,
Obserwuj
Świat

Turystyka wyborcza to game changer? Prof. Flis studzi nastroje

5 min. czytania
06.10.2023 09:12
W całej Polsce wydano już ponad 231 tysięcy zaświadczeń o głosowaniu poza miejscem zamieszkania, z czego ponad 25 tys. w samej Warszawie. Być może wielu z nas 15 października planuje jakiś wyjazd. Może to jednak też oznaczać, że kwitnie turystyka wyborcza i wyborcy chcą zagłosować w takim miejscu, w którym ich ulubiona partia dotychczas miała problemy z uzyskaniem mandatów. Czy to będzie game changer tych wyborów? Prof. Jarosław Flis studzi nastroje. - Wydaje mi się, że jeśli ktoś chce wpłynąć na wynik wyborów, to powinien pojechać z Warszawy do Sulejówka nie w niedzielę, a w piątek i przekonywać do swojego kandydata - wskazał w rozmowie z tokfm.pl socjolog.
|
|
fot. Agencja Wyborcza

Hasło "turystyka wyborcza" zyskuje coraz większą popularność. Niektórzy eksperci, a teraz już także politycy czy celebryci, przekonują, że aby pokonać PiS, wyborcy opozycji z większych miast, gdzie do tej pory PiS i tak nie mógł liczyć na duże poparcie, powinni pojechać głosować do mniejszych ośrodków, gdzie partia Jarosława Kaczyńskiego zazwyczaj miała dużą przewagę. Swoją akcję internauci oznaczają hashtagiem #WarszawskaWycieczka i umawiają się na wspólne przejazdy z Warszawy do Siedlec czy Sulejówka.

Do piątku w całej Polsce wydano już ponad 231 tysięcy zaświadczeń, które uprawniają do głosowania w miejscu innym niż tam, gdzie się mieszka. W samej Warszawie taki blankiet pobrało w urzędzie 25 tysięcy mieszkańców. Udział wyborców z Warszawy w tym "procederze" to więc prawie 11 procent.

Zainteresowanie zaświadczeniami jest nawet większe, niż w czasie ostatnich wyborów. Obecnie we wszystkich dzielnicach wydłużono godziny pracy urzędów, a w niektórych uruchamiane są dodatkowe stanowiska. Na Woli stworzono nawet osobne wejście, bo w poniedziałek kolejka liczyła ok. 40 osób. -Wchodzi się po nie wejściem od ulicy Żelaznej. Mamy tam teraz dwa stanowiska do wydawania tych zaświadczeń, a pozostałe sprawy wyborcze nadal przeprowadzamy w WOM z wejściem od strony al. "Solidarności" - powiedział tokfm.pl Mateusz Witczyński, rzecznik prasowy urzędu dzielnicy Wola. Potwierdził jednocześnie, że zainteresowanie cały czas jest duże. - W środę była kolejka, cały czas taka na 4-5 osób do tych dwóch okienek. Dziś do 12 wydaliśmy już 70 takich zaświadczeń - mówił w czwartek. Jak podał, na Woli wydano dotychczas już 1700 tych zaświadczeń, z czego ok. 400 w tym tygodniu.

Potwierdza to także Paweł Siedlecki, rzecznik prasowy dzielnicy Śródmieście. - W ostatnim czasie u nas to zainteresowanie, pewnie jak we wszystkich dzielnicach, wzrosło dwukrotnie. Wcześniej rzeczywiście mieliśmy kolejki, jednak po dołożeniu dodatkowych dwóch stanowisk te się rozładowały. Także obecnie na bieżąco te wnioski przyjmujemy i wydajemy zaświadczenia - zapewniał. I dodał, że tylko w poniedziałek wydano ponad 200 zaświadczeń. - A w ogóle mamy już ich wydanych ponad 1400 - przekazał.

Na Żoliborzu do czwartku wydano zaś 1355 zaświadczeń o prawie do głosowania poza miejscem zamieszkania. - Dziennie, przy okienkach w naszym urzędzie, obsługiwanych jest ok. 200 osób. Dodatkowo, wiele osób skorzystało z możliwości dopisania się do spisu wyborców przez internet (e-PUAP), bez potrzeby wizyty w urzędzie. Na 5 października takich osób jest 2,5 tysiąca. Z doświadczenia wiemy, że największe zainteresowanie pobraniem zaświadczeń następuje tuż przed wpływem wyznaczonych terminów, więc spodziewamy się największego ruchu w przyszłym tygodniu - poinformowała Donata Wancel, rzeczniczka prasowa urzędu dzielnicy Żoliborz.

Oczywiście, nie wiadomo, ile z tych osób chce świadomie oddać głos w ramach turystyki wyborczej, a ilu z innych względów będzie przebywać poza miejscem swojego zamieszkania.

'Czasami warto zagłosować w innym okręgu'. System wyborczy jak gra

"Można to propagować w ramach rozwoju turystyki"

O to, czy rzeczywiście wyborcom z Warszawy bardziej opłaca się głosować np. w Sulejówku, zapytałam prof. Jarosława Flisa, socjologa z Uniwersytetu Jagiellońskiego. - Tak, jeżeli pani pojedzie do Sulejówka, to siła głosu wzrasta dwukrotnie. Ale, żeby to dało jakiś rezultat, musiałoby pojechać średnio 20 tys. osób. Jeżeli z tych kilku dużych miast pojechałoby po te 20 tys. osób do sąsiedniego okręgu, to wtedy w połowie z nich przełożyłoby się to na mandat. Więc to nie jest jakieś wunderwaffe (z niem. cudowna broń) - śmiał się rozmówca tokfm.pl.

Dlatego, jak mówił, "można to propagować w ramach rozwoju turystyki". - Natomiast, jeśli chodzi o realny wpływ na wynik wyborów, to zobaczymy. Chyba, że to będzie taka akcja, że 100 tys. ludzi pojedzie, to wtedy będzie ciekawiej, ale moim zdaniem to bardzo mało prawdopodobne - wskazał prof. Flis.

Socjolog tłumaczył, że średnio na jeden mandat w Polsce przypadało w poprzednich wyborach ok. 40 tys. głosów. - Więc tak średnio partie mają jakby zaliczkę na kolejny mandat w wysokości 20 tys. głosów. I żeby ją przełożyć na cały nowy mandat, to trzeba średnio dołożyć drugie 20 tys. głosów. W związku z tym, jeśli te 20 tys. osób pojedzie, to z szansą pół na pół przełoży się to na dodatkowy mandat. Więc to tylko tyle - wyjaśnił.

Zwrócił jednak uwagę, że taka strategia niesie za sobą też ryzyko. - W Warszawie na mandat trzeba 70 tys. głosów. Więc jest szansa na to, że jak tu ubędzie te 20 tys., to dana partia nie straci mandatu, a zyska go w sąsiednim okręgu. Ale ciągle jest też możliwe, że wyjedzie tyle osób, że tu się straci, a tam się nie zyska. Także to jest ryzykowna, losowa gra - ocenił prof. Flis.

Prof. Flis: Lepiej pojechać do Sulejówka w piątek niż w niedzielę

Ekspert zastrzega też, że nie da się wcześniej obliczyć, gdzie mieliby pojechać, chociażby wyborcy Lewicy, żeby poprawić wynik swojej partii. - To zależy od tego, ile poparcia będą miały poszczególne partie, jak to się rozłoży. Więc moim zdaniem, jeśli ktoś opowiada, że wie, gdzie i ilu wyborców wysłać, to robi jakieś zupełnie chybione założenia - powiedział prof. Flis. Jak dodał, według niego warto jednak pojechać po prostu z tych okręgów, gdzie jest wyższa frekwencja do tych, gdzie jest niższa. - A u nas zazwyczaj wyższa frekwencja jest w większych miastach. W związku z tym, jak mieszka się w Warszawie - to do Sulejówka; jak w Krakowie - to do Wieliczki; jak w Poznaniu - to trzeba się dalej pofatygować aż do Obornik. Bo tam, gdzie są duże okręgi wyborcze, nie ma to większego sensu - mówił.

Prof. Flis nie jest jednak entuzjastą wyborczej turystyki. - Pisałem o tym już 12 lat temu, że warto jechać do Sulejówka, ale raczej w kontekście zwrócenia uwagi na problem, który jest w systemie. Natomiast nie po to, żeby od razu zachęcać do masowych akcji. Bo wydaje mi się, że jeśli ktoś chce wpłynąć na wynik wyborów, to powinien nie w niedzielę, tylko w piątek nastawić budzik na 5 rano, upiec ciasteczka, wziąć ulotki swojego kandydata i pojechać na dworzec w Sulejówku rozdawać je ludziom, którzy jadą do pracy. I to jest sensowniejsza, poważniejsza akcja - podsumował socjolog.

Skąd wynika zjawisko turystyki wyborczej? M.in. z tego, że w Polsce nie aktualizuje się liczby mandatów w okręgach wyborczych, w stosunku do aktualnej liczby mieszkańców. Dlatego, choćby w okręgu podwarszawskim powinno wybierać się większą liczbę posłów, bo mieszkańców tam ciągle przybywa, a z kolei w Lublinie, gdzie ludności statystycznie ubywa, mniej niż do tej pory.

To nie wszystko, co mamy dla Ciebie w TOK FM Premium. Spróbuj, posłuchaj i skorzystaj z oferty "taniej na zawsze". Wejdź tutaj, by znaleźć szczegóły >>