"Pytają, dlaczego była cicho". Szokujące wnioski po badaniach o przestępstwie zgwałcenia
Dr Dominika Czerniak jest prawniczką, adiunktą w Katedrze Postępowania Karnego na Wydziale Prawa, Administracji i Ekonomii Uniwersytetu Wrocławskiego. W swojej pracy naukowej bada m.in. problem przemocy seksualnej. W ramach konkursu Miniatura 7 Narodowego Centrum Nauki uzyskała grant na przeprowadzenie wstępnych badań nad 'Modelem postępowania w sprawach o przestępstwa seksualne'. Chodziło o przebadanie sądowych akt w sprawach dotyczących przestępstwa zgwałcenia i sprawdzenie, jak poszczególne sądy definiują zgwałcenie, jakie dowody przeprowadzane są w toku postępowania, co zeznają świadkowie i na jaką okoliczność są powoływani oraz jaka jest taktyka obrony w sprawach o przemoc seksualną.
Przestępstwo zgwałcenia. Ile spraw trafia do sądu?
Z danych zebranych przez dr Czerniak wynika, że w latach 2015-2022 w prokuraturach w całym kraju było ok. 25,5 tysiąca takich postępowań, z czego ostatecznie do sądów trafiła jedna czwarta. Pozostałe nie trafiły przede wszystkim z uwagi na ''brak danych dostatecznie uzasadniających fakt popełnienia przestępstwa" czy ''brak znamion czynu zabronionego''.
- Oczywiście to jest średnia. Są jednostki, w których w sądzie kończy się większy odsetek takich spraw, a są i takie, w których ten odsetek jest mniejszy. Najmniej było w Prokuraturze Okręgowej w Krakowie - tylko 17,14 proc., w Gdańsku - 18,40 proc. czy w Prokuraturze Okręgowej w Warszawie - 18,43 proc. Z kolei powyżej średniej, za którą przyjęłam 22-27 proc. spraw, mamy przykład Zamościa, gdzie do sądu trafiło 36,4 proc. czy Lublina - 34 proc. - mówi dr Czerniak.
Zmiana definicji gwałtu. Sejm przegłosował nowelizację Kodeksu karnego
Naukowczyni z Wrocławia przeczytała akta w 147 sprawach z okręgu wrocławskiego, ale też gdańskiego, białostockiego, łódzkiego i lubelskiego. - Swoim badaniem chciałam objąć różne tradycje proceduralne. Poza tym są duże "regionalizmy" w tego typu postępowaniach odnoszące się m.in. do momentu przedstawienia zarzutów - w części spraw w jednym z okręgów zarzuty stawiano osobie podejrzanej dopiero tuż przed skierowaniem sprawy do sądu. Ale chodzi też o dopuszczenie obrońcy w przesłuchaniu pokrzywdzonej czy o powtarzanie przesłuchania pokrzywdzonej na rozprawie. Temu też chciałam się przyjrzeć - wyjaśnia w rozmowie z TOK FM.
Swoje badania już zakończyła. Na ich dokładną analizę i raport trzeba będzie trochę poczekać, ale o pierwszych wnioskach i działaniach sądów już można co nieco powiedzieć.
Przerzucanie odpowiedzialności na kobietę
Badania dr Czerniak potwierdzają to, na co często zwracają uwagę eksperci - że ofiarę gwałtu pyta się, jak była ubrana i "dlaczego tak wyzywająco". - Pytanie o ubiór ofiary w sprawach, które przeanalizowałam, pada nagminnie podczas przesłuchań. Częste jest również dopytywanie, czy kobieta nie była w sprawcy zakochana i czy go nie prowokowała. Zdarzają się także pytania o to, jakie buty miała pokrzywdzona, czy brała tabletki antykoncepcyjne, a także czy używa tamponów - mówi gościni TOK FM.
- Przykładowo - w jednej ze spraw mogłam przeczytać, że "ofiara nie zachowywała się jak typowa ofiara zgwałcenia, bo podczas przesłuchania "nie przejawiała żadnych emocji, nie uroniła łzy, była pod wpływem alkoholu i działała z chęci uzyskania korzyści majątkowej". Obrońca sprawcy uzasadniał, że pokrzywdzona jest osobą młodą, ale była już wcześniej "zdeprawowana", ponieważ - będąc osobą pełnoletnią - uprawiała seks z obecnym partnerem. I to miało mieć kluczowe znaczenie. Poza tym, zdaniem obrońcy, poszła do klubu, a "do klubu chodzi się w określonym celu". To jest dość częste przerzucanie odpowiedzialności za zgwałcenie na kobietę. Mówienie, że to ona w jakiś sposób doprowadziła do sytuacji, w jakiej się znalazła. Takie podejście to pokłosie stereotypów, które mamy w głowach - tłumaczy dr Czerniak.
Szokujące słowa posła o gwałcie. 'Zemsta mściwych kobiet'
Z akt, które przeanalizowała prawniczka, wynika też, że postępowanie dowodowe koncentruje się na zachowaniu ofiary. Co więcej - zdarzają się sprawy, w których próbuje się dowodzić ''moralności'' lub ''niemoralności'' kobiety, np. pytając o dziewictwo, posiadanie konta w aplikacjach randkowych czy częstotliwość spożywania alkoholu.
W innych sprawach kobieta mogła się czuć winna tego, że nie krzyczała. - Bo na przykład pada pytanie, dlaczego była cicho, skoro okno było otwarte i na pewno ktoś by usłyszał jej wołanie o pomoc. Tymczasem, w sytuacjach traumatycznych reagujemy przecież bardzo różnie. Są osoby, które nie mogą wydobyć z siebie słowa i nie są w stanie tego wytłumaczyć. Poza tym krzyk nie jest i nie powinien być argumentem, czy do zgwałcenia doszło, czy też nie - mówi prawniczka.
Nieprecyzyjne przepisy
Nasza rozmówczyni zwraca uwagę, że dziś - gdy przepisy są nieprecyzyjne - w przypadku gwałtów w rodzinie, kazirodczych, zdarza się, że prokuratura bardzo często kwalifikuje to jako dobrowolne relacje seksualne - tylko dlatego, że nie można było wykazać, że do obcowania płciowego doszło z użyciem przemocy czy groźby. Ale nie zawsze tak jest. - W jednej z takich spraw sąd bardzo ładnie się do tego odniósł. Wprost zwrócił prokuratorom uwagę na to, że "jak wynika z zeznań pokrzywdzonej, nie wyrażała ona zgody na kontakty seksualne z synem". Kobieta była gwałcona przez syna, ale prokurator nie dopatrzył się przestępstwa zgwałcenia, bo nie miała widocznych śladów przemocy. Tymczasem kobieta nie była w stanie się aktywnie bronić przed przemocą seksualną, a przemoc w tej sprawie była na porządku dziennym. Zdaniem prokuratury, nie można było oddzielić przemocy w ramach znęcania się od przemocy ''w celu doprowadzenia do obcowania płciowego''. Natomiast - co trzeba podkreślić - sąd zanegował taki tok rozumowania prokuratora i finalnie oskarżony został skazany za zgwałcenie kazirodcze - mówi dr Czerniak.
Dlatego, jak dodaje, tak ważna jest zmiana przepisów i precyzyjne określenie, że tylko "tak" oznacza zgodę na seks. - Ważne jest nie to, jak doszło do obcowania płciowego bez zgody drugiej osoby - czyli jak doprowadzono do obcowania płciowego, czy jak wykorzystano bezradność osoby - ale że w ogóle do tego obcowania płciowego bez zgody doszło - podkreśla gościni TOK FM.
Rosję Putina zalewa fala mordów i gwałtów. 'To bomba z opóźnionym zapłonem'
- W wielu sprawach pojawia się też inny mit - sądy argumentują, że nie doszło do zgwałcenia, bo nie było obrażeń narządów wewnętrznych. A przecież trzeba oddzielić biologiczną reakcję organizmu od tego, czy ktoś chce seksu, czy nie. Obrażenia np. narządów rodnych zdarzają się w przypadku bardzo brutalnych działań sprawcy. Natomiast to nie jest przecież tak, że kobieta jest w stanie kontrolować, jak zareaguje jej organizm albo dążyć do tego, by mieć jak najpoważniejsze obrażenia, by potem móc użyć tego w sądzie jako argument - dodaje dr Czerniak.
W jednej ze spraw, kiedy kobieta zmarła, sprawca nie został skazany za zgwałcenie, ale za wykorzystanie jej bezradności. Bo sąd uznał, że skoro była pod wpływem alkoholu i sama się wprawiła w ten stan bezradności, to nie było przemocy w ''doprowadzeniu do obcowania płciowego'', a oskarżony ''jedynie" wykorzystał ten stan. - A to, że - mówiąc brutalnie i wprost - wpychał jej różne przedmioty do narządów rodnych, przebił jedną z tętnic, w wyniku czego dziewczyna się wykrwawiła i zmarła - zdaniem sądu - nie było zgwałcenie. I sąd miał rację - na podstawie obecnie obowiązujących przepisów do zgwałcenia w rozumieniu
art. 197 § 1 Kodeksu karnego nie doszło - mówi nasza gościni.
Z kolei w innej ze spraw sąd uznał, że jeśli 16-latka poszła do mieszkania z mężczyzną, myśląc, że idzie na rozmowę o pracę, to powinna wiedzieć, że idzie na seks. Że mogła się zorientować, że mieszkanie, do którego ją zaproszono, nie jest pomieszczeniem biurowym, bo nie było w nim biurka czy segregatorów z dokumentami - stały za to dwa tapczany na wzór dużego łóżka. - To wskazuje, że sądy zakładają jakiś model idealnej ofiary czy przekładają własne doświadczenie życiowe na stan wiedzy, świadomości i doświadczenia życiowego np. nastolatków. W mojej ocenie to kompletnie błędne założenie - przekonuje naukowczyni.
Zmiana prawa jest konieczna
Dr Dominika Czerniak jest jedną z osób, które zwróciły uwagę na to, że
uchwalona przez Sejm zmiana przepisów w sprawie gwałtów - tak naprawdę niewiele zmienia. Dostrzegł to Senat, po głosach ekspertów, i ma próbować przyjęte przez sejm przepisy zmienić.
- Dla mnie kluczowe jest, aby przepisy, oparte na koncepcji tzw. czystej zgody minimalizowały możliwość przerzucania odpowiedzialności za zgwałcenie ze sprawcy na ofiarę. By nie można było dalej stawiać zarzutów, że kobieta nie krzyczała, albo była "źle ubrana", albo że kogoś prowokowała, albo nie przewidziała, co może ją spotkać w klubie, i tak dalej - mówi dr Czerniak.
I przypomina, że jeśli przepis nie będzie precyzyjny, to "nikt nie może narzucić sądowi rozumienia przepisu i jedynej słusznej wykładni, jeśli jego językowe brzmienie daje więcej niż jedną możliwość interpretacji". - A brzmienie przepisu, które zaproponowano w uchwalonej przez Sejm ustawie, daje naprawdę wiele możliwości, przy czym żadna z nich nie jest implementacją
konwencji stambulskiej . A o to przecież chodziło w pierwotnym uzasadnieniu tego projektu - dodaje w rozmowie z TOK FM dr Dominika Czerniak.