"Zostaną kupy gruzu". Jeśli Putin zaatakuje Polskę, spuści na nas deszcz dronów
Jak wygląda wojna dronów i czy może wybuchnąć w Polsce? W tokfm.pl opowiada o tym Sebastian Kuczyński, który w Ukrainie był operatorem bezzałogowców. - Ich odgłos jest przerażający. Zwłaszcza gdy narasta i przypomina gwizd. Wtedy już wiem, że zostało mi kilka-kilkanaście sekund. Mogę próbować się schować, ale co najwyżej odroczę wyrok śmierci - opisuje.
Podsumowujemy rok 2025 w tokfm.pl. Dlatego przypominamy nasze najlepsze artykuły z minionych dwunastu miesięcy. Oto jeden z nich. Pierwsza publikacja artykułu miała miejsce w maju 2025 roku.
- Rozmówca tokfm.pl nie ma złudzeń, że gdyby wojna dotarła do Polski, tutejsze niebo zaroiłoby się od rosyjskich dronów. Czy jesteśmy na to przygotowani?
- "To był jeden wielki szok" - wspomina swój pierwszy tydzień na wojnie w Ukrainie";
- "Na froncie żołnierz przeciwnika jest po to, żeby mnie zabić - mówi Sebastian Kuczyński.
- Opiszę, jak wyglądało moje pierwsze zabójstwo, a raczej likwidacja przeciwnika. Dostałem obraz z drona obserwacyjnego, który zawisł nad hałdą górniczą w Donbasie. Rosjanie wykopali w niej dziurę i tam się skryli. Podleciałem dronem bojowym, opuściłem go i wycelowałem. Akurat wtedy sygnał z anteny się zerwał i straciłem obraz. Ale mój dron leciał już do tej jamy po ścieżce, którą mu wskazałem. Po chwili usłyszałem eksplozję. Nie wiedziałem, jaki był jej efekt - wspomina Sebastian Kuczyński.
Dopiero wieczorem, gdy dotarł do bazy, usłyszał od ukraińskiego oficera, co ten podsłuchał przez radio. Okazało się, że po ataku Rosjanie wzywali posiłki do ewakuacji rannego. Drugi już nie żył.
- Jego śmierci nie widziałem, ale potem byli kolejni. Obserwowałem ich strach i cierpienie. To drastyczne sceny, bo latanie dronami bojowymi to nie jest gra komputerowa. Podczepialiśmy do nich duże ładunki wybuchowe, które mocno kaleczyły Rosjan albo wręcz rozrywały ich na strzępy. Fragmenty ciał latały na prawo i lewo. Ale nie miałem litości. Na froncie żołnierz przeciwnika jest po to, żeby mnie zabić. Jedyną metodą, by go powstrzymać, jest jego likwidacja. To prosty wybór: zginie on albo ja - mówi.
Twierdzi, że po powrocie do Polski nie śnią mu się koszmary z frontu wojny w Ukrainie. Nie ma też poczucia winy z powodu zabijania ludzi. - Każdy rosyjski żołnierz, którego zlikwidowałem w Donbasie, to o jeden mniej z tych, którzy mogą napaść na Polskę. Jeśli to zrobią, pewnie zaczną od Podlasia, na którym mieszkam. Będą tutaj zabijać, plądrować i gwałcić. Likwidując ich w Ukrainie, chroniłem swój dom. Po to tam pojechałem - opowiada operator dronów, który walczył na froncie w latach 2023-24.
Polski snajper "przesiadł się" na drony. "To wojna na sterydach"
Wcześniej przez sześć lat służył jako strzelec wyborowy i snajper w 1. Podlaskiej Brygadzie Obrony Terytorialnej. Mówi, że musiał się z nią rozstać, bo tylko tak mógł dostać pozwolenie MON na podpisanie kontraktu z armią Ukrainy. - Uznałem, że ta wojna jest też moja. Dopóki siły Rosjan są tam wiązane, nie dotrą do Polski. Ruszyłem do walki również po to, by zdobywać doświadczenie bojowe na wypadek wybuchu konfliktu w naszym kraju - tłumaczy Sebastian Kuczyński.
- A pieniądze były ważne? - pytam.
- Za pełny miesiąc walki na froncie dostawałem w przeliczeniu ok. 12 tys. zł. To nie jest wystarczająca zachęta, gdy w grę wchodzi ryzyko utraty ręki, nogi, oka, a nawet życia. W takiej sytuacji pieniądz traci na wartości i nie jest żadną motywacją. Zwłaszcza że jestem informatykiem i taką kwotę mogę zarobić w Polsce - podkreśla.
Jak dodaje, dostał przydział do 24. Samodzielnej Brygady Zmechanizowanej ze Lwowa. Szybko się jednak okazało, że na froncie nie ma dla niego roboty jako snajpera. - Gdy jesienią 2023 roku posłali mnie pod Toreck, artyleria i ciężki sprzęt przegnała już dużą część żołnierzy "pod ziemię", czyli do okopów i bunkrów. Ciężko ich dosięgnąć ogniem z karabinu snajperskiego. Za to do akcji masowo weszły drony. Wielu snajperów musiało się na nie przesiąść. Taki dron ma o wiele większy zasięg (do 10 km) niż karabin snajperski (1-2 km) i w dodatku może atakować z góry, czyli tych pochowanych żołnierzy. Jest też bardzo precyzyjny. To wojna na sterydach - opisuje mój rozmówca.
"Wielki szok" na wojnie. "Byłem jak pionek do strącenia z planszy"
Sebastian Kuczyński mógł sprawnie "przesiąść się" na drony, bo w Polsce był instruktorem ich latania. Na początku problemem było jednak jego oszołomienie wojną. - To był jeden wielki szok - wspomina swój pierwszy tydzień. Znał ją tylko z relacji medialnych, książek i filmów. Wyobrażenia, jakie z nich wyniósł, nie wytrzymały zderzenia z rzeczywistością na froncie.
- Co prawda byłem żołnierzem Wojska Polskiego, ale nie miałem doświadczenia bojowego. Przecież na żadnych ćwiczeniach nie strzelaliśmy do siebie ostrymi pociskami. A w Ukrainie nagle stałem się ich celem. Czułem się jak pionek, którego ktoś próbuje strącić z planszy - opisuje.
Nie umiał jeszcze rozpoznawać odgłosów wojny, które mogą zapowiadać śmierć. - Gdy stajemy na drodze i zamykamy oczy, to potrafimy określić, z której strony nadjeżdża samochód. Przewidujemy, czy to osobówka, czy ciężarówka. Wiemy, czy zbliża się szybko, bo już nieraz byliśmy na drodze i nasze mózgi pobrały stamtąd próbki dźwięków, jakie wydają auta. A świsty nadlatujących pocisków były dla mnie nowością. Miałem przez to wrażenie ogromnego chaosu - przyznaje.
Był w nim bezradny, dopóki nie oswoił świstów. Musiał nauczyć się odróżniać, skąd i co nadlatuje. Czy to artyleria, moździerz, a może dron? Wali wprost na niego czy przemknie mu nad głową? Gdy jego umysł już nauczył się to rozpoznawać, odruchowo podejmował decyzję: chować się, uciekać, czy zignorować dźwięk.
Ten "przerażający" odgłos oznaczał wyrok śmierci
Mówi, że dźwięk wydawany przez wirniki dronów jest przerażający. Zwłaszcza gdy narasta i przypomina gwizd. - Wtedy już wiem, że zawisł nade mną. Jego operator mnie wypatrzył i wydał wyrok śmierci. Zostało mi kilka-kilkanaście sekund. Mogę próbować schować się do jakiejś jamy w ziemi albo za drzewa. Ale co najwyżej odroczę wyrok. Droniarz zaczeka, aż się wychylę i uderzy. Nie da się tak prosto uciec przed bezzałogowcem. Inaczej jest z pociskami artylerii: słychać świst, a potem eksplozję. Zaraz po niej wszystko jest jasne. Jeśli przeżyłem i odłamki mocno mnie nie poraniły, to mogę wstać, otrzepać się i pójść dalej - opisuje.
Kiedyś stał się celem, gdy musiał wyjść z ukrycia. Jego dron właśnie wrócił z misji i trzeba było zabrać go z przedpola, by wymienić mu baterie. Sebastian Kuczyński nie mógł wyjść w mundurze, bo nad całą okolicą frontu wisiały obserwacyjne bezzałogowce Rosjan. Gdyby go wypatrzyli, posłaliby na niego dron uderzeniowy albo pocisk artyleryjski.
- Miałem pod ręką jakąś starą sukienkę i chustę, które wcześniej znalazłem w pobliskim domu. Bo front w Donbasie biegnie w pobliżu takich zabudowań. Przebrałem się więc za staruszkę i wyszedłem przed nasze pozycje. Od razu nadleciał rosyjski dron. Szybko schowałem się w krzakach, które były jedyną osłoną w tym miejscu. Oczywiście, nic by mi nie dała. Byłem całkowicie bezbronny i bezradny. Spodziewałem się, że operator wykona na mnie wyrok. Ale on tylko pokręcił się nade mną i odleciał. Widocznie uwierzył, że jestem staruszką - wspomina.
Jak dodaje, aby ustrzec się przed atakiem wrogiego drona, można przypinać sobie do ubrania tzw. cukierki. To rodzaj niewielkiego radia, który zmieści się w dłoni. Wykrywa sygnał emitowany przez nadlatujący bezzałogowiec, a następnie przed nim ostrzega za pomocą specjalnego dźwięku.
- Są jeszcze zagłuszarki, które emitują fale radiowe na częstotliwościach, jakich używają operatorzy po drugiej stronie frontu. Można w ten sposób zakłócać sterowanie dronami i doprowadzić do tego, że spadają na ziemię. Ale tu jest ciągły wyścig: my namierzamy ich częstotliwości, a oni je potem zmieniają, i tak w kółko - opisuje mój rozmówca.
Był jak kret schowany pod ziemią. Nad nim niebo pełne dronów
Jako operator dronów był jak kret schowany pod ziemią, np. w piwnicach domów albo wykopanych przez siebie jamach. - Bierzesz łopatę i po prostu ryjesz. Jakimś drewnem umacniasz strop, żeby nie zawalił się na głowę. Korytarz wejściowy trzeba zakręcić raz w prawo, raz w lewo, by utrudnić wlot dronowi przeciwnika - mówi Sebastian Kuczyński.
Kryjówka ma być zlokalizowana do kilometra od "zera", czyli pierwszej linii frontu. Nie dalej, bo zasięg dronów ogranicza czas pracy baterii. Gdyby operator przyczaił się dalej, akumulatory padłyby, zanim bezzałogowce zajrzałyby w głąb pozycji wroga. - Prąd to jest krew tej wojny. Bez niego nie działają drony, środki łączności, starlinki ani tablety do obserwowania przedpola. Wyjeżdżając na front w nocy, zabierasz cały ten sprzęt, ale też agregaty, stacje ładowania i baterie. Inaczej byłbyś ślepy i bezradny - podkreśla.
Jak dodaje, pozycje wroga rozciągają się przez kilka kilometrów za "zerem". To stanowiska artylerii, żołnierzy piechoty, droniarzy, punkty dowodzenia i składy amunicji. Podobnie wygląda to po drugiej - ukraińskiej - stronie. Nad całym tym obszarem niebo pełne jest dronów. - Dzięki temu front jest prawie "przezroczysty" na głębokości 15-20 km - tłumaczy mój rozmówca.
Drony kamikadze i "bombery". "Konie roboczy tej wojny"
Drony są stale ulepszane i pojawiają się coraz to nowsze ich rodzaje. Sebastian Kuczyński skupia się jednak na tych o nazwie FPV (First Person View). - To koń roboczy tej wojny. Wlatuje na pozycje przeciwnika, a operator czuje się, jakby był na pokładzie samolotu. Wszystko dlatego, że ma na oczach gogle, a w nich obraz na żywo z kamery bezzałogowca. Jeśli leci dronem kamikadze, po prostu wlatuje w cel. Następuje detonacja ładunku wybuchowego, który jest podczepiony pod kadłub. Obiekt wroga i sam dron ulegają zniszczeniu - opisuje.
Drugi typ drona FPV to tzw. bomber. Leci nad cel, zrzuca ładunek wybuchowy, a potem wraca do kryjówki operatora. Ten wymienia mu baterię, podpina kolejną bombę i posyła na następną misję. - To bardzo precyzyjna broń. Nieraz zniżałem się nim na wysokość metra i potrafiłem wycelować w środek komina domu, w którym chowali się rosyjscy żołnierze. To może być też dziura w dachu albo jakaś szczelina w bunkrze - stwierdza.
Celem bywa też grupa rosyjskich żołnierzy, która ukrywa się między drzewami. Uderza w nich dron kamikadze albo bomber z ładunkiem odłamkowym. - Wystarczy to zrzucić kilka metrów od wroga, by odłamki po eksplozji go dosięgnęły - opowiada mój rozmówca.
Tani dron może zniszczyć czołg za miliony dolarów. "Siła tej broni"
Sebastian Kuczyński zwraca uwagę, że drony produkuje się masowo, bo ich koszt jest niewielki, a szkolenie operatorów trwa stosunkowo krótko. - To kwestia najwyżej trzech tygodni. Gdy już umiesz latać, to maszynką za kilka tysięcy złotych możesz zniszczyć czołg za miliony dolarów. To siła tej broni, dlatego na froncie dochodzi do rzezi broni pancernej - podkreśla.
Jak dodaje, do dronów podczepia się ładunki kumulacyjne, które mogą przebić pancerz wozów piechoty czy czołgów. - Te ostatnie są przeznaczone do walki frontalnej, dlatego wzmocniono ich pancerz z przodu. Dron FPV może jednak je oblecieć i uderzyć z tyłu czy z boku, gdzie pancerz jest o wiele cieńszy. To nowość tej wojny. Dlatego teraz Rosjanie posyłają na front o wiele mniej czołgów. Takie kolosy ciężko jest ukryć przed dronami. Żołnierze Putina nie jeżdżą już też długimi kolumnami, jak to robili w pierwszej fazie pełnoskalowej wojny. Byliby zbyt łatwym celem - twierdzi.
Jak przygotować się do wojny dronów? "Nie wystarczy kupowanie gwiazd śmierci"
Operator dronów nie ma złudzeń, że gdyby wojna dotarła do Polski, tutejsze niebo zaroiłoby się od rosyjskich dronów. - To teraz ich standardowe uzbrojenie. Nie traktują go jako namiastki drogiego sprzętu. Produkują je masowo i szkolą mnóstwo operatorów - stwierdza.
Zwraca uwagę, że w wojnie dronów nie tylko masowo giną wojskowi, lecz także cywile. Takie ataki prowadzą do totalnego zniszczenia miast, miasteczek i wsi. - Wystarczy spojrzeć, jak wyglądają miejscowości w Ukrainie, przez które przeszedł front. Wielkie kupy gruzu i wypalone ściany z dziurami po oknach. Po prostu zgliszcza. Myślę, że to samo spotkałoby miasta po naszej stronie granicy, gdyby dotarli tutaj Rosjanie - ocenia.
Dlatego - jak dodaje - Polska powinna przygotować się na wojnę dronów. A jego zdaniem dzieje się to w niedostatecznym stopniu. - Koncentrujemy się na zakupach drogiego i nowoczesnego sprzętu, od artylerii po lotnictwo, czyli takich gwiazdach śmierci, a drony traktujemy jako element biedawojny. To niedocenianie przeciwnika. Nie ma się co uspokajać, że jak uzbroimy się w nowoczesny sprzęt, to odstraszymy wroga i nic nam nie grozi. To chowanie głowy w piasek i usypianie swojej czujności - podsumowuje mój rozmówca.
Źródło: TOK FM