,
Obserwuj
Świat

Lincolna zabito na zlecenie Watykanu? O XIX-wiecznych teoriach spiskowych w USA

oprac. Katarzyna Rogowska tokfm.pl
7 min. czytania
21.09.2025 15:09

"Na przykład Woodrow Wilson, wówczas jeszcze jako profesor politologii, pisał, że kraje Europy celowo pozbywają się 'elementów plugawych i nieszczęsnych', wysyłając je do Ameryki. 'Masy najniższych klas z południowych Włoch i jeszcze gorszy rodzaj z Węgier i z Polski, ludzie bez umiejętności, energii i bystrości umysłu', pisał Wilson, którego ćwierć wieku później niepodległa Polska upamiętniła placem w centrum swojej stolicy" - czytamy w książce "Oślizgłe macki, wiadome siły. Historia Ameryki w teoriach spiskowych" Piotra Tarczyńskiego.

Fragment rozdziału pt. "Krokodyle paszcze i nacierające hordy" pochodzi z książki autorstwa Piotra Tarczyńskiego pt. "Oślizgłe macki, wiadome siły. Historia Ameryki w teoriach spiskowych", która ukaże się 24 września 2025 roku nakładem wydawnictwa Znak Literanova.

Thomas Nast był najsłynniejszym rysownikiem politycznym swojej epoki, w zasadzie pionierem tego gatunku, który stworzył wiele obrazów uważanych dziś za ikoniczne - na czele ze Świętym Mikołajem w jego współczesnej, amerykańskiej, brzuchatej wersji. Jednym z dziś mniej znanych, ale wówczas bardzo popularnych i wpływowych rysunków Nasta jest karykatura opublikowana w 1871 roku na stronach poczytnego nowojorskiego tygodnika "Harper’s Weekly". Nosi tytuł The American River Ganges (Amerykański Ganges) i przedstawia dzieci rzucane na pożarcie głodnym krokodylom, które kłapiąc groźnie paszczami, wyłażą z rzeki na brzeg. Paszcze to wysadzane klejnotami biskupie mitry, drapieżne gady są bowiem katolickimi hierarchami czyhającymi na niewinne amerykańskie dziatki. Nad brzegiem rzeki stoją ruiny szkoły, nad którą powiewa odwrócona flaga Stanów Zjednoczonych, symbolizująca upadek kraju, w oddali zaś widać zwieńczone kopułą gmaszysko. Przypomina rzymską Bazylikę Świętego Piotra, ale jeśli dobrze mu się przyjrzeć, okazuje się Tammany Hall, czyli znaną z korupcji siedzibą nowojorskiej Partii Demokratycznej, nad którą powiewają flagi papieska oraz irlandzka. Politycy tej partii stoją na klifie, skąd rzucają dzieci na pożarcie, jakby składali ofiary w świętej rzece Ganges.

Nast, jak nietrudno się domyślić, był gorliwym Republikaninem, a przekaz rysunku był oczywisty: Demokraci są nielojalni wobec Stanów Zjednoczonych, chodzą na pasku Watykanu i w imię własnych korzyści gotowi są poświęcić amerykańskie dzieci. Trudno nie skojarzyć tego z późniejszą o 150 lat narracją QAnonu, w której Demokraci są nielojalni wobec USA i na polecenie możnych tego świata, w tym też papieża, wykorzystują seksualnie i mordują amerykańskie dzieci. Antykatolickiej karykaturze Nasta (skądinąd jednej z wielu) nie można zarzucić subtelności, ale i tak stanowiła tylko zwiastun tego, co miało nadejść w kolejnych dekadach. Obawa przed katolikami łączyła się bowiem z nawrotem narracji natywistycznych wzmagających się wraz ze wzrostem imigracji do Stanów Zjednoczonych.

Po wojnie secesyjnej kraj wkroczył w okres szybkiej industrializacji, do której podtrzymania konieczny był napływ siły roboczej. Imigracja z 3 milionów w latach 70. wzrosła do ponad 5 milionów w latach 80., a w pierwszej dekadzie XX wieku było to już niemal 9 milionów - do kraju liczącego 76 milionów mieszkańców. Irlandczycy i Niemcy (traktowani już z nieco mniejszą podejrzliwością niż wcześniej) przybywali wprawdzie nadal, ale nie stanowili już większości nowych imigrantów. Do Stanów zaczęli licznie przypływać Azjaci (Chińczycy i Japończycy), ale przede wszystkim mieszkańcy południa i wschodu Europy, m.in. Włosi, Grecy, Chorwaci, Polacy, Czesi, Węgrzy, Ukraińcy. Oraz, rzecz jasna, Żydzi. Pewien profesor socjologii uważał, że Stany Zjednoczone dokonują "rasowego samobójstwa", przyjmując "rasy gorsze" i "brzydsze". "Słowianie - pisał - są odporni na pewne rodzaje brudu, mogą przetrwać to, co zabiłoby białego człowieka [sic!]. […] Gwałcą wszelkie prawa higieny, a jednak żyją". Z punktu widzenia "rdzennych" Amerykanów nowa fala migracji była równie obca i egzotyczna, jakby nadeszła znad brzegów rojącego się od krokodyli Gangesu. Włosi czy Słowianie często nie byli uważani za "białych ludzi" i spotykali się z wrogim traktowaniem na tle rasistowskim. Nierzadko prym w atakach na nowych imigrantów wiedli potomkowie starych imigrantów - Irlandczycy czy Niemcy, których kiedyś "rdzenni Amerykanie" też uważali za biologicznie gorszych.

"Oślizgłe macki, wiadome siły. Historia Ameryki w teoriach spiskowych", Piotr Tarczyński
fot.

Inni szli dalej, zamiast samobójstwa widzieli podstępny atak. Na przykład Woodrow Wilson, wówczas jeszcze jako profesor politologii, pisał, że kraje Europy celowo pozbywają się "elementów plugawych i nieszczęsnych", wysyłając je do Ameryki. "Masy najniższych klas z południowych Włoch i jeszcze gorszy rodzaj z Węgier i z Polski, ludzie bez umiejętności, energii i bystrości umysłu", pisał Wilson, którego ćwierć wieku później niepodległa Polska upamiętniła placem w centrum swojej stolicy. Thomas Watson, kongresmen z Georgii, oburzał się z kolei, że "wylewa się na nas szumowiny wszelkiego stworzenia. Nasze największe miasta są już cudzoziemskie, a nie amerykańskie. Najechały nas najgroźniejsze i najbardziej zdemoralizowane hordy Starego Świata". Choć przyjmuje się, że teoria wielkiego zastąpienia, wedle której liberalne rządy państw chcą zastąpić białą ludność nie-białą, została sformułowana dopiero na początku XXI wieku, gołym okiem widać podobieństwa między nią a tym, co opowiadali amerykańscy natywiści w latach 80. i 90. XIX wieku, a nawet tym, co Lyman Beecher i Samuel Morse pisali jeszcze przed wojną secesyjną. Nowe teorie spiskowe zawsze wpadają w koleiny starszych: używają podobnych sformułowań, schematów, nawet obrazów i metafor, co teorie wcześniejsze.

Za zmianą nastrojów szły przemiany polityczne. Do lat 80. XIX wieku migracja do USA nie była w żaden sposób regulowana, dopiero w 1882 roku przyjęto pierwszą ustawę w tej kwestii, która explicite zakazywała wjazdu Chińczykom. Kolejny akt prawny, z 1891 roku, stworzył federalny urząd migracyjny i pozwolił otworzyć nowojorską Ellis Island, przez wiele dekad najważniejszy port wjazdu imigrantów do Stanów Zjednoczonych.

Chęć ograniczenia czy choćby uregulowania migracji była nie tylko postulatem konserwatystów, lecz także, jakkolwiek zaskakująco by to mogło dziś brzmieć, progresywistów. Nie była też jedynie domeną Republikanów: zarówno Wilson, jak i Watson byli Demokratami, i to Demokratami postępowymi, zwolennikami szerokich reform społecznych. Poparcie dla równouprawnienia kobiet i przyznania im prawa głosu też mogło być motywowane natywizmem: "Wspaniałe kobiety Ameryki są równie zdolne do głosowania, co każdy bezmyślny makaroniarz czy polaczek!".

Redakcja poleca

Jednym z religijnych liderów ruchu reformatorskiego, tzw. ewangelii społecznej, był protestancki duchowny Josiah Strong, który głośno sprzeciwiał się nierównościom "wieku pozłacanego" i rządom plutokracji (ale też bezbożnemu socjalizmowi i związkom zawodowym). W 1885 roku opublikował głośną książkę Our Country (Nasz kraj), w której przekonywał, że "rasa anglosaska" (był jednym z pierwszych, którzy używali tego określenia) jest biologicznie i kulturowo lepsza od innych. W imię "postępu" oraz "swobód obywatelskich" wzywał do wyeliminowania czyhających na Amerykę (a zatem i całą cywilizację) zagrożeń: alkoholu, rozwodów, mormonizmu i - rzecz jasna - Kościoła katolickiego. Ostatecznym celem "wybranego narodu" miał być podbój: ekspansja na cały świat, chrystianizacja (oczywiście wyłącznie w duchu protestanckim) i "cywilizowanie podlejszych ras".

Jednym z licznych paradoksów lub, jak kto woli, hipokryzji wielu zwolenników teorii spiskowych jest to, że ci sami ludzie, którzy nade wszystko obawiają się ograniczania wolności, gotowi są sięgać po autorytarne metody, kiedy uznają, że "jest taka konieczność". Pomstują też przeciw spiskującym w ukryciu tajnym stowarzyszeniom, ale kiedy dochodzą do wniosku, że działają w słusznym celu, sami je tworzą. Nie powinno nas zatem dziwić, że najpotężniejsze natywistyczne i antykatolickie stowarzyszenie końca XIX wieku, Amerykańskie Towarzystwo Ochronne (American Protective Association, APA), powstało właśnie jako organizacja na wpół tajna.

Jej założyciel (skądinąd pochodzenia niemieckiego) był masonem i dawniejszym działaczem ruchu nicniewiedzących. Uważał, że katolików jest w kraju zbyt wielu, a ich głos jest zbyt potężny, domagał się więc, żeby całkowicie wycofali się z polityki. Każdy nowy członek składał przysięgę: obiecywał, że nigdy katolika nie zatrudni ani nie wybierze na żadne stanowisko, a także, że zawsze będzie toczyć walkę z "ignorancją i fanatyzmem" (sic!).

Redakcja poleca

Ludzie ochoczo wstępowali do APA, więc stowarzyszenie szybko porzuciło swój tajny charakter i zaczęło się rozwijać, stając się organizacją ogólnokrajową. Trudno dokładnie powiedzieć, ilu liczyła członków, jej szefowie twierdzili, że ponad milion (potem opowiadali już o 2,5, a nawet 3,5 miliona), choć te szacunki trzeba traktować z dużą ostrożnością. Paliwem dla APA był kryzys gospodarczy, który wybuchł w 1893 roku - natywiści oskarżali katolików o jego wywołanie, a także o to, że zabierają pracę protestantom.

Towarzystwo z jednej strony używało dobrze znanych narracji (klasztory jako siedliska rozpusty, katolickie szkoły jako pralnie niewinnych mózgów), ale z drugiej dodawało coś od siebie - najzupełniej fantastyczne teorie spiskowe, przy których bledły wcześniejsze pomysły nicniewiedzących. Twierdzono na przykład, że istnieje tajny kabel telegraficzny między Białym Domem (prezydentem był wówczas Demokrata) a domem arcybiskupa Baltimore, najważniejszego katolickiego duchownego w USA. Karykatury (znacznie gorszej jakości artystycznej niż te autorstwa Nasta) przedstawiały nuncjusza apostolskiego jako głowę ośmiornicy kontrolującej Biały Dom i Kapitol, ale też krajową Mennicę, Drukarnię Państwową oraz… Urząd do spraw Rent Weteranów.

Największym hitem APA była jednak fikcyjna encyklika papieża Leona XIII, która miała ze szczegółami opisywać plan przejęcia władzy nad Ameryką, włącznie z wprowadzeniem całkowitego zakazu używania języka angielskiego. Zwieńczeniem planów papieża, jawnych, dodajmy, bo encyklika została rzekomo ogłoszona w Rzymie publicznie, miało być ogólnokrajowe powstanie katolików, którzy w dzień Świętego Ignacego Loyoli, niczym w jakiejś powtórce nocy Świętego Bartłomieja, mają wymordować wszystkich "heretyków".

Była to fałszywka szyta równie grubymi nićmi jak młodsze o dekadę Protokoły mędrców Syjonu, spreparowane przez carską Ochranę, ale chwyciła. Antykatolickie pamflety (o takich tytułach jak Towarzystwo Jezusowe planuje podbój USA czy Ślady zabójców prezydenta Lincolna prowadzą pod same drzwi Rzymu) rozchodziły się na pniu, zaczęło też dochodzić do aktów przemocy i antykatolickich zamieszek. W Nowym Orleanie motłoch zlinczował jedenastu Włochów, "białych czarnuchów", których sąd uniewinnił od zarzutu zabicia policjanta. Natywiści zbroili się w oczekiwaniu na katolickie powstanie, w Toledo w Ohio burmistrz i komendant policji kupili specjalnie zapas karabinów, żeby odeprzeć nadchodzącą inwazję. Farmerzy z Illinois barykadowali się w domach z obawy, że przyjdą papiści i spalą im gospodarstwa, mimo że nikt w okolicy nigdy nie widział żadnego katolika.

Kiedy do zapowiadanej rewolty nie doszło, nastroje antykatolickie osłabły, zaś Amerykańskie Towarzystwo Ochronne pogrążyło się w wewnętrznych konfliktach i straciło na znaczeniu równie szybko jak wcześniej partia nicniewiedzących. Antykatolicyzm nie zniknął, rzecz jasna, ale w industrializującym się społeczeństwie podziały religijne traciły na znaczeniu w porównaniu z podziałami klasowymi i nie mobilizowały ludzi aż tak bardzo. Krokodyle paszcze biskupów czy macki watykańskiej ośmiornicy nie budziły już aż takiego lęku jak macki, które wypuszczała nowojorska Wall Street.

Posłuchaj: