Co pokazał serial "Misja: Kaja"? Autorka u Sekielskiego: Wielokrotnie upadasz i wstajesz. To deprymujące
- Ta historia pokazuje, że system niedomaga. Kaja, szukając sprawiedliwości, zderzyła się nie z jedną, a z kilkoma ścianami - tak historię z serialu TOK FM "Misja:Kaja" komentowała jego autorka, dziennikarka śledcza Marta Kasztelan.
Kaja miała 12 lat, kiedy Paweł zniknął z jej życia. Mężczyzna był opiekunem dziewczynki na koloniach. Zostawił po sobie ranę, którą Kaja do dziś próbuje uleczyć. Publikujemy ostatni odcinek serialu "Misja: Kaja". Jak mówiła w TOK FM dziennikarka śledcza Marta Kasztelan, Kaja jest prawdziwą wojowniczką, która nie poddała się mimo przeciwności losu.
- Kaja jest osobą, która walczy o siebie. Jest uparta i odważna. Z ofiary molestowania seksualnego przerodziła się w taką "surwiwalkę", osobę ocalałą - stwierdziła w "Poranku TOK FM" Marta Kasztelan.
Autorka serialu TOK FM przypomniała, że Kaja zaczęła jeździć na kolonie i zimowiska, kiedy miała zaledwie siedem lat. To powinien być najszczęśliwszy czas w jej życiu, pełen zabawy i beztroski. Na jej nieszczęście wyjazdy organizował Paweł, który szybko stał się przyjacielem rodziny dziewczynki. Przedstawiał ją jako "swoją córeczkę" albo nazywał się jej bratem. To właśnie Paweł wyrządził Kai największą możliwą krzywdę, wykorzystując ją seksualnie przez lata.
- Po dekadach milczenia, kiedy do Kai doszło już, co się stało, chciała pociągnąć go do odpowiedzialności, ale także powstrzymać, bo Paweł do 2023 r. wciąż organizował wyjazdy - zaznaczyła w rozmowie z Tomaszem Sekielskim autorka serialu "Misja:Kaja".
System w Polsce niedomaga i nie jest nastawiony na ofiary
Dziennikarka oceniła, że najgorsze dla Kai było nie tylko zmierzenie się z traumą i prawdą, ale to, że kiedy postanowiła działać, za każdym razem zderzała się ze ścianą, a wszystkie drzwi nagle się zamykały.
- Kaja próbowała uzyskać pomoc na policji, w prokuraturze. Zgłosiła sprawę nawet do Państwowej Komisji ds. wykorzystania seksualnemu małoletnich, gdzie została wysłuchana. Żadna z tych instytucji nie popchnęła jednak sprawy dalej, bo historia molestowania Kai się przedawniła. Nikt też nie chciał rozpocząć działań, by powstrzymać oprawcę, który nadal organizował wyjazdy z dziećmi - wyjaśniła gościni TOK FM.
Kasztelan zwróciła uwagę na jeszcze jeden, wstrząsający aspekt. Wyznanie Kai było podważane, to nie sprawca, a ofiara musiała się tłumaczyć, dlaczego sprawa przypomniała jej się po latach. Słyszała nawet, że to ona jest "okropna", rzucając takie oskarżenia, i że "krzywdzi" swoim wyznaniem ludzi.
- Ta historia jasno pokazała, że system niedomaga. Rozumiem, że przepisy wiążą ręce, ale system to też ludzie, więc wiemy dobrze, że choć sprawa się przedawniła, czasem można coś zrobić. Tak stało się przecież po słowach ministry Katarzyny Kotuli, która wyznała publicznie, że była ofiarą molestowania seksualnego. Wówczas, choć sprawa była przedawniona, prokuratura wszczęła postępowanie w tej sprawie - przypomniała dziennikarka śledcza.
Prowadzący audycję Tomasz Sekielski powiedział, że ma wrażenie, że politycy przy takich sprawach działają pod publiczkę i że są niestety równi i równiejsi. - Mam takie odczucie, że i politycy i instytucje przykładają za mało wagi do ofiar, zwłaszcza tych skrzywdzonych, których historie nie są nagłaśniane w mediach - stwierdził.
- Tak, zgadzam się. Często zresztą o tym z Kają rozmawiałyśmy. I o ile, jeśli chodzi o krzywdę wobec dzieci, panuje to zgoda między politycznymi podziałami, że jest to rzecz najohydniejsza na świecie, o tyle do tej pory jakoś politycy nie wypracowali wspólnego stanowiska, nie wypracowali systemu, który będzie przychylny osobo ocalałym. A te potrzebują ogromnego wsparcia, by dochodzić sprawiedliwości. To działanie na zasadzie, że ofiara wielokrotnie upada i wstaje. Ile jednak razy można się podnosić i iść dalej? To jest bardzo deprymujące - podsumowała autorka serialu TOK FM "Moja: Kaja".
Źródło: TOK FM