Poprosili o pomoc i stracili dzieci. Rodzina zastępcza w systemowej pułapce
Piotr i Paweł mają 13 lat. Mieli cztery lata, gdy trafili z domu dziecka do rodziny zastępczej. Tam mieszkali prawie siedem lat. Biologicznych rodziców prawie nie pamiętają. I nie chcą pamiętać. Półtora roku temu, decyzją sądu, w asyście policji zostali zabrani z rodziny zastępczej. Przedłużające się procedury sprawiły, że są w złym stanie psychicznym. Jeden z nich jest teraz w szpitalu psychiatrycznym, miał nasilone myśli samobójcze. Chłopcy marzą, żeby wrócić do jedynego domu, jaki znają - do rodziny zastępczej. Do mamy i taty. Na zawsze.
"Nie wiedzieliśmy już, co robić"
- Odebrali nam dzieci, bo poprosiliśmy o pomoc. Nie wiedzieliśmy już, co robić, potrzebowaliśmy wsparcia. Potrzebowaliśmy rozmowy, zrozumienia i akceptacji. Nasza historia pokazuje, że rodziny zastępcze nie mogą liczyć na takie wsparcie - mówi Sabina Pałys-Pilszak.
Choć Piotr i Paweł przez siedem lat mieszkali w domu państwa Pilszaków, przez cały ten czas sądy nie uregulowały sytuacji prawnej chłopców. Choć według prawa mają na to 18 miesięcy. Bracia mówią, że w tym domu mieli mamę i tatę. Według sądu jednak, ani dzieci, ani rodzice zastępczy nie powinni traktować się jak rodzina, bo w istocie są obcymi dla siebie ludźmi. - Od urzędników wiele razy słyszeliśmy, że to są państwowe dzieci - mówi Maciej Pilszak.
'Siedzimy na tykającej bombie'. Kilkaset dzieci w Polsce w niebezpieczeństwie
W styczniu 2023 roku sąd rodzinny w Środzie Śląskiej na Dolnym Śląsku z urzędu wszczął postępowanie i wydał decyzję o zabezpieczeniu dzieci, czyli odebraniu ich z domu państwa Pilszaków. - Pamiętamy ten dzień, każdą jego sekundę, choć wolelibyśmy nie pamiętać. W asyście policji chłopcy zostali zabrani do innej rodziny zastępczej. Nasz świat runął - mówi Sabina Pałys-Pilszak.
Sąd: Rodzice nie sprostali
Ta historia jest bardzo skomplikowana. Podkreślił to nawet sąd rejonowy w Środzie Śląskiej, uzasadniając rozwiązanie rodziny zastępczej prowadzonej przez Sabinę Pałys-Pilszak i Macieja Pilszaka. W ocenie sądu "rodzice zastępczy nie sprostali nałożonym na nich obowiązkom. Nie traktowali małoletnich w sposób sprzyjający poczuciu godności i wartości osobowej i nie są w stanie odpowiednio zaspokoić potrzeb emocjonalnych i rozwojowych dzieci".
Piotr i Paweł mówią, że to nieprawda, że ich rodzice zastępczy nie robili im krzywdy. - Nigdy nie było nam źle u mamy i taty. Oni mają wielkie serca i nas pokochali. Tak, jak my ich. Wszystko zaczęło się od tego, co mój inny brat wygadywał w szkole. Zmyślał. A teraz my musimy płacić za jego kłamstwa - mówi Paweł Starzyński.
Ten inny brat, to O. Chłopiec, którym zaopiekowali się państwo Pilszakowie w ramach pieczy zastępczej. W sumie, po kilku latach opieki nad bliźniakami, rodzice zastępczy w 2018 roku przyjęli do domu trójkę innego rodzeństwa: dwóch chłopców ośmioletniego wówczas O. i dziesięcioletniego N. oraz ich siostrę K. W międzyczasie urodził się też biologiczny syn Pilszaków, Iwo.
Nowe prawo o pieczy zastępczej pełne luk. 'Nie jest tak różowo, jak mogłoby się wydawać'
100 przysiadów
W domu była więc szóstka dzieci. Jak wynika z opowieści państwa Pilszaków, bracia N. i O. sprawiali coraz więcej problemów. Według opiekunów chłopcy nie chcieli współpracować.
Rodzice zastępczy przyznają, że w ramach konsekwencji kazali robić dzieciom przysiady. Pisać wiele razy jakieś zdanie. - My też pisaliśmy, na przykład sto razy "kocham brata, nie będę go bił". Robiliśmy też przysiady, gdy za mocno wariowaliśmy. Ale nawet to lubiliśmy, robiliśmy konkursy, który z nas zrobi ich więcej. Nas to bawiło - opowiada 13-letni dziś Paweł.
Sąd nazwał to opresyjnymi metodami wychowawczymi. Był zaskoczony, że zawodowa rodzina zastępcza nie wie, że to jest rodzaj przemocy.
- Przysiady kazaliśmy im robić, gdy za bardzo wariowali, dla rozładowania napięcia. Nie myśleliśmy o tym w kategorii kary. I już dawno od tego odeszliśmy. Choć wtedy opowiadaliśmy o naszych metodach wychowawczych koordynatorowi, innym rodzinom zastępczym, nikt nam nawet uwagi nie zwrócił, że może to być źle odebrane, że to jest coś złego - mówi Sabina Pałys-Pilszak.
Koniec nowych domów dziecka? Jest zielone światło z rządu dla ustawy o pieczy zastępczej
"Zaczęliśmy się bać"
Piotr i Paweł wspominają, że relacje z pozostałymi chłopcami były coraz trudniejsze. - Bałem się N. Ale O. też nie był lepszy. Bili nas, straszyli - mówi Piotrek.
O strachu mówią też państwo Pilszakowie. - Baliśmy się o dzieci, baliśmy się o siebie. Przestaliśmy spokojnie sypiać - mówi Sabina Pałys-Pilszak.
Maciej Pilszak wspomina, że starsi chłopcy zaczęli przynosić do domu noże. Fascynowali się faszyzmem. - Kiedyś znaleźliśmy u nich zeszyt z zaplanowanym morderstwem nauczycieli w szkole. Z konkretną datą, rysunkami gwałtów i krwi - opowiada Maciej Pilszak.
Do tego dochodziło to, co działo się w szkole. Z jednej strony rodzice zastępczy opowiadają, że czuli, jakby byli pod specjalnym nadzorem. - Tylko nasze dzieci miały codziennie sprawdzane śniadaniówki, zeszyty - opowiada matka zastępcza. Szkoła - wedle relacji rodziców - doniosła do sądu, że jeden z chłopców przyszedł do szkoły bez kurtki. Sytuację komplikować miało to, o czym w szkole opowiadali N. i O. - np. że zadrapania na twarzy jednego z nich to wynik przemocy, że w domu źle się dzieje. Bracia Piotr i Paweł uważają, że N. i O. oczerniali rodziców zastępczych.
Nieoczekiwane skutki 'ustawy Kamilka'. Zalew zgłoszeń i brak miejsc
Z drugiej strony Pilszakowie twierdzą, że dzieci były tam dyskryminowane, nierówno traktowane i stawiane w złym świetle. - Kiedyś nauczycielka postawiła chłopców na środku klasy i powiedziała, że tak wyglądają dzieci z domu dziecka. Nie mogłam się na to zgodzić - mówi Sabina Pałys-Pilszak. - Czułem się tam gorszy, wyśmiewany. Inne dzieci nam dokuczały, bo byliśmy z domu dziecka - wspomina Paweł.
Pilszakowie tłumaczą, że próbowali na początku sami sobie poradzić. Poinformowali sąd, że zabierają dzieci ze szkoły i przenoszą do innej.
Rodziny zastępcze bez wsparcia
Zdaniem ekspertów w systemie pieczy zastępczej za mały nacisk kładzie się na wsparcie rodzin w całym procesie opieki nad dziećmi. Brakuje centrów wsparcia, systemowej superwizji rodzin, konsultacji i pomocy tym rodzinom w trudnych sytuacjach.
Żeby zostać rodziną zastępczą, trzeba przejść trwający 50 godzin kurs. Do tego należy odbyć 10 godzin praktyk w zawodowej rodzinie zastępczej. - To wystarcza na początek. Ale myślę, że trzeba pamiętać, że każde rodzicielstwo, w tym zastępcze, jest niekończącą się podróżą - mówi Anna Krawczak, ekspertka z Interdyscyplinarnego Zespołu Badań nad Dzieciństwem przy Uniwersytecie Warszawskim, która szkoli rodziców zastępczych.
- Jeśli ktoś sobie wyobraża, że po takim szkoleniu będzie skończonym i gotowym rodzicem, to oczywiście się myli. Rodzice zastępczy potrzebują szczególnego wsparcia w całym procesie wychowawczym. Na pewno potrzebują wsparcia merytorycznego: jak radzić sobie z dziećmi z płodowym zespołem alkoholowym ( FAS), dziećmi z traumą i PTSD, czyli zespołem stresu pourazowego. Te dzieci z jakiegoś powodu nie mogą być w swoich rodzinach biologicznych i samo to już jest dla nich ogromnym przeżyciem. Rodziny potrzebują też wsparcia psychologicznego, superwizji, ale też wsparcia społecznego: akceptacji i pracy w grupie - wyjaśnia Krawczak.
Rodzice: Prosiliśmy o pomoc
Państwo Pilszakowie skarżą się, że nie mogli liczyć na takie wsparcie. Poprosili o pomoc sąd, liczyli na wparcie powiatowego centrum pomocy rodzinie. - W swojej bezradności poprosiliśmy w końcu o rozwiązanie pieczy zastępczej z dwójką chłopców O. i N., z którymi trudno nam było sobie poradzić - mówi Maciej Pilszak. Efekt jest taki, że sąd w Środzie Śląskiej odebrał im wszystkie dzieci.
Adwokatka Pilszaków, mecenas Emilia Mądrecka zauważa, że jej klienci napisali do sądu pismo, w ludzkim, zupełnie nieprawniczym języku. W nadziei, że system - w tym przypadku sąd rodzinny - pomoże im w trudnej sytuacji.
PCPR w Środzie Śląskiej odmówił komentarza w tej sprawie.
Po półtorarocznym postępowaniu sąd rodzinny 21 czerwca 2024 roku rozwiązał pieczę zastępczą nad Piotrem i Pawłem prowadzoną przez Sabinę i Macieja Pilszaków. Mecenas Emilia Mądrecka zapowiada odwołanie od tej decyzji. - Pomimo udziału w sprawie prokuratury, moi klienci nie stoją pod żadnym zarzutem prokuratorskim. Nie toczy się żadna sprawa karna, która miałaby być wyrazem orzeczniczego uzasadnienia dla działania sądu opiekuńczego. Chłopcy we wrześniu tego roku skończą 13 lat i potrafią wyartykułować rozsądne życzenia woli i prośby powrotu do domu, które w sposób niehumanitarny są pomijane, a ich kolejne wnioski o wysłuchanie w niebieskim pokoju są, w sposób wadliwy procesowo, oddalane. Oddalono też dwa zażalenia i cztery wnioski o zmianę lub uchylenie decyzji o odebraniu dzieci z domu Pilszaków, co systematycznie doprowadzało do pogorszenia zarówno sytuacji procesowej, jak i zdrowotnej chłopców - wyjaśnia adwokatka.
RPD dołącza do postępowania
W pewnym momencie do postępowania włączyła się Rzeczniczka Praw Dziecka. Najpierw prosiła m.in. o dopuszczenie opinii biegłych na temat stanu psychicznego i fizycznego chłopców. Jednak sąd rejonowy oddalał wnioski. Również prośby chłopców o spotkanie z sądem.
Dopiero po formalnym zażaleniu rzeczniczki, półtora tygodnia temu doszło do przełomu: Sąd Okręgowy we Wrocławiu wysłuchał chłopców i pozwolił, by na ostateczne rozstrzygnięcie sprawy czekali w domu Pilszaków.
Ale to rozwiązanie tymczasowe. Piotr i Paweł cały czas czekać będą na ostateczną decyzję. A tę będzie musiał podjąć sąd drugiej instancji, który będzie rozpatrywał apelację. Dopiero po uprawomocnieniu się decyzji będzie wiadomo, czy chłopcy wrócą do domu, czy zostaną umieszczeni w innej pieczy zastępczej.
W internecie napisała o myślach samobójczych. Sąd zabrał jej syna. 'Nie dali mi się nawet pożegnać'
- Wysyłamy takie życzenie do każdej gwiazdki z nieba. Tak bardzo byśmy chcieli, żeby chłopcy do nas wrócili - mówi Sabina Pałys-Pilszak.
Chłopcy nie marzą o niczym innym. - Chcemy wrócić do domu, do mamy i taty. I żeby nikt nas już stamtąd nie zabrał - mówią jednym głosem Piotr i Paweł.
Telefon zaufania dla dzieci i młodzieży 116 111