,
Obserwuj
Mazowieckie

Tak warszawskie getto stało się "miastem żebraków". "Śmierć robiła miejsce innym"

6 min. czytania
19.04.2025 08:05
"Ludzie, którzy dopiero zaczynali żebrać, stali pod murem getta lub przy budynkach, na uboczu, cicho prosząc o pomoc. Z czasem coraz natarczywiej domagali się jedzenia, coraz śmielej obnosili się z wyniszczeniem własnego ciała, pokazując np. swoje przedwojenne fotografie, coraz odważniej zajmowali miejsce na chodnikach. Do najgłośniejszych żebraków należały najmłodsze dzieci, które nie zdążyły przed wojną wykształcić w sobie obrazu własnej osoby, nie odczuwały więc dysonansu między tym, kim były kiedyś, a kim stały się w getcie, czuły mniejsze skrępowanie, wołając o pomoc".
|
|
fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Poniższy fragment pochodzi z książki 'Mury i szczeliny. Przestrzenie getta warszawskiego' autorstwa Justyny Majkowskiej, wydanej 21 stycznia 2025 roku przez Żydowski Instytut Historyczny.

19 stycznia po godz. 19.00 gościnią audycji TOK FM "Godzina kultury" będzie Autorka. Zapraszamy do wysłuchania!

"Miasto żebraków"

Nad przestrzenią getta bezsprzecznie dominowali Niemcy. Jednak również wśród żydowskich użytkowników ulic dzielnicy zamkniętej można wyodrębnić grupę, która w niej dominowała. Byli to żebracy, kobiety, mężczyźni, młodzi i starzy, o pożółkłych twarzach, z opuchniętymi nogami, pokryci wrzodami, w łachmanach lub skrawkach ubrań, którzy siedzieli lub leżeli na chodnikach. Zadaniem policji żydowskiej było usuwanie żebrzących z ulic. Miała zabierać z ulic getta także dzieci. Żebraków kierowano następnie do kwarantanny i punktów etapowych, a dzieci do punktów pomocy, świetlic wychowawczych, zakładów opiekuńczych, izby zatrzymań, która stawała się de facto więzieniem dla dzieci.

Ulice getta zaczęły się wypełniać masą żebraków od początku 1941 roku, kiedy do dzielnicy Niemcy zaczęli przesiedlać Żydów z zachodniej części dystryktu warszawskiego, z miasteczek powiatów grójeckiego, sochaczewskiego, łowickiego i części warszawskiego. Do końca marca przesiedlono ponad 33 tys. osób. W już i tak przeludnionym i głodującym getcie dla przesiedleńców nie było miejsca. Część zatrzymywała się u rodziny, niektórzy wynajmowali pokoje, ale w przeważającej większości ludzie ci trafiali do punktów dla uchodźców, "gdzie śmierć robiła wciąż miejsce innym". Miejsc w punktach było za mało w stosunku do liczby potrzebujących. W raporcie z działalności patronatów nad punktami dla przesiedleńców informowano, że 31 marca 1941 roku było dostępnych 17 589 miejsc. Przesiedleńcy, niezależnie od swojej pozycji w mieście rodzinnym, w Warszawie - bez pracy, domu, zasobów, mienia do sprzedania - nie mieli szansy na przeżycie. Pomoc socjalna, jaką getto było w stanie im zaproponować, była niewystarczająca. W 1941 roku po wysiedleniu do Warszawy głód wypędzał ich na ulice getta i zmuszał do żebrania.

'Mury i szczeliny. Przestrzenie getta warszawskiego', Justyna Majewska
'Mury i szczeliny. Przestrzenie getta warszawskiego', Justyna Majewska
Żydowski Instytut Historyczny

Na skutek splotu nieszczęśliwych okoliczności różne osoby zasilały legion żebraków. W obliczu kryzysu humanitarnego, jaki panował w getcie, braku jedzenia, mieszkania, leków, tylko ulica mogła uratować przed śmiercią z głodu. Decyzja o żebractwie oznaczała radykalną zmianę w postrzeganiu siebie, prowadziła do pozbywania się kolejnych warstw wstydu. Głód lub troska o najbliższych były tak wielkie, że przełamywały zażenowanie i nieśmiałość. Pozostało niewiele relacji żebraków, które pokazywałyby ich historię i spojrzenie na sytuację getta. W większości przypadków poznajemy ich za pośrednictwem relacji osób, które ich obserwowały. Do wyjątków takich autonarracji należą m.in. odpowiedzi na ankietę rozpisaną wśród uczniów półinternatu przy ulicy Nowolipki 25 na temat losów ich rodzin. Fela Brzezińska przed wojną mieszkała na Nowolipkach. Zaczęła zbierać obierki w kamienicy po tym, jak zmarła jej matka, a ojciec uległ wypadkowi. Bieda zmusiła ich do sprzedania wszystkiego, co mieli w mieszkaniu. "Straciliśmy wszystko […]. Nie miałam innego wyjścia, więc musiałam chodzić po naszym domu zbierać obierki". Podobny los dotknął Bajlę Grinberg, która wraz z rodziną mieszkała w jednym z punktów dla uchodźców. Dziewczynka obserwowała śmierć członków swojej rodziny: siostry, ciotki, ojca. Aby uniknąć śmierci głodowej, zaczęła żebrać.

Po całych dniach głodowałam (dosłownie). Przeszedł dzień, co wcale nie jadłam, nie jeden, a dużo takich dni. Jak jest głód, to trudno utrzymać się na nogach, brak sił. Nie miałam z czego żyć, zaczęłam żebrać, najlepszy punkt - to było Leszno. Często wstydziłam się, ale głód dokuczał. Różnie bywało, czasami to się napchałam chlebem ofiarowanym, że aż pękałam, ale gdy był deszcz, ludzi mało, głodowałam.

Ulica staje się domem

Po decyzji o podjęciu żebractwa drugim krokiem było udomowienie ulicy, zamiana jej w miejsce oswojone, w którym żebrzący spędzali całe dnie, prosząc, z różnym skutkiem, o pomoc.

Proces ten polegał na coraz odważniejszym zaznaczaniu swojej obecności i skracaniu dystansu w stosunku do przechodniów przez zwracanie się do konkretnych osób. Ludzie, którzy dopiero zaczynali żebrać, stali pod murem getta lub przy budynkach, na uboczu, cicho prosząc o pomoc. Z czasem coraz natarczywiej domagali się jedzenia, coraz śmielej obnosili się z wyniszczeniem własnego ciała, pokazując np. swoje przedwojenne fotografie, coraz odważniej zajmowali miejsce na chodnikach. Do najgłośniejszych żebraków należały najmłodsze dzieci, które nie zdążyły przed wojną wykształcić w sobie obrazu własnej osoby, nie odczuwały więc dysonansu między tym, kim były kiedyś, a kim stały się w getcie, czuły mniejsze skrępowanie, wołając o pomoc. Żebracy liczyli na litość przechodniów, ich poczucie solidarności, altruizm czy wewnętrzny nakaz pomocy wynikający z zasad religii.

Im bardziej żebracy oswajali przestrzeń ulicy, tym bardziej stawała się ona obca i nieprzyjemna, wręcz nieznośna dla innych. Żebracy spotykali się z różnymi reakcjami, w których mieszały się zobojętnienie, lęk, współczucie i zmęczenie. Na Ringelblumie szczególne wrażenie robił płacz małoletnich żebraków. Dźwięk ich próśb prześladował go do późna w nocy. Jałmużna, którą dawał im co wieczór, nie uspokajała jego sumienia. W reakcji na ciągłe, natarczywe wołanie o jedzenie, o zauważenie każdej indywidualnej tragedii, o dostrzeżenie niesprawiedliwości, jaka spotkała tych ludzi, mieszkańcy getta, którzy jeszcze nie dołączyli do "żebraków absolutnych", reagowali wycofaniem. "Gdy słyszę jęki i łkania, przechodzę na inny chodnik, gdy widzę łachman drżący z zimna, wyciągnięty na ziemi, odwracam się i nie chcę widzieć" - przyznał Stanisław Różycki.

Tadeusz Obremski opisywał kontakt z żebrakami jako utrapienie, koszmarny, okropny widok. "Długim szeregiem, jeden przy drugim, mężczyźni, kobiety i dzieci, brudni i obdarci, siedzieli pokotem na chodniku, nawołując przechodniów do dawania im datków". Wspomożenie któregoś z żebraków powodowało, że darczyńca był natychmiast otaczany przez innych natarczywie domagających się jałmużny, co skutkowało często tym, że później nie pomagał już nikomu. Diaryści porównywali żebraków do szkieletów. Charakteryzowali ich ruchy jako powolne, sztuczne, jak w somnambulicznym śnie: leżeli ze wzrokiem błądzącym lub tępo patrzyli w przestrzeń. "Półtrupie, szkielety-upiory, które z materią łączy tylko istnienie wszy, łachmanów, skóry, kości i możliwość wydawania jęków".

Z kolei Rachela Auerbach zauważała "bezlitosny przymus instynktu życia", który zmuszał żebraków do wytężonego wysiłku pozostania przy życiu, do proszenia o najmniejszy kawałek chleba, o każde 5 groszy, które "nic już absolutnie nie pomogą, a jednak nie dają od razu się położyć prawdziwym trupem na ulicy". O sile przetrwania żebraków pisała także dwudziestoletnia Halina Szwambaum: "Kiedy spotykam przez szereg tygodni tych samych żebraków, nie mogę się nadziwić, że ten czy ów jeszcze żyje, że nie zachorował na zapalenie płuc, że chodzi jeszcze na ropiejących z odmrożenia nogach". Natomiast Lejb Goldin zastanawiał się, czemu ludzie cierpiący głód nie skrócą swojej agonii przez samobójstwo.

Udręka głodowania jest straszliwa i bardziej mordercza niż wszystkie choroby. Widzisz, choroby są ludzkie, potrafią uczłowieczyć chorego, uszlachetnić go. Głód zaś jest czymś zwierzęcym, dzikim, prymitywnym. […] Głodujący człowiek zamienia się w zwierzę. A zwierzęta nic nie wiedzą o samobójstwie.

Skrajne reakcje

Powyższe zapisy pochodzą od osób, które nie cierpiały z powodu głodu do tego stopnia, aby musieć żebrać. Żebracy rozbudzali w nich najróżniejsze uczucia, od zobojętnienia przez poczucie obcości i wyrzuty sumienia, po obrzydzenie i wstręt.

Ich obecność, a także niekończące się okrzyki, o których piszę dalej, przynosiły mieszkańcom getta udrękę duchową. Jak zauważyła Marta Janczewska, apel o pomoc dobywający się z tak wielu gardeł, nieustanny komunikat - krzyk o głodzie był dla wielu Żydów wyzwaniem etycznym, przed którym nie mogli uciec ani być z niego zwolnieni. Jednak widząc tragedię umierających z głodu, obserwatorzy pozostawali zdystansowani. Nie myśleli o tym, aby dzielić się z nimi swoimi zasobami, gdyż sami nie wiedzieli, co jeszcze przyniesie okupacja. W opisach diarystów zaznacza się wyraźny dystans. Jest to taki jego rodzaj, którego nie znajdziemy w kwalifikacji Edwarda Halla. Można go skategoryzować jako unikanie. Miał swoje źródło w przerażeniu faktem, do jakiego stopnia głód degraduje ludzi, ich osobowość i ciało, a także w drzemiącej w przechodniach obawie o to, kiedy nadejdzie ich pora.

Posłuchaj: