Najpierw bidul, potem schronisko
Szymon (imię zmienione) ma 19 lat. Pochodzi z wielodzietnej rodziny z problemami. W domu dziecka spędził ponad 5 lat. Byli tam także jego bracia (potem weszli w konflikt z prawem), w bidulu wciąż jest jego siostra. Szymon od ośmiu miesięcy mieszka w schronisku. Próbował szukać pracy, nawet pracował na budowie. Dziś jest jednak bezrobotny. - Szukam pracy, ale jest ciężko. Dlatego po świętach chcę jechać do Belgii - mówi ze smutkiem. Nie kryje, że przyszedł do schroniska, bo nie miał dokąd pójść, nie miał też na kogo liczyć. - Trzeba się dostosować do warunków, jakie tu są i trzeba żyć dalej. Chciałbym wyjść z tej bezdomności i żyć normalnie, jak człowiek - mówi.
Dyrektor Barbara Brania z Lubelskiego Ośrodka Wychodzenia z Bezdomności zna Szymona od ubiegłego sezonu. - Wtedy nocował w noclegowni. Jest osobą grzeczną, układną, umie się dostosować - mówi Brania. Dodaje, że 19-latek nie jest zbyt otwarty. - Ale to chyba taka postawa obronna: nie zbliż się za blisko, bo możesz mnie zranić - wyjaśnia.
W lubelskim schronisku mieszka też Marcin. Jego historia jest trochę inna. W domu dziecka spędził wczesne dzieciństwo. - Nic z tego czasu nie pamiętam - przyznaje. Potem został adoptowany. Gdy zmarła jego adopcyjna mama, zaczęły się problemy. Chłopak zaczął nadużywać alkoholu. Skończył 18 lat i musiał opuścić dom. Tułał się m.in. po klatkach schodowych. W końcu trafił do schroniska. Dziś widzi dla siebie szansę. - Podpisałem kontrakt z urzędem pracy. Czekam na kurs. Mam dostać staż - mówi z dumą . Liczy, że jak zacznie zarabiać, opuści schronisko i coś wynajmie. Już raz próbował, ale nie wyszło. - Moim marzeniem jest założyć rodzinę i żyć normalnie - dodaje. Chodzi na terapię dla alkoholików. - Nie wstydzę się tego, bo chcę z tego wyjść.
25-letnia Kasia (imię zmienione) po kilkuletnim pobycie w domu dziecka nie trafiła do schroniska. Jej się udało: pracuje, zaocznie studiuje pedagogikę, razem z koleżanką wynajmuje stancję. Ale wie, że mogło być inaczej. Bo w domu dziecka można się nauczyć gotować, sprzątać czy robić zakupy. Ale samodzielne życie to jednak coś innego. - Niektórzy po opuszczeniu domu dziecka wracają do rodzinnych domów, inni wynajmują stancję, a niektórzy idą do schroniska. Bo nie mają innej możliwości - przyznaje Kasia. Podkreśla, że wielu wychowanków po usamodzielnieniu nie radzi sobie np. z załatwianiem spraw urzędowych. Inni maja problemy z pieniędzmi. - Gdy dostają zasiłek z opieki, wydają go w ciągu kilku dni. Nie potrafią gospodarować pieniędzmi - mówi dyrektorka schroniska.
Przepisy a życie
Przepisy są jasne: wychowanek, który ukończył 18 lat musi się wyprowadzić. Wyjątek jest jeden. - Może dłużej zostać w placówce, kiedy jest jeszcze ciągle na tym samym etapie edukacji - mówi dyr. 'Pogodnego domu' w Lublinie, Paweł Frączek. Mówiąc wprost: jeśli wychowanek nie ukończył 18 lat, a wciąż jeszcze uczy się np. w liceum, do końca tej szkoły może zostać w domu dziecka. Dla starszych, którzy się uczą są tzw. mieszkania chronione. Mieszka w nich kilku wychowanków: sami gotują, piorą, dbają o porządek i sami płacą, choć są to kwoty symboliczne. Ale takich mieszkań jest mało. - I są kolejki - przyznaje Frączek.
Gdy 18-letni wychowanek opuszcza placówkę, ma opiekuna usamodzielnienia. Teoretycznie dom dziecka powinien przez 3 kolejne lata otoczyć takiego młodego człowieka opieką, ale z tym bywa różnie. Niektórzy sami zrywają kontakt z placówką. Niektórzy próbują potem wracać, deklarują, że chcą się dalej uczyć. - Ale nie możemy ich przyjąć - mówi dyrektor.
Nikt do końca nie wie, co się dzieje z usamodzielnonymi wychowankami. - Nikt nie prowadzi takich statystyk - przyznaje Frączek. Zdaniem dyrektora, system pomocy wychowankom nie działa na etapie 18 roku życia. - Powinna być możliwość w uzasadnionych przypadkach przedłużenia ich pobytu. Nierzadko jest tak, że młody człowiek zaczyna kolejną szkołę, nie ma gdzie pójść, a ja nie mam jak go wesprzeć. Mimo, że wiem, że to pozytywna osoba - mówi Frączek.
Część wychowanków domów dziecka trafia do ośrodków interwencji kryzysowej (bo są np. pobici - chodzi zwłaszcza o młode dziewczyny). - Życie trzeba rozpocząć od dachu nad głową. Nie można chodzić do pracy, jeśli się nie ma domu. I to jest ta ogromna bolączka tych młodych ludzi - mówi psycholog, Joanna Jankowska. Z jej doświadczeń wynika, że byli wychowankowie bidula to osoby przyzwyczajone do pomocy instytucji. - Mają deficyt własnej inicjatywy. Czyli bardzo trudno jest im samemu rozpocząć drogę i liczyć tylko na własne siły. Oni są jakby przyzwyczajeni do tego, że ktoś im pomaga - przyznaje psycholog. Potwierdzają to pracownicy schroniska. - To, że byli wychowankami domu dziecka, wytworzyło w nich z jednej strony postawę roszczeniową 'mi się należy', a z drugiej strony brak wiary we własne siły - mówi Barbara Brania.
- Nasi wychowankowie po ukończeniu 18 lat zostają rzuceni na bardzo głęboką wodę - przyznają pedagodzy z domów dziecka. Nierzadko, nie potrafią się w tej głębokiej wodzie utrzymać.
Posłuchaj reportażu " Integracja" Anny Gmiterek-Zabłockiej