Melania Trump przypomniała Putinowi tę historię. Dlaczego Rosjanie się nią chełpią?
Melania Trump w liście do Władimira Putina upomniała się o dzieci, które Rosjanie uprowadzili z Ukrainy. W związku z tym przypominamy ich historie. Po co Rosji mali Ukraińcy? Dokąd są wywożeni i co się z nimi dzieje? Dlaczego Kreml chełpi się tymi wywózkami i absurdalnie zawyża ich liczbę?
- "Nadszedł czas" - napisała Melania Trump do Władimira Putina, upominając się o dzieci, które Rosjanie uprowadzili z Ukrainy;
- Masowe wywózki ukraińskich dzieci do Rosji zostały potraktowane przez Międzynarodowy Trybunał Karny jako zbrodnia wojenna. W związku z tym Putin jest ścigany listem gończym;
- Co ciekawe, sama Rosja zawyża liczbę uprowadzonych dzieci. Robi to bez wstydu, a nawet traktuje deportacje dzieci z Ukrainy jako powód do dumy.
Melania Trump napisała do Władimira Putina list, w którym upomniała się o dzieci z Ukrainy. Od wybuchu pełnoskalowej wojny są masowo wywożone do Rosji. Międzynarodowy Trybunał Karny zakwalifikował to jako zbrodnię wojenną, po czym oskarżył o nią prezydenta Rosji oraz Marię Lwową-Biełową, komisarz ds. praw dzieci w biurze prezydenta Rosji.
"Chroniąc niewinności tych dzieci (...) przysłuży się pan całej ludzkości. Tak śmiała idea przekracza wszelkie ludzkie podziały, a pan, panie Putin, może zrealizować tę wizję jednym pociągnięciem pióra" - zwróciła się Melania Trump do prezydenta Rosji i dodała: "Nadszedł czas".
Donald Trump miał osobiście przekazać Putinowi ten list, gdy spotkał się z nim na Alasce. Według stacji Fox News prezydent Rosji od razu przeczytał pismo.
W związku z tym przypominamy nasz tekst z października 2024 roku o tragedii ukraińskich dzieci, które uprowadzili ludzie Władimira Putina. Po co Rosji mali Ukraińcy? Dokąd są wywożeni i co się z nimi dzieje? Dlaczego Kreml chełpi się tymi wywózkami i absurdalnie zawyża ich liczbę? O tym wszystkim przeczytasz poniżej.
Rosja kradnie dzieci bez wstydu. Nawet zawyża ich liczbę
Od 24 lutego 2022 roku Rosjanie deportowali i przymusowo wysiedlili z Ukrainy 19 546 dzieci - podaje portal Childrem of War, który powstał na zlecenie Kancelarii Prezydenta Ukrainy. Jednak - jak zwraca uwagę Maria Piechowska - porwanych przez Rosjan dzieci jest najprawdopodobniej o wiele więcej.
- Te oficjalne dane mówią tylko o młodych Ukraińcach, którzy zostali zidentyfikowani z imienia i nazwiska. Bo rodzice albo opiekunowie prawni dzieci zgłosili ich uprowadzenie ukraińskim służbom. Natomiast na terenach okupowanych, gdzie Kreml ma swoją administrację, nie ma komu tego zgłosić i jak udokumentować tych porwań. Wiemy tylko, że one są - tłumaczy.
Co ciekawe, sama Rosja zawyża tę liczbę do… 744 tysięcy. Robi to bez wstydu, a nawet traktuje deportacje dzieci z Ukrainy jako powód do dumy. - To absurdalne, ale trzeba pamiętać, że Kreml na wewnętrzny użytek powtarza, że ratuje te dzieci przed wojną. Dlatego im bardziej zawyża tę liczbę, tym lepiej wypada w oczach zwykłych Rosjan - mówi ekspertka.
Jak dodaje, ci ostatni wierzą w propagandowy przekaz swojego rządu. Nie dociera do nich, że ludzie Putina po prostu kradną Ukraińcom dzieci. Że niejednokrotnie wydzierają je z rąk rodziców, a potem na siłę robią z nich obywateli Rosji. Przeciętny odbiorca propagandy Kremla uważa, że Ukraińcy to "młodsi bracia", których trzeba ratować przed nimi samymi i za nich decydować.
To tłumaczy, dlaczego "twarz" operacji uprowadzania dzieci - Maria Lwowa-Biełowa - nie ukrywa, że osobiście wywiozła nastolatka ze zrujnowanego przez Rosjan Mariupola, po czym go "adoptowała". Wykorzystała to nawet na użytek propagandy, mówiąc o tym chłopcu i jego kolegach: "Kiedy przywieźliśmy ich na terytorium obwodu moskiewskiego, by trochę wyzdrowieli, zaczęła się historia, że wypowiadali się negatywnie o Putinie. Mówili różne paskudne rzeczy, śpiewali hymn Ukrainy, powtarzali 'Chwała Ukrainie' (...) Więc tak, na początku jest taki rodzaj negatywności, ale potem zamienia się to w ich miłość do Rosji".
Tylko w propagandzie Kremla ta historia może mieć happy end. Jest nim "nawrócenie" młodego Ukraińca na miłość do Rosji.
Chcieli z niego zrobić Rosjanina. "Operacja bez znieczulenia"
Ilia ma 11 lat i pochodzi z Mariupola. Wspomina, że przed wojną jego miasto było po prostu "fajne". - Wszystko było w porządku. Miałem dobrą mamę, szkołę i przyjaciół - mówi w relacji nagranej dla platformy Childrem of War.
Wszystko zmieniło się w lutym 2022 roku. Usłyszał wtedy eksplozje i zrozumiał, że wybuchła wojna. Pewnej nocy uciekł z matką do sąsiadki, by tam przeczekać ostrzał Rosjan. - Wtedy wleciała do domu rakieta... Do mamy podeszła sąsiadka i zmierzyła jej puls. Dotarło do mnie, że mama umarła - opisuje Ilia.
Sąsiadka opatrzyła rannego chłopca i pochowała jego matkę na podwórku przed domem. Jednak następnego dnia przyszli żołnierze Putina i wywieźli małego Ukraińca do szpitala w Doniecku, oddalonego o ponad 100 km. Tam operowano go bez znieczulenia. Lekarze kpili, że chłopiec przeżyje, ale teraz zamiast "Chwała Ukrainie" będzie musiał mówić "Chwała Ukrainie jako części Rosji".
Malec miał już nie wrócić do Ukrainy. Rosjanie zmuszali go do pisania w ich języku, bo w przyszłości miał być jednym z nich. Jednak o Ilię upomniała się jego babcia Ołena. Po stracie córki nie wyobrażała sobie, że może nie odzyskać wnuka. Udało się to dzięki pomocy ukraińskich służb i organizacji pozarządowych.
- Chciałbym zostać lekarzem. Być takim bohaterem jak chłopaki na pierwszej linii frontu. Bo lekarze są jak żołnierze. Zresztą wszyscy są tutaj bohaterami - ocenia Ilia.
Rosjanie składają "oferty nie do odrzucenia". Naciski, szantaż i bicie
- Wywózki dzieci z Ukrainy ruszyły już przed wybuchem pełnoskalowej wojny. W ostatnich miesiącach go poprzedzających Rosjanie zaczęli "ewakuować" młodych Ukraińców z domów dziecka i innych placówek opiekuńczych w Donbasie. Robili to pod pretekstem zapewnienia dzieciom bezpieczeństwa. To było ewidentne przygotowanie do inwazji - mówi Maria Piechowska.
Gdy żołnierze Putina dotarli już pod Kijów, nie dbali o bezpieczeństwo dzieci. Zabijali je razem z rodzinami. W Buczy, Irpieniu i we wsi Ołeksandriwka znajdowano ich ciała ze śladami tortur, a nawet gwałtów. Rosjanie nie oszczędzali nawet niemowląt.
Później zaczęli je uprowadzać z innych terenów, które okupowali, a więc z obwodów: ługańskiego, zaporoskiego i chersońskiego. - Najpierw wywozili je z różnych tamtejszych instytucji, np. szpitali i ośrodków rehabilitacyjnych, a potem także z prywatnych domów. By to się udało, składali rodzicom dzieci "oferty nie do odrzucenia". Używali różnych form nacisku i szantaży, ale też przemocy fizycznej. Zresztą to wciąż się dzieje - opisuje analityczka PISM.
Ukraińskie rodziny słyszą, że ich podopieczni jadą np. na Krym, gdzie odpoczną na wakacyjnym obozie. Mijają jednak miesiące, a dzieci stamtąd nie wracają. Odbiera się im telefony, więc nie mogą dać znaku życia matkom i ojcom. Maluchy, które znały się z jednej miejscowości, natychmiast są rozdzielane, żeby nie przyjaźniły się i nie wspierały. Mają być całkowicie samotne i zdane na rosyjskich "opiekunów".
Ludzie Putina wywożą ukraińskie dzieci daleko w głąb Rosji. Niektóre nawet mają trafiać na wyspę Sachalin, w pobliże Japonii. Chodzą do szkół, gdzie poddawane są indoktrynacji. Uczą się nie tylko historii Rosji, ale muszą przejść tzw. edukację patriotyczną. Dzień zaczynają od śpiewania rosyjskiego hymnu, a potem godzina po godzinie i dzień po dniu nasiąkają propagandą Kremla. Słyszą, że Ukraińcy to wrogowie i faszyści. Nie wolno im mówić po ukraińsku, a jeśli to robią, nauczyciele ich prześladują i biją. - Te dzieci są więc siłą "wychowywane" na Rosjan. Ale do czego Putin ich potrzebuje? - pytam Marię Piechowską.
- Kreml prowadzi politykę wynaradawiania Ukrainy, czyli dąży do wyniszczenia Ukraińców jako narodu. Deportując dzieci, osłabia potencjał demograficzny wrogiego kraju, a wzmacnia swój, rosyjski. Bo w Rosji od lat liczba urodzin spada, a śmiertelność rośnie. Oczywiście, 20 tys. dzieci z Ukrainy nie załatwi tego problemu. Pamiętajmy jednak, że wywózki wciąż trwają - podkreśla moja rozmówczyni.
Putin zabiera morze i zwraca kroplę. Stawia zaporowy wymóg
Kijów podaje, że dotąd Rosja "zwróciła" 388 ukraińskich dzieci. To kropla w morzu, ale dlaczego w ogóle Kreml najpierw kradnie dzieci i się tym chwali, a później niektóre z nich oddaje? - Rosjanie mimo wszystko trzymają się swoich procedur, a te mówią, że można zwrócić ukraińskie dziecko jego rodzicom lub opiekunom prawnym pod warunkiem, że ci osobiście po nie przyjadą do Rosji. Oczywiście, pracownicy aparatu Putina na wszelkie sposoby utrudniają Ukraińcom spełnienie tego wymogu - opisuje ekspertka.
Nawet bez utrudniania ten wymóg często okazuje się zaporowy. Po pierwsze: niektórzy opiekunowie zginęli już na wojnie, dlatego po uprowadzone dzieci nie ma się kto zgłosić. Po drugie: wielu żyjących rodziców nie wie, dokąd ma pojechać po synów i córki, bo nikt ich nie poinformował, gdzie się znajdują. Po trzecie: część dzieci wywieziono zbyt daleko, by można było do nich dotrzeć. Na przykład wspomnianą wyspę Sachalin dzieli od Chersonia ok. 7 tysięcy kilometrów. Dla wielu rodziców to dystans nie do przebycia. Zwłaszcza dla tych, którzy na wojnie stracili wszystko.
- W dodatku ze względu na trwające działania zbrojne muszą jechać przez Gruzję albo Estonię. Gdy już dotrą do Rosji, wpadają w ręce tamtejszych służb i są przesłuchiwani, czasami nawet miesiącami. Dopiero kiedy zostaną wypuszczeni, mogą próbować odnaleźć swoje dzieci na terytorium Rosji - tłumaczy moja rozmówczyni.
Putin odpowie za wywózki dzieci? Możliwe scenariusze
Rosjanie wywożą młodych Ukraińców w każdym wieku, od niemowląt po nastolatków. Wielu tym młodszym zmieniają imiona i nazwiska, a także metryki urodzin. Chodzi o to, by uprowadzeni nigdy nie mieli szans się dowiedzieć, skąd tak naprawdę pochodzą. - Pod tym względem młodsze dzieci są w gorszej sytuacji, bo nie pamiętają, skąd przyjechały. Później będzie im bardzo trudno wrócić do ojczyzny. Kijów próbuje przygotować się na takie sytuacje i robi bazę danych DNA na podstawie próbek pobranych od bliskich deportowanych dzieci - opowiada Maria Piechowska.
Z kolei dramat starszych chłopców polega na tym, że gdy tylko osiągną pełnoletniość, mogą zostać zwerbowani do armii Putina, a potem zmuszeni do walki przeciwko własnemu państwu i swoim rodakom. - Czytałam relację chłopaka, któremu na szczęście już udało się wrócić do Ukrainy, ale wcześniej przygotowywano go do takiego werbunku - opisuje.
- Myśli pani, że po wojnie takich jak on będzie więcej: wrócą do Ukrainy? - pytam.
- Po zakończeniu II wojny światowej wysłannicy rządu PRL szukali w rosyjskich sierocińcach polskich dzieci, które trafiły tam po 1939 roku. Wiele z nich nie mówiło już po polsku, umiało najwyżej zmówić pacierz w naszym języku. To był jedyny znak ich polskości. W przypadku licznych dzieci ze wschodniej Ukrainy, które deportowano do Rosji, takiego wyróżnika nie ma. Bo od początku mówią po rosyjsku i mają to samo prawosławne wyznanie, co ludzie, którzy ich wywieźli. Dlatego po wojnie będzie ogromny problem z określeniem ich pochodzenia. Niestety pewnie większość z nich nie wróci do Ukrainy - ocenia.
- Według pani Rosjanie kiedyś za to odpowiedzą? - dociekam.
- Na razie Międzynarodowy Trybunał Karny wysłał list gończy za Władimirem Putinem i Marią Lwową-Biełową. To ma znaczenie, ale niestety bardziej symboliczne i takie pewnie już zostanie. Umiem sobie wyobrazić, że na Kremlu dojdzie w końcu do zmiany władzy. Ale według mnie nie ma scenariusza, w którym Putin zostaje wydany przez swojego następcę w ręce MTK i odpowiada za zbrodnię wojenną. To jest niewyobrażalne. Bardziej prawdopodobne jest, że tej zmiany władzy nie dożyje - podsumowuje moja rozmówczyni.