,
Obserwuj
Zachodniopomorskie

"Z samochodów wychodziły wystraszone, zagubione, z małymi plecaczkami". Samotne dzieci w obliczu wojny

4 min. czytania
24.02.2023 09:00
- Niektórym dzieciom wystarczyły trzy dni, by się zintegrować. Inne mają traumę do dziś - słyszymy od pracowników SOS Wiosek Dziecięcych, które pomagają małych uchodźcom z Ukrainy. Po wybuchu wojny do Polski przyjechało ponad dwa tysiące dzieci z ukraińskich domów dziecka i co najmniej kilkaset z rodzin zastępczych.
|
|
fot. Jakub Orzechowski / Agencja Wyborcza.pl

Wojna wybuchła w czwartek, a już w poniedziałek pracownicy Stowarzyszenia SOS Wioski Dziecięce odbierali na granicy - m.in. w Medyce i Korczowej - pierwsze ukraińskie grupy. Część z nich trafiła do Wioski Dziecięcej SOS w Karlinie (Zachodniopomorskie). Dzieci przyjechały tam późnym wieczorem. Jak wspomina Natalia Falęcka, koordynatorka rodzin z Ukrainy w wiosce Karlino, widok był okrutnie smutny.

Z samochodów wychodziły wystraszone, zagubione dzieci z małymi plecaczkami. Poza nimi nie miały nic. - Niektóre płakały, ale właściwie bez dźwięku. To było najstraszniejsze. Te doświadczenia zostaną ze mną na pewno do końca życia - nie ma wątpliwości pani Natalia.

Do Polski trafiły zarówno maluchy, jak i cała rzesza nastolatków. Duża część z nich była w szoku, miały lęki i traumę. Niektóre zdążyły zobaczyć sporo okrucieństwa, musiały ukrywać się w schronach przed bombardowaniami.

- Te rodziny i te dzieci potrzebują przede wszystkim bezpiecznego miejsca zamieszkania, w którym będą mogły funkcjonować tak, jak są do tego przyzwyczajone. To, co jest ważne, to fakt, by osoby z Ukrainy miały jak największy wpływ na to, jak wygląda ich życie w Polsce, jak wygląda ich codzienność. Chodzi o poczucie sprawczości - mówi Aleksandra Sikorska ze Stowarzyszenia SOS Wioski Dziecięce. Stąd m.in. samodzielne gotowanie posiłków przez uchodźców - w tym ukraińskiego barszczu czy pierogów (pielmieni), ale też np. przygotowanie ogródka na terenie wioski SOS.

Jak słyszymy, niektórym dzieciom z Ukrainy wystarczyło ledwie kilka dni, żeby się zintegrować z polskimi. - Moje dziewczynki grają na flecie w orkiestrze dętej. Mają już za sobą pierwsze występy. Lubią też prace plastyczne, jazdę na rowerze - opowiada Inna, mama zastępcza pięciorga dzieci, która zamieszkała w wiosce w Karlinie także z dwójką biologicznych pociech. - Dzieci lubią chodzić do szkoły. Mamy swoje rytuały. Zawsze, gdy je odprowadzam, przytulamy się, dajemy sobie buziaki i życzę im dobrego dnia - opowiada.

Aleksandra Sikorska zwraca uwagę, że wszyscy mali uchodźcy potrzebują pomocy specjalistycznej ze strony psychologa czy psychiatry. - Są oczywiście osoby, które doświadczają skutków wojny, w tym ostrych reakcji stresowych. Natomiast wiele z tych dzieci - dzięki wsparciu rodzin zastępczych - wraca do normalnej kondycji - mówi koordynatorka.

Beata Kulig ze Stowarzyszenia SOS Wioski Dziecięce zaznacza jednak, że są też dzieci, które do dziś mają objawy traumy wojennej. - Czasem łatwo je dostrzec. To na przykład zwiększony niepokój, bezsenność, trudności z zasypianiem, wybudzanie się w nocy czy koszmary senne. To zawsze powinno nas zastanowić i być mocnym wskazaniem do tego, że musimy się odpowiednio zająć dzieckiem, które przyjechało z terenów objętych wojną - wyjaśnia.

Kulig podaje, że - według danych ze stycznia 2023 roku - w polskiej pieczy zastępczej, czyli w domach dziecka i rodzinach zastępczych, mamy ponad 300 dzieci, które są obywatelami Ukrainy. Jednocześnie mamy też ponad dwa tysiące dzieci, które przyjechały do Polski w grupach - z opiekunami z ukraińskich domów dziecka czy z ukraińskich rodzin zastępczych. Jeśli chodzi o wioskę w Karlinie, mieszkają tam obecnie 53 osoby z Ukrainy - 40 dzieci wraz z opiekunami.

- Najmłodsze dziecko, które do nas przyjechało, miało pięć lat - wskazuje Eliza Potomska, dyrektorka Programu SOS Wiosek Dziecięcych Karlino. W najtrudniejszej sytuacji były dzieci z kijowskiego domu dziecka, które jechały do Polski 30 godzin zatłoczonym, zaciemnionym pociągiem. Niektóre spały na półkach na bagaże i gdy pociąg hamował, spadały na podłogę, ale - jak mówią opiekunowie - maluchy nie miały już nawet siły płakać.

Po przyjeździe do Polski starano się zapewnić im bezpieczeństwo. Dlatego stworzono kolorowe przestrzenie do zabawy, dostęp do sal gimnastycznych, basenów czy boisk. Wszystko po to, by dzieci miały jak rozładować napięcie i stres.

Jak podkreśla Beata Kulig, kluczowe jest też to, by wsparciem objąć nie tylko ukraińskie dzieci, lecz także opiekunów, którzy z nimi przyjechali. - Dziecko, aby mogło dobrze funkcjonować, musi być otoczone opieką przez dorosłego, który jest stabilny emocjonalnie. To oznacza, że jeśli opiekun doświadcza skutków stresu pourazowego, to musimy zacząć od pracy z tym właśnie opiekunem - tłumaczy.

Dodatkowa wioska dzieci

- Teraz w naszym stowarzyszeniu mamy właściwie dodatkową wioskę złożoną z dzieci z Ukrainy. W każdej naszej lokalizacji, w każdej wiosce dziecięcej - m.in. w Karlinie, Biłgoraju czy Kraśniku - są ukraińskie dzieci i ukraińskie rodziny. W Siedlcach jest także dom dziecka, czyli dzieci z pieczy instytucjonalnej - wylicza Anna Choszcz-Sendrowska z SOS Wiosek Dziecięcych. I dodaje, że stowarzyszenie obejmuje opieką również wiele rodzin, które nie mieszkają w wioskach, ale próbują sobie radzić samodzielnie.