Rośnie deficyt w szpitalu Jonschera w Łodzi. Radni obawiają się, że placówka zbankrutuje
W Szpitalu Jonschera w Łodzi jest 10 oddziałów. Dziennie miejsce to odwiedzają setki mieszkańców miasta i nie tylko. - Nikt z nas nie chciałby, aby placówka, która poza szpitalem ma również poradnie, przestała przyjmować pacjentów. Nie wyobrażam sobie takiej sytuacji - mówi pani Anna, 48-letnia łodzianka.
- Korzystam z oddziału rehabilitacyjnego i jest tutaj naprawdę bardzo przyjemnie. Nie rozumiem, dlaczego zagrożony jest byt tej placówki - wtóruje pani Jadwiga, pacjentka szpitala.
Tymczasem Miejskie Centrum Medyczne im. Karola Jonschera w Łodzi wydatkuje nadprogramowo 900 tysięcy złotych miesięcznie. Lokalni politycy przekonują, że jeśli sytuacja ta nie ulegnie zmianie - placówka w końcu upadnie.
Co na to radni?
Podobny problem, zdaniem miejskich radnych, mają też inne placówki medyczne. Dlatego podczas sesji radni miasta przyjęli uchwałę dotyczącą dofinansowania łódzkich szpitali i ogólnej zmiany sposobu finansowania ochrony zdrowia. Skierowali ją do Prezesa Rady Ministrów, a także szefa Narodowego Funduszu Zdrowia i ministra zdrowia. Apel związany jest z podwyżkami płac dla medyków zatrudnionych na umowę o pracę, ogłoszonymi niedawno przez ministra zdrowia.
- Wskazaliśmy, że ustawa o minimalnym wynagrodzeniu w jednostkach medycznych jest potrzebna, ponieważ lekarze i pielęgniarki oczekują wzrostu płac. Istnieje tylko jeden mankament. 145 szpitali w całym kraju będzie musiało dorzucić dodatkowe środki finansowe z własnego budżetu - mówił Michał Olejniczak z Nowej Lewicy, radny Rady Miejskiej w Łodzi.
Radni uważają, że w tej sytuacji Narodowy Fundusz Zdrowia powinien przesłać większe środki finansowe, aby system mógł się bilansować. Usługi medyczne są - w ocenie samorządowców - niedoszacowane, o czym informują również sami lekarze i dyrektorzy placówek. To kolejny powód niespinania się budżetów szpitali. - Do tego dochodzi inflacja. Ceny materiałów medycznych oraz składki ZUS rosną w zawrotnym tempie. Należy się tej sprawie przyjrzeć i zmienić system finansowania szpitali - podkreślał Olejniczak.
Kryzys kadrowy
Z drugiej strony łódzcy radni uważają, że nowe prawo dotyczące podwyżki płac dla lekarzy zatrudnionych na umowę o pracę jest niesprawiedliwe. Podkreślają, że pomija ono pracujących na innych umowach. Przestrzegają, że to może skończyć się brakiem lekarzy różnych specjalizacji w placówkach medycznych.
W szpitalu Jonschera 275 osób jest zatrudnionych na kontrakty i umowy cywilnoprawne. - Tych ludzi podwyżki nie obejmują. Jakie będą tego konsekwencje? - zastanawiał się Bogusław Hubert, radny Koalicji Obywatelskiej. - Na pewno ucierpią na tym pacjenci, którym należy się godziwe leczenie - dodał.
Trudny czas
Radni zwrócili też uwagę na kryzys energetyczny, który - jak mówili - "może spowodować problemy z ogrzewaniem tak dużych powierzchni jak szpitale". - Nie wyobrażam sobie tego, że szpitale obniżą temperaturę do 17 stopni. Nie można oszczędzać na świetle i energii elektrycznej. Te problemy dotkną placówki medyczne w całej Polsce. Rząd nie może kolejny raz zrzucać odpowiedzialności na samorządy. Wprowadzono zmiany, nie pokryto ich środkami finansowymi, a teraz każe się miastom dołożyć brakujące pieniądze - mówił Damian Raczkowski z Nowoczesnej.
Zdaniem łódzkich radnych, jeśli rząd nie zwiększy środków na prowadzenie placówek medycznych i szpitali, będą one po kolei bankrutować.