Niepokojące informacje. "Mieli rany od ugryzienia psa". Co się dziś dzieje na granicy?
Aleksandra Chrzanowska ze Stowarzyszenia Interwencji Prawnej jest na polsko-białoruskiej granicy od początku kryzysu humanitarnego. Od ponad trzech lat niesie pomoc humanitarną migrantom i migrantkom w lasach. Praktycznie zamieszkała na Podlasiu, w Warszawie dziś jedynie bywa.
Jak mówi w rozmowie z TOK FM, obecnie, gdy na dworze jest coraz zimniej - interwencji od osób w drodze jest mniej niż w lecie, ale ciągle są. - Ten weekend był bardzo intensywny. Dostaliśmy zgłoszenia od prawie trzydziestu osób. Zgłosiły się do nas po pomoc humanitarną. To jest dużo jak na tę porę roku. Ja osobiście pomagałam przy interwencji z udziałem osiemnastu osób - opowiada Aleksandra Chrzanowska.
Jak dodaje, w większości byli to mężczyźni, ale w grupie znalazły się też dwie kobiety. Bardzo często o pomoc błagają również nastolatkowie. Nie mają co jeść, co pić, są w lesie w przemoczonych ubraniach, niektóre osoby wpadają w stan hipotermii. - Większość z tych osób, którym pomogliśmy i od których przyjęłam pełnomocnictwa o objęcie ochroną międzynarodową w Polsce, była wcześniej push-backowana, mają doświadczenia wywózek na Białoruś. Część osób była pogryziona przez psy po białoruskiej stronie, miały rany od ugryzień psa m.in. na rękach i nogach - opowiada aktywistka.
Nasza gościni wskazuje, że bardzo obawia się nowych przepisów, które mają wprowadzić możliwość czasowego i terytorialnego zawieszania prawa do azylu, czyli jednego z praw człowieka. - Obawiam się, że o tym, czy przyjąć od kogoś wniosek, czy nie, będzie decydował funkcjonariusz Straży Granicznej, arbitralnie. Nie wiadomo, od czego ma to do końca zależeć. Kto zdecyduje i na jakiej podstawie, czy daną osobę zaliczyć do grupy wrażliwej i przyjąć od niej wniosek, czy też nie? - mówi Aleksandra Chrzanowska. Projekt zmiany przepisów, o którym pisaliśmy na naszym portalu, ma się pojawić we wtorek na posiedzeniu rządu.
Raport o sytuacji na granicy w ciągu ostatniego roku
Raport "Chcę zostać w Polsce", przygotowany na rocznicę roku rządów Donalda Tuska i jego ekipy, opracowała inicjatywa "We are monitoring", która ściśle współpracuje z Grupą Granica. "Retoryka wojenna i antymigrancka w przekazie rządowym zaostrzyła się" - czytamy w raporcie. Jego autorzy zwracają też uwagę, że agresja to już nie tylko słowa i wpisy w internecie.
"Jaskrawym przykładem konsekwencji głoszonej przez polityków narracji był wrześniowy incydent w Żyrardowie, kiedy samozwańczy 'patrol obywatelski' zaatakował hostel, w którym mieszkali pracujący w mieście cudzoziemcy. Działalność podobnych grup zaobserwowano w wielu rejonach Polski, również na pograniczu. Dziś wiemy już, że eskalacja nienawistnych treści wobec migrantów, w którą aktywnie włączyły się polskie media i politycy, była inspirowana przez Rosję" - piszą aktywiści.
Raport przedstawia konkretne historie konkretnych osób z granicy, każdy miesiąc z ostatniego roku to jedna taka historia. Niemal wszyscy mówią wprost, że najczęściej nie mają jak powiedzieć pogranicznikom, że chcą się w Polsce ubiegać o azyl. Bo na granicy nie mają prawa się odezwać. "Nie dali mi szansy z nimi porozmawiać. Zaczęli nas bić, od razu jak nas znaleźli. - Co do ciebie powiedzieli i w jakim języku? - Powtarzali tylko jedno słowo po polsku, "ku...wa". - Czy prosiłeś o ochronę w Polsce? - Nie dali mi szansy, żeby poprosić o cokolwiek" - opowiada jeden z migrantów.
"Jest u nas bardzo znane [przekonanie], żeby nie prosić [o ochronę] bo wtedy jest więcej przemocy, kiedy prosisz. Ale też taka logika, jeżeli oni sami czasem mówią, tutaj w Polsce nie ma [ochrony], albo prosimy ich o wodę - nie dają, prosimy ich o lekarstwo, nie dają. Gdzie jest logika, żebym prosił o ochronę międzynarodową? Nawet jak czasami zza słupków rozmawiamy [z polskimi funkcjonariuszami] pytamy o ochronę, mówimy, że chcemy zostać w Polsce, to oni mówią, że w Polsce nie ma czegoś takiego" - opowiadał w rozmowie z autorami raportu inny z mężczyzn.
W dokumencie czytamy, że push-backi, czyli wyrzucanie ludzi na Białoruś, jest na porządku dziennym. Nic się w tym zakresie za nowej władzy nie zmieniło. "Wśród udokumentowanych form przemocy towarzyszących pushbackom można wymienić m.in. bicie, upokarzanie, konfiskatę mienia osobistego oraz narażenie na ekstremalne warunki pogodowe. Dodatkowo, wobec ludzi w drodze używana jest przemoc słowna, często w postaci rasistowskich wyzwisk i dehumanizujących określeń" - wskazują analitycy.
Hamid z Jemenu w jednej z historii opowiada, jak został dwukrotnie wywieziony z Polski. Jak wskazuje, jeden z funkcjonariuszy, mówił po angielsku. "Dopadł nas i od razu podniósł broń, wyciągnął broń [niezrozumiałe], mały pistolet i wycelował nim w nasze głowy. Powiedział jedną rzecz: "Jeśli któryś z was zacznie uciekać, będę strzelać". A jak skończyli do nas mówić i nas bić, to powiedział: "Jak jeszcze raz was zobaczę, to was zabiję" - czytamy w opowieści.
"Byłam bardzo szczęśliwa i myślałam, że zabierają mnie do ośrodka, ponieważ trasa, którą przejechaliśmy, była długa. Ale wtedy zrozumiałam, że jestem z powrotem na granicy. [...] Kiedy stałam w bramce, złapałam się jej. Nie chciałam się ruszyć. Odwrócili się do mnie i powiedzieli: "Czemu wciąż się na nas gapisz?" Wtedy popchnęli mnie siłą, ale zanim, spryskali mnie gazem pieprzowym i wtedy dopiero siłą mnie przepchnęli tak, że upadłam" - opowiedziała badaczom Idill z Somalii.
W raporcie jest też m.in. opowieść 14-letniego Adila z Sudanu. Adil doświadczył co najmniej czterech wywózek. Nie pamięta dokładnej ich liczby, ponieważ w pasie przygranicznym spędził łącznie około czterech miesięcy. "Przynieśli mi dokument i powiedzieli, żebym podpisał, ale odmówiłem. Przyprowadzili tłumacza, który mówi po arabsku i on powiedział, żebym podpisał. Powiedziałem, że jeżeli papiery są [potrzebne] do obozu [ośrodka], to je podpiszę, ale jeśli nie są do obozu, to nie mogę podpisać" - opowiedział nastolatek. Ostatecznie dokumentów nie podpisał, został wywieziony. "Wrzucili mnie do bagna. Powiedzieli, żebym wracał do swojego kraju, pobili mnie kijami i spryskali gazem pieprzowym bez powodu. Przysięgam, nic nie zrobiłem" - dodał Adil.
"W narracji Straży Granicznej i polityków osoby przekraczające granicę polsko-białoruską nie są zainteresowane ochroną międzynarodową w Polsce. Jednocześnie w swoich wypowiedziach stwierdzają, że zaostrzenie polityki migracyjnej wynika między innymi z istotnych zmian w demografii oraz zwiększającej się dziennej liczby przekroczeń w stosunku do lat poprzednich. Trudno tu o merytoryczną dyskusję, skoro od trzech lat oficjalne dane dotyczące demografii osób dostających się do Polski przez ''zieloną granicę'' z Białorusią nie są udostępniane publicznie" - piszą autorzy raportu.