Tak rząd wyłożył się na pomocy powodzianom. "Nie wiem, jak mogło dojść do takiego partactwa"
W ubiegłym tygodniu media doniosły, że dwa miesiące po powodzi poszkodowani nie otrzymali obiecanych zasiłków w wysokości do 200 tys. złotych na odbudowę swoich domów. Pieniądze te osobiście obiecywali powodzianom premier Donald Tusk i specjalnie powołany przez niego pełnomocnik ds. odbudowy po powodzi Marcin Kierwiński.
Z kolei zdaniem posła PiS Pawła Szefernakera nikt z powodzian nawet nie ma szans na otrzymanie całego zasiłku remontowo-budowlanego.
Dlaczego PiS postawił na Nawrockiego? To ich może przyciągnąć młody historyk i bokser
- Mówienie o 100 tysiącach złotych i 200 tysiącach złotych to kolejne kłamstwo tego rządu. W procedurze szacowania strat 15 proc. zarezerwowano na zniszczenie dachu i 20 procent na zniszczenie stropów, a przecież zalane w powodzi domy najczęściej mają nienaruszone dachy i stropy, co powoduje, że maksymalnie można mieć stratę na poziomie 65 procent - twierdzi.
To nie wszystko, co mamy dla Ciebie w TOK FM Premium. Spróbuj, posłuchaj i skorzystaj ze specjalnej oferty. Wejdź tutaj, by znaleźć szczegóły >>
"Nie mam pojęcia, jakim cudem mogło dojść do takiego partactwa"
- Mnie zatkało po prostu. Dlatego, że po pierwsze oni tych pieniędzy nie dostali. A po drugie, nawet jak je w końcu dostaną, to nie będą to takie kwoty, o jakich mówiono - skomentował w podcaście 'Sabat symetrystów' w TOK FM Grzegorz Sroczyński.
Wtórowała mu Dominika Sitnicka z oko.press. - Mnie szokuje też taki drobny szczegół z tego obrazka - że te kwoty na remonty muszą być wydatkowane do końca grudnia tego roku. No przepraszam, ale ktokolwiek kto ma pojęcie o tym, jakie są możliwości zorganizowania ekipy remontowej wie, że to jest po prostu niewykonalne. Nie mam zielonego pojęcia, jakim cudem w ogóle mogło dojść do takiego partactwa w tym przypadku - powiedziała publicystka.
Pojechałem na weekend do Lądka-Zdroju. Ludzie snują się po mieście jak duchy
Powodzianie wciąż nie dostali pieniędzy. "W głowie się nie mieści"
To, że tempo wypłat pomocy dla osób dotkniętych powodzią jest niesatysfakcjonujące przyznał w poniedziałek w Radiu RMF24 sam Kierwiński. Tłumaczył także, że wypłatę spowalniają procedury, które jednak od trzech tygodni są upraszczane. - Do drugiej ustawy powodziowej wprowadzimy rozwiązania, które mogą przyspieszyć ten proces, np. wprowadzenie możliwości wypłat zaliczkowych - powiedział minister. Nowelizacja ustawy przeszła przez Sejm w czwartek.
Jak zauważyła Sitnicka, znowu jednak rząd reaguje dopiero wtedy, kiedy afera już wybuchła. - Widać, że nie było tutaj wczesnego reagowania na takim etapie, że mieli sygnały od urzędników, a pewnie mieli je już kilka tygodni temu. Dopiero jak to się przewaliło przez media - podkreśliła.
Zdaniem Sroczyńskiego pewnie wszystko skończy się dobrze - ludzie dostaną te pieniądze. - Ale w głowie się nie mieści, że państwo może zrobić wszystko, łącznie z powołaniem dobrze umocowanego partyjnie pełnomocnika, bo Kierwiński jest ważną osobą w Platformie, który ma to ogarnąć. Czyli de facto jest tak, że telefon Kierwińskiego do jakiegoś urzędu, do jakiegoś wojewody to nie jest telefon Ryszarda Petru, tylko to jest telefon prawie od samego Tuska. A i tak to nie działa. Ja tego nie rozumiem - oburzał się publicysta.
Powodzianie szykują pozew zbiorowy. Wypominają Tuskowi jedno zdanie
Z kolei Galopujący Major tłumaczył to słabą jakością administracji. - Rozumiem powodzian, oni chcą dostać te pieniądze jak najszybciej i to powoduje, że rząd się na tym wyłożył - na złej jakości administracji. Moim zdaniem bardzo dużą wadą tej władzy jest to, że ma stosunkowo słabe kadry. O tym się nie mówi, ale to zaczyna wychodzić przy każdych kolejnych kwestiach. To wcale nie jest tak, że to są jacyś światli ludzie, którzy przyszli na miejsce tych źle zarządzających PiS-owców. Jakościowo to nie jest dobra władza - podsumował rozmówca Grzegorza Sroczyńskiego w 'Sabacie symetrystów'.