Kto postrzelił Irankę na granicy polsko-białoruskiej? "Jej wersję można łatwo zweryfikować"
W niedzielę na granicy polsko-białoruskiej 35-letnia Iranka, która znajdowała się po wschodniej stronie zapory, została postrzelona w oko. Gdy zaczęła krzyczeć z bólu podbiegli do niej funkcjonariusze znajdujący się po polskiej stronie. Wezwano karetkę i kobieta została odwieziona do szpitala. Według jej relacji strzał padł z polskiej strony, zrobił to ktoś w mundurze. Rzeczniczka prasowa Podlaskiego Oddziału Straży Granicznej, mjr SG Katarzyna Zdanowicz zaprzeczała jednak takiej możliwości.
- W ostatnich dniach w kierunku osób przy granicy polsko-białoruskiej, tym bardziej znajdujących się po stronie białoruskiej, nie użyto broni - stwierdziła.
Pytana w czwartkowy poranek o aktualną sytuację Dominika Ożyńska ze Stowarzyszenia Egala powiedziała tokfm.pl, że poszkodowana kobieta wciąż przebywa w szpitalu w Hajnówce. - Choć jej życiu nie zagraża niebezpieczeństwo, to jest w złym stanie psychicznym oraz w ciągłym bólu. Wsparcia prawnego oraz psychologicznego udziela jej Helsińska Fundacja Praw Człowieka - stwierdziła działaczka społeczna.
Rosyjscy żołnierze w kotle w Wołczańsku? 'Odpowiednio spreparowany materiał służb prasowych'
Strzał z polskiej strony
Iranka, jak opowiadała Ożyńskiej, samotnie przebywała po wschodniej stronie płotu, poszukując jakiejś grupy, do której mogłaby dołączyć. - Po polskiej stronie granicy widziała, jak to opisuje, osoby w mundurach. Twierdzi, że to z ich strony padł w jej stronę strzał - przekazała aktywistka. Jej zdaniem tę wersję można łatwo zweryfikować. - Wiemy doskonale, że cały płot graniczny jest monitorowany, są kamery. Mamy więc nadzieję, że sprawa zostanie dokładnie wyjaśniona - podkreśliła.
Pytana o dalsze losy rannej rozmówczyni tokfm.pl podała najbardziej prawdopodobny scenariusz. - W pierwszej kolejności pani musi dojść do siebie. Skoro złożyła deklarację ubiegania się o ochronę międzynarodową w Polsce, to zgodnie z procedurami po wyjściu ze szpitala prawdopodobnie zostanie skierowana do ośrodka otwartego lub zamkniętego, gdzie będzie czekać na decyzję - tłumaczyła. Z jej doświadczenia wynika, że cała procedura trwa zwykle kilka miesięcy.
Zdaniem aktywistki bieżąca sytuacja na granicy pogarsza się dramatycznie z dnia na dzień. - Straż Graniczna wyrzuca za płot nawet te osoby, które w naszej obecności wyrażają wolę ubiegania się o ochronę międzynarodową, podpisują stosowne dokumenty, udzielają pełnomocnictw - stwierdziła. Takie osoby odnajdują się potem ponownie na terenie Białorusi. - Dziś na tej granicy nikt nie jest bezpieczny - spuentowała.
To nie wszystko, co mamy dla Ciebie w TOK FM Premium. Spróbuj, posłuchaj i skorzystaj ze specjalnej oferty. Wejdź tutaj, by znaleźć szczegóły >>