografy, oferując komikom dowody wdzięczności. Jewgienij Koszewoj, zupełnie łysy, dostał butelkę szamponu. Oleksandr Pikałow wspominał, jak żołnierz wcisnął mu do kieszeni coś ciężkiego – jak się okazało, granat ręczny. 'To prezent', wyjaśnił żołnierz z uśmiechem; co innego mógł podarować? Wśród upominków znalazły się odznaka i kominiarka, zdjęte z ciała rosyjskiego separatysty. Prezent mógł wydawać się makabryczny, jednak komicy go przyjęli.

Od tamtego wyjazdu tournée po froncie stało się tradycją. Na publiczność w Kijowie składały się głównie bogate elity, które mogły sobie pozwolić na opłacenie wstępu; często salę wypełniali ci sami nadęci politycy, których Zełenski parodiował. Żaden najzabawniejszy czy najbardziej poruszający występ nie zdołał poderwać ludzi z foteli. A tam, w strefie działań wojennych, wszystko było znacznie bardziej prawdziwe; w porównaniu z tym, co tam się działo, życie w Kijowie wydawało się płytkie i pozbawione celu. Ludziom, którzy ocierali się o śmierć, łzy przychodziły łatwo. Po występach na froncie Zełenski nie zdołał już w pełni poświęcić się rozrywce i show-biznesowi. Czasem żałował, że sam nigdy nie chwycił za broń.

Rosja 'pójdzie na grubo'? Ekspert o tropie, który może dostarczyć Putinowi paliwa