Jej ciało przypominało napompowany balon. "Moja żona jest najpiękniejszą kobietą na świecie"
"Udając się na ten wywiad, nie miałam w głowie żadnych wyobrażeń związanych z żoną Roberta. Nie wiedziałam, kto otworzy mi drzwi, dlatego nie mogłam przygotować się mentalnie na to, co zobaczę. Kiedy ją ujrzałam, automatycznie się cofnęłam'" - opisuje Karolina Wasilewska w książce pt. "Socjalna. W spirali przemocy, biedy i zaburzeń psychicznych".
Poniższy fragment pochodzi z książki pt. "Socjalna. W spirali przemocy, biedy i zaburzeń psychicznych" autorstwa Karoliny Wasilewskiej wydanej 12 listopada nakładem Wydawnictwa Feeria.
Było jeszcze gorąco, choć w powietrzu dawało się już wyczuć nadchodzące babie lato. Jak to na początku września. Rano zgłosił się do mnie około czterdziestoletni mężczyzna. Jego wygląd zewnętrzny nie nosił śladów niedostatku, przemocy czy choroby psychicznej. Interesant miał na sobie ciemną koszulę i spodnie dżinsowe, czyli był ubrany tak jak wielu mężczyzn. Poprosiłam, by usiadł przy biurku, a następnie zadałam standardowe pytanie: "W czym mogę panu pomóc?".
- Wie pani… - wydukał nieśmiało. - Ja… w sprawie żony. To kochana kobieta jest - oznajmił cicho.
Wiedziałam, że wiele osób siadających po drugiej stronie biurka cierpiało prawdziwe katusze. Mało kto lubi opowiadać o własnych słabościach, tym bardziej osobom, które widzi po raz pierwszy i które nie zdążyły jeszcze zdobyć jego zaufania. Tajemniczy mężczyzna mówił powoli, a ja odnosiłam wrażenie, że waży każde słowo. Wiedziałam, że będę musiała cierpliwie poczekać, zanim przejdzie do sedna.
- Pana żona potrzebuje pomocy? - upewniłam się, dbając o to, by moje pytanie wybrzmiało przyjaźnie.
- Tak… Wie pani… - bąknął pod nosem. - Potrzebujemy pieniędzy na jedzenie.
Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Wizerunek mojego rozmówcy co prawda nie zdradzał zbyt wiele, ale bez wątpienia nie pasował do obrazu osoby uwikłanej w toksyczny związek z biedą.
- Jak pan ma na imię? - postawiłam pierwszy krok zmierzający do ujawnienia tożsamości klienta.
- Robert.
- Panie Robercie, czy mają państwo jakieś dochody?
- Żona nie ma nic. Ja pracuję.
- Gdzie jest pan zatrudniony? - ciągnęłam mężczyznę za język.
- Jestem kierownikiem w fabryce aut.
- Kierownikiem…? - myślałam na głos.
Nie rozumiałam, co mogło łączyć osobę piastującą dobrze płatne stanowisko z problemem społecznym dotykającym głównie bezrobotnych. Zamierzałam jak najszybciej odkryć wszystkie karty tajemniczego mężczyzny.
- Jakie są pana miesięczne zarobki? - zapytałam, wprawiając mojego rozmówcę w lekką konsternację. - To rutynowe pytanie - zaczęłam się tłumaczyć. - W pomocy społecznej obowiązują kryteria dochodowe. Nie każdy kwalifikuje się do pomocy
finansowej.
- Dziewięć tysięcy miesięcznie - wyznał niepewnie.
- Sporo - odpowiedziałam, patrząc mu w oczy. Rozmawiałam z człowiekiem otrzymującym wypłatę, o jakiej mogłam jedynie pomarzyć, i w dodatku usiłującym przekonać mnie o własnym ubóstwie. Na tamtym etapie nie wiedziałam jeszcze, czy jego intencje są szczere.
- Sporo… - przytaknął. - Ale wie pani… Wszystko takie drogie… Woda, prąd. Na jedzenie dla żony nie zawsze wystarcza.
- Proszę, aby nie odebrał pan mojego pytania źle, ale muszę dokładnie poznać państwa sytuację życiową - starałam się stopniowo rozwiewać narastające we mnie wątpliwości. - Jeśli jest państwu ciężko, to dlaczego żona nie pójdzie do pracy? Czy są jakieś przeszkody, które na to nie pozwalają?
- Chora jest…
- Na jakie schorzenia cierpi?
- Jezu… Od czego by tu zacząć… Nadciśnienie, cukrzyca, niewydolność serca, astma, refluks, zwyrodnienie stawów - wyrecytował bez zająknięcia.
- Współczuję - powiedziałam, karcąc się w duchu za powątpiewanie w uczciwość intencji klienta.
- Będę z panem szczera - postanowiłam rozpocząć wywód od złych informacji. - Pańskie zarobki przekraczają kryterium dochodowe uprawniające do pomocy.
- Czyli nic się nam nie należy?
- Pracuję z ludźmi i dbamy o to, by każdy potrzebujący uzyskał wsparcie. Nie obiecuję, że otrzyma pan pieniądze, ale całkiem możliwe, że uda się załatwić jakąś żywność.
- Byłbym bardzo wdzięczny… Żona staje się bardzo nerwowa, jak w lodówce jest pusto.
Kilka dni później udałam się pod adres wskazany przez Roberta z zamiarem przeprowadzenia rodzinnego wywiadu środowiskowego. Mężczyzna uprzedził mnie wcześniej, że nie będzie mógł uczestniczyć z rozmowie, bo musi nadzorować proces przygotowywania towaru dla kluczowego klienta firmy. Rozumiałam motywacje, jakimi się kierował. Zapewne nie chciał stracić pracy, która gwarantowała mu sowite wynagrodzenie. Działał racjonalnie. "Dlaczego zatem brakowało mu forsy na jedzenie?", pytałam samą siebie, zbliżając się do drzwi jego domu. Gdy tylko przekroczyłam próg, wszystko stało się jasne.
Są takie miejsca, które pragnie się jak najprędzej opuścić i już nigdy do nich nie wracać, i są ludzie, z którymi chciałoby się zakończyć znajomość już po pierwszym spotkaniu, a nawet po wymianie raptem kilku zdań. To właśnie poczułam, gdy po dłuższym oczekiwaniu otworzyły się drzwi prowadzące do mieszkania Roberta. Widok jego żony przyprawił mnie o dreszcze, a stan "gniazdka" zmroził krew w żyłach. Od progu przywitał mnie odór, którego źródła nie potrafiłam zlokalizować, choć przecież dzięki pracy socjalnej udało mi się poznać wiele typów niecodziennych aromatów. Bezbłędnie rozróżniałam zapachy kociego moczu, zepsutego jedzenia czy wielotygodniowego potu. Cuchnąca woń, która uderzyła w moje nozdrza, okazała się jednak nie lada wyzwaniem.
Udając się na ten wywiad, nie miałam w głowie żadnych wyobrażeń związanych z żoną Roberta. Nie wiedziałam, kto otworzy mi drzwi, dlatego nie mogłam przygotować się mentalnie na to, co zobaczę. Kiedy ją ujrzałam, automatycznie się cofnęłam. Nigdy wcześniej nie miałam do czynienia z tak skrajną formą cielesnej degradacji. Po raz pierwszy w życiu stanęłam twarzą w twarz z osobą cierpiącą na otyłość olbrzymią. Spoglądałam na kobietę, która z ledwością stała na własnych nogach. Jej ciało przypominało napompowany balon broniący się przed kolejnymi dawkami powietrza, oczy ledwie wyłaniały się spod napęczniałych powiek, a głowa wyglądała tak, jak gdyby ktoś przyszył ją do korpusu z pominięciem szyi. Próbowałam wykrzesać z siebie współczucie, ale odczuwałam wyłącznie lęk, który zwykle odbierał mi mowę i dawał obezwładniające poczucie utraty kontroli nad sytuacją.
- P-p-pani Gabriela? - wydukałam.
- Taaak… - wysapała. - Mąż powiedział mi, że pani przyjdzie - dodała, z trudem łapiąc oddech. - Chodźmy do pokoju. Tylko proszę się nie denerwować. Trochę mi to zajmie.
Jej sposób poruszania się w niczym nie przypominał swobodnego chodu. Pokonywanie każdego metra wymagało od mojej gospodyni nadludzkiego wysiłku. Często przystawała i opierała się o mebel lub ścianę, żeby nie stracić równowagi. Wiedziała, że jeśli runie na ziemię, nie podniesie się samodzielnie, toczyła zatem mozolną walkę o utrzymanie równowagi.
Kiedy weszłam do pokoju dziennego, moim oczom ukazał się iście turpistyczny widok. Ujrzałam poplamione ściany oraz krzywo wiszące zasłony i obrazy. Wnętrze przedstawiało obraz nędzy i rozpaczy. Wyglądało, jakby ktoś opuścił je kilkanaście lat wcześniej, pozostawiając na pastwę kurzu i wilgoci.
- Proszę usiąść w fotelu - zaproponowała, po czym przytrzymała się obdartej komody i legła na kanapę, wywołując głośne skrzypnięcie starego mebla. - Ja ciągle głodna jestem - wyznała na starcie, czym wprawiła mnie w osłupienie. - Troszkę waga mi skoczyła, ale to nic… Czytałam kiedyś, że od niedożywienia też się tyje…
- Kiedy po raz ostatni była pani u lekarza? - zapytałam, ignorując "głodowy problem" podopiecznej.
- Aj, pani… - westchnęła. - Lekarz nie chce mnie leczyć. Dałam sobie spokój z doktorkiem od siedmiu boleści.
- Mąż powiedział mi, że cierpi pani na wiele schorzeń.
- Kiedy zacznę jeść, to wszystko się unormuje. Jak niby mam do tego lekarza dojechać? - zapytała z irytacją. - Nie wyjdę sama z domu. Mąż ciągle w pracy… Pani kochana, mi się zmiany ropne w kroczu porobiły. Ciągle popuszczam…
- Pani Gabrysiu, tak się składa, że jestem pracowniczką socjalną, czyli pomagam ludziom w trudnych sytuacjach. Załatwię pani domową wizytę lekarską - powiedziałam z entuzjazmem.
- Nigdy w życiu. Pani droga… Żaden doktorek tutaj nie pomoże. Ja chciałam w ciążę kiedyś zajść. Nie udało się. Wtedy zaczęłam czuć ten ciągły głód. Wszystkiego człowiekowi może brakować, ale nie jedzenia. Ja nie mam siły dalej żyć. Załatwi mi pani jakąś żywność?
- Yyy… - nie wiedziałam, co odpowiedzieć. - Zobaczę, co da się zrobić - rzuciłam na odczepnego. Z oczywistych powodów nie miałam jednak najmniejszego zamiaru wspierać podopiecznej dodatkowymi kaloriami. - Czy mogłabym przyjść jutro do pani z koleżanką z pracy? - uznałam, że nie podołam sprawie bez zasięgnięcia opinii MOPS-owskiej specjalistki od różnego typu zaburzeń psychicznych.
Jak na samozwańczego psychologa Daria stawiała bardzo trafne diagnozy, które prawie zawsze pokrywały się ze zdaniem dyplomowanych specjalistów. Posiadała dar przeszywania ludzkich osobowości na wskroś i mogła poszczycić się intuicją, która nie zawodziła.
- A po co z koleżanką? - zapytała klientka z pretensją.
- To wyjątkowa kobieta - wyraziłam opinię, co do której nie miałam żadnych wątpliwości. - Pomaga osobom znajdującym się w różnych kryzysach. Rozmowa z nią wszystkim wychodzi na dobre. Nie znam bardziej wyrozumiałej osoby. - Uznałam, że jeśli wskażę podopiecznej kluczowe przymioty "MOPS-owskiej znachorki", to uzyskam zgodę na wizytę w dwuosobowym składzie.
- Ja nie jestem w żadnym kryzysie.
- Powiedziała pani wcześniej, że nie ma pieniędzy na jedzenie.
- A ta cała Daria załatwi mi jakieś obiady albo chociaż suchy prowiant?
- Nie mogę na chwilę obecną nic pani obiecać. - Usiłowałam robić dobrą minę do złej gry. Gdybym wyznała, że nie przekażę chorej kobiecie choćby okruszka chleba, pewnie pożegnałaby mnie raz na zawsze.
- Dobrze - oznajmiła po chwili zastanowienia. - Najwyżej będę tego żałowała. Ja coś pani powiem. Mój Robercik haruje, żeby zarobić na jedzenie. Przychodzi do domu padnięty. Nie ma na nic siły. A trzeba przecież zrobić zakupy i posprzątać dom. Martwię się o niego…
- Pani Gabrysiu, obiecuję, że zrobię co w mojej mocy, żeby znaleźć jakieś rozwiązanie. - Wiedziałam, że składając taką deklarację, biorę na swoje barki olbrzymi ciężar cudzych oczekiwań. Obiecanki cacanki w tym zawodzie często przynosiły więcej szkody niż pożytku, ale czasami okazywały się jedynym skutecznym wabikiem na nieufnych podopiecznych.
Daria lubiła zawodowe wyzwania i nigdy nie odmawiała, gdy któraś z koleżanek prosiła ją o pomoc. Odwiedziłyśmy Gabrysię zgodnie z planem, czyli niespełna dobę po mojej pierwszej wizycie. Wspierająca mnie koleżanka w trakcie ponad piętnastu lat pracy na stanowisku socjalnej wiele widziała, ale i dla niej obraz kobiety w rozmiarze XXXXXL okazał się mentalnym wyzwaniem. Na widok podopiecznej wyraźnie zbladła.
- Dzień dobry - przywitała się drżącym głosem.
Obawiałam się, że jej szok sprowadzi rozmowę na niewłaściwe tory, ale na szczęście moja towarzyszka szybko przejęła kontrolę nad emocjami i przystąpiła do rzeczowego dialogu.
- Pani Gabrysiu, czy lubi pani szczere osoby? - zapytała na wstępie.
- Tylko szczere - odparła podopieczna.
- To mamy podobnie. Ja też bardzo sobie cenię prawdę. Umówmy się zatem, że nie będziemy owijały w bawełnę. Chciałabym wiedzieć, co pani leży na sercu - poprosiła Daria.
- Mówiłam już pani Karolinie. Głodna jestem. Nie mogłam mieć swoich dzieci i zaczęłam jeść. Podejrzewałam, że Robert sobie znajdzie inną, ale przez piętnaście lat małżeństwa kochał mnie jak wariat. Nie ma takiego drugiego. Świata poza mną nie widzi - wysapała.
- Wiele kobiet mogłoby pani zazdrościć. Nie każda z nas miała tyle szczęścia co pani - zaśmiała się Daria. - Oczywiście w kwestii wyboru męża.
- Robert to mój skarb. Zawsze będę to powtarzała. Pogodził się z tym, że nie zostanie ojcem. Ja też zaakceptowałam bezdzietność. Głodu nie zamierzam jednak tolerować. Dwudziesty pierwszy wiek, a nam brakuje czasami nawet na chleb.
- Przepraszam, że zmienię temat, ale czy rozmawiała pani kiedyś z lekarzem? Może pani głód ma chorobowe podłoże?
Słuchałam uważnie tej wymiany zdań, licząc na to, że Darii uda się przekonać Gabrysię do głębszej refleksji na temat własnej otyłości, ale podopieczna nie chciała nawet słyszeć o konsultacji ze specjalistą od zaburzeń odżywiania. Twierdziła, że dietetycy, psychoterapeuci i psychiatrzy to pasożyty żerujące na naiwnych pacjentach. Daria wyciągnęła z opasłej torby arkusz zwinięty w rulon i od razu przystąpiła do działania.
- Czy zgodzi się pani odpowiedzieć na kilka pytań? - zapytała uprzejmie.
- Długo to zajmie?
- Nie - zapewniła koleżanka. - W takim razie mogę zacząć?
- Proszę, tylko szybko…
Moja kompanka zarzuciła podopieczną gradem pytań i stwierdzeń z testu Becka - łatwo dostępnego i darmowego narzędzia do wstępnego diagnozowania depresji. Sądziłam, że wynik obnaży mentalne cierpienie podopiecznej, plasując je w górnej części skali psychicznego ucisku, ale moje przypuszczenia nijak się miały do rzeczywistości. Liczba punktów uzyskanych przez Gabrielę wykluczała pozostawanie w "emocjonalnym dołku”, co oznaczało, że nie mogłam łączyć łaknienia kobiety z czarną rozpaczą.
Kilka dni później podopieczna wyraziła zgodę na badanie psychiatryczne w miejscu zamieszkania. Poprosiłam Roberta, żeby przekonał żonę do krótkiej rozmowy ze specjalistą. Przystała na to. Sądziłam, że kierowała się świadomą troską o własne zdrowie, ale prędko wyszło na jaw, że w zamian za "odbębnienie" pogadanki z lekarzem Robert wręczył jej reklamówkę z krówkami o smaku toffi.
Wtedy z moich oczu opadły klapki, a w głowie zrodziły się pytania o uczucie łączące tych dwoje. Dotarło do mnie, że "czuły mąż" nigdy w mojej obecności nie wyraził obaw o kondycję fizyczną żony, a jedynie troskę o jedzenie, pod wpływem którego na chwilę znika ssanie w jej żołądku. "Czy tak wygląda miłość?" - pytałam siebie. Czy ktoś, kto kocha, dostarcza ukochanej osobie słodkiej trucizny? Odpowiedzi na te i wiele innych pytań znał wyłącznie Robert. Wezwałam go więc do swojego biura z nadzieją, że moje przeczucia okażą się wyłącznie błądzeniem nadwrażliwej kobiety.
- Panie Robercie, co powiedział psychiatra? - zapytałam tonem nieznoszącym sprzeciwu, wiedząc, że mężczyzna nie musi dzielić się ze mną takimi informacjami.
Nie miałam nawet pewności, czy uczestniczył w wizycie lekarskiej, bo równie dobrze Gabriela mogła wyprosić go za drzwi i zażyczyć sobie rozmowy z doktorem w cztery oczy. Znałam przecież przypadki osób, które nikomu nie udostępniały dokumentacji medycznej, a tym bardziej nie godziły się na cudzą obecność w trakcie intymnej rozmowy z psychiatrą. Intuicja podpowiadała mi jednak, że w tym konkretnym przypadku mąż nie odstępował żony na krok w trakcie wywiadu lekarskiego. Szósty zmysł mnie nie zawiódł.
- Nie powiedział nic szczególnego - bąknął niedbale Robert. - Kazał Gabrysi wziąć się za siebie. Wykluczył depresję.
"Daria znów miała rację", pomyślałam, po czym wróciłam do rozmowy.
- A pan?
- Co ja?
- Rozmawiał pan z żoną na temat jej zdrowia? Motywował do zmiany nawyków żywieniowych, wizyty u dietetyka?
- Żona czuje się dobrze - odparł arogancko.
- Może i dobrze, ale jej ciało woła o pomoc.
- To dorosła kobieta. Wie, czego chce… A pani próbuje coś jej wmówić. Podejrzewałem, że nic od was nie dostaniemy. Pijakom to dajecie forsę, ale uczciwym ludziom już nic się nie należy. Najwyraźniej w tym kraju trzeba być alkoholikiem albo matką siódemki dzieci, żeby zasłużyć na wsparcie. Trudno… Zrobię wszystko, żeby Gabrysia nie głodowała.
- Czy to jakiś żart? - zapytałam z niedowierzaniem.
- A co sobie pani myślała? Stanę na głowie, żeby zdobyć jedzenie dla Gabi. Mam parę kredytów, ale jakoś podołam wszystkiemu bez waszej pomocy.
- Jeśli pana żona nie zadba o siebie, to za jakiś czas będzie ją pan odwiedzał na cmentarzu - wypaliłam bez namysłu. Nie zdążyłam ugryźć się w język.
- Niech się pani lepiej zajmie tymi pijaczkami. Moja żona jest najpiękniejszą kobietą na świecie. Ma kobiece kształty. Nikt i nic tego nie zmieni. Jak zabraknie jej sił, to będzie mogła na mnie liczyć. Lubię o nią dbać. Jak czuje się gorzej, to ją karmię. Nie dam jej zrobić krzywdy.
Wiedziałam, że gdzieś na świecie byli mężczyźni, którzy tak jak Robert uwielbiali fałdki na kobiecym ciele. Oglądałam nawet program dokumentalny na ten temat. Nie sądziłam jednak, że kiedykolwiek poznam osobiście feedersa i jego ofiarę. W jednej chwili dotarło do mnie, że Robert nie zamierzał zmieniać ukochanej, bo pociągał go jej oversize’owy wizerunek. Podniecała go kobieta, która z racjonalnego punktu widzenia zasługiwała na szczere współczucie i prędką pomoc. Niestety u boku Roberta nie miała najmniejszych szans na wyjście z patowej sytuacji.
Gabriela nie odnalazła w sobie siły do walki z kilogramami, choć ośrodek pomocy społecznej zagwarantował jej wsparcie w mozolnym procesie przemiany. Toksyczne uczucie do Roberta okazało się silniejsze od miłości własnej, którą ukryła skrupulatnie za cielesną zasłoną. Kilka dni po mojej rozmowie z Robertem zatelefonowała do biura i poprosiła, żebym dała jej święty spokój. Powiedziała, że nie życzy sobie dalszych wizyt, a ja musiałam z pokorą przyjąć to do wiadomości. Zapewniłam ją tylko, że jeśli tylko zmieni zdanie i zechce zawalczyć o siebie, to będę gotowa ją wesprzeć. W odpowiedzi usłyszałam, że nigdy nie wyciągnie do mnie ręki po pomoc, chyba że zaoferuję jej coś do jedzenia.
Posłuchaj: