,
Obserwuj
Mazowieckie

Wpadł w tarapaty, bo powiedział policjantom, że szpitalny SOR to nie strajk kobiet. Jest wyrok sądu

3 min. czytania
28.04.2023 16:59
- Ta sprawa była kompletnie absurdalna i w ogóle nie powinna trafić do sądu - mówi TOK FM mecenas Agata Bzdyń, pełnomocniczka pana Jakuba. Chodziło o zajście w jednym z warszawskich szpitali. Mężczyzna pracował w rejestracji SOR. Policja utrzymywała, że był agresywny i wugarny. Sąd - już prawomocnie - miał jednak inne zdanie.
|
|
fot. Lukasz Cynalewski / Agencja Wyborcza.pl

Było popołudnie 29 listopada 2020 roku, niedługo po decyzji Trybunału Konstytucyjnego Julii Przyłębskiej w sprawie zakazu aborcji w przypadku ciężkich i nieodwracalnych wad płodu. Na ulicach trwały protesty kobiet. Pan Jakub pracował na Szpitalnym Oddziale Ratunkowym w Szpitalu Międzyleskim w Warszawie. Był tam rejestratorem. W trakcie dyżuru podeszło do rejestracji dwóch policjantów. Zażądali spotkania z przywiezionym do szpitala kilka chwil wcześniej pacjentem z wypadku, u którego chcieli sprawdzić stan trzeźwości. Pan Jakub powiedział, że trzeba zaczekać. Chciał skontaktować się z lekarzem i zapytać, czy taka wizyta u pacjenta jest w ogóle możliwa. Poza tym w szpitalu obowiązywał zakaz odwiedzin ze względu na pandemiczne obostrzenia. To lekarz musiał wydać zgodę na wejście na oddział.

Policjanci uznali, że pan Jakub utrudnia im czynności. - Mundurowy zarzucił mi opieszałość, zaczął krytykować. Zagroził mi wlepieniem 500 złotych mandatu za niestosowny stosunek do policji. Zdenerwowałem się. Odpowiedziałem, że SOR to nie jest strajk kobiet, by rozdawali mandaty na prawo i lewo. Na to policjant odpowiedział, że to dobrze, że policjanci karzą protestujące kobiety - opowiadał mężczyzna tuż po zdarzeniu w rozmowie z natemat.pl. W trakcie procesu przed sądem mówił też o tym, że w trakcie rozmowy powiedział, że 'policja nie będzie szanowana, jeśli będzie tak postępować'.

Nie krył, że się zdenerwował, tym bardziej że w protestach kobiet uczestniczyła jego partnerka. W trakcie wymiany zdań z policjantami miały paść niecenzuralne słowa. Policjanci zażądali, by mężczyzna się wylegitymował. Odpowiedział, że dowód ma w samochodzie, zaparkowanym przed szpitalem. Stwierdził, że pójdzie po niego, ale najpierw chciałby poznać nazwiska funkcjonariuszy. Wziął kartkę, chciał je zapisać - wszystko to widać na zabezpieczonym w sprawie szpitalnym monitoringu.

Niedługo potem policjanci skuli go w kajdanki i zabrali na komendę. Usłyszał dwa zarzuty - dotyczące używania wulgaryzmów w miejscu publicznym, a także niechęci wylegitymowania się i okazania dokumentu. Sprawa trafiła do sądu.

Jak mówi TOK FM pełnomocniczka pana Jakuba, mecenas Agata Bzdyń, warszawski sąd w pierwszej instancji uznał mężczyznę winnym. Ukarał go naganą, opierając wyrok praktycznie wyłącznie na zeznaniach samych policjantów. - Sąd nie wziął pod uwagę zeznań jednego z pacjentów, który był świadkiem całego zajścia w szpitalu i który w tej sprawie zeznawał przed sądem. Jego zeznania nie potwierdziły, że pan Jakub szarpał się z policją, jak twierdzili funkcjonariusze. Nie widać też tego na zapisach z monitoringu - mówi adwokatka.

Sprawa trafiła do Sądu Okręgowego Warszawa - Praga, a ten w piątek (28 kwietnia) całkowicie zmienił wyrok z I instancji. Pan Jakub został uniewinniony. - Czekam na uzasadnienie, ale skoro jest taki, a nie inny wyrok, to oznacza jednoznacznie, że sąd II instancji zupełnie inaczej ocenił zebrane w sprawie dowody - mówi mecenas Bzdyń.

W tej sprawie jest jeszcze drugi wątek - pracowniczy. Po całym zajściu pan Jakub najpierw został odsunięty od pracy w rejestracji na SOR, a potem - z dnia na dzień - przeniesiony do pracy w przychodni. Ta sprawa jest w sądzie pracy. W I instancji mężczyzna wygrał. Jak informuje adwokatka, sąd nakazał przywrócenie go do pracy na poprzednie stanowisko. Pracodawca się odwołał, trwa postępowanie w II instancji.

Co więcej, w całej sprawie pan Jakub uzyskał też już 5 tysięcy złotych zadośćuczynienia za nieprawidłowe i niezasadne zatrzymanie przez policję. Decyzja się uprawomocniła. - Pieniądze już zostały mu wypłacone - potwierdza Bzdyń.