Po tragedii w Hongkongu. To koniec tysiącletniej tradycji
Siedem trzydziestopiętrowych apartamentowców w Hongkongu spłonęło na oczach świata. Katastrofa pochłonęła dziesiątki ofiar, setki uważa się za zaginione, śledczy próbują wyjaśnić jak doszło do tragicznego pożaru, a ich uwaga kieruje się w stronę... rusztowania z bambusa, na którym trwały prace renowacyjne.
- Dlaczego w Azji wciąż wykorzystuje się w budownictwie bambus?
- Jak, po wypadku, zmienią się przepisy?
Zaczniemy od samej katastrofy. Gdy słuchasz tego odcinka, jej ofiar jest prawie 150, ale będzie zapewne więcej, bo zaginieni liczeni są w setkach. I nie wiadomo nawet, ilu ich dokładnie jest. Pożar wybuchł w Tai Po, jednej z dzielnic Hongkongu. Niemal doszczętnie strawił siedem 30-piętrowych apartamentowców, które płonęły na oczach całego świata. Władze Hongkongu prowadzą intensywne śledztwo, do aresztu trafiły trzy osoby - zarządzający firmą, która prowadziła remont wieżowców. Co się dokładnie wydarzyło? Wiadomo na razie tylko tyle, że pożar zaczął się od zewnętrznego rusztowania. Bo zbudowane ponad 40 lat temu wieżowce były w trakcie renowacji. Zagadką jest jak to możliwe, że budynki na zewnątrz płonęły jak pochodnie - od parteru, po dach.
Rusztowania z bambusa
Od dołu do góry obudowane były rusztowaniami i pokryte siatką ochronną. Siatka - rzecz jasna - była plastikowa, rusztowania były... bambusowe. I to właśnie one znalazły się w centrum zainteresowania śledczych oraz opinii publicznej w Chinach i na całym świecie. Jak to możliwe, że w mieście-symbolu azjatyckiego postępu, jednej ze stolic światowych finansów, budowlane stelaże wznosi się z bambusa wiązanego plastikowymi paskami na wzór europejskiej trytytki? Odpowiedź jest nieoczywista. Powody są trzy: historyczny, budowlany i ekonomiczny. Jest też wzgląd ekologiczny. Ale to nie on decyduje o tym, że żadna budowa w Hongkongu, części kontynentalnych Chin, Indiach i w niektórych krajach Ameryki Południowej, nie obejdzie się bez dostaw z plantacji bambusa.
Bambus to trawa. I jedna z najszybciej rosnących roślin na świecie. Niektóre gatunki rosną tak szybko, że ich wzrost można zobaczyć gołym okiem. Przy dobrej pogodzie bambusa przybywa metr na dobę. Rośnie do wysokości nawet 50-ciu metrów, jego pędy, zwane źdźbłami - bo co trawa, to trawa - są puste w środku, co zapewnia mu niespotykanie wysoki stosunek wytrzymałości do masy. Innymi słowy są lekkie, ale wytrzymałe. Potrafią się giąć, a przy tym nie łamać - jak materiały sztuczne najwyższej jakości. Z tym, że włókno węglowe nie rośnie w polu niemal za darmo, a bambus - tak. I dlatego człowiek używa bambusa na tysiąc różnych sposobów. Do produkcji tkanin i papieru, w budownictwie, meblarstwie, do produkcji żywności i w paszach dla zwierząt. Nazywany jest drewnem biednego człowieka, bo stosuje się go niemal w każdym rodzaju ludzkiej działalności. I produkuje się z niego prawie wszystko, od wideł po trumny.
Historyczna tożsamość miasta
W Azji bambus od ponad 2 tysięcy lat jest niezbędny w budownictwie. W samych Chinach rzemieślników w tej dziedzinie szkoli się od setek lat. W Hongkongu robi się to do dzisiaj, a specjaliści budowlańcy z pęczkami bambusowych tyczek pracujący na wysokości kilkuset metrów zwani się spaidermenami. Specyficzna dyscyplina przez nich uprawiana pozostaje częścią kultury budowlanej miasta. I w opinii jego mieszkańców, jest świadectwem historycznej tożsamości Hongkongu. Ale uprawianie bambusowego rzemiosła budowlanego ma przede wszystkim wymiar praktyczny. Bo w mieście panuje urbanistyczna ciasnota, i marzenie o wprowadzeniu na budowę dźwigów do wznoszenia rusztowań, to marzenie ściętej głowy.
Dlatego ekologiczne konstrukcje częścią krajobrazu miasta stały się najmocniej w latach 60-tych ubiegłego wieku, gdy Hongkong rósł w górę. Z użyciem bambusowych tyczek w brytyjskiej wówczas kolonii zbudowano niemal wszystkie drapacze chmur, w tym kultową siedzibę banku HSBC, zaprojektowaną przez Normana Fostera. Tak było szybciej, taniej i wygodniej. Bambus jest łatwo dostępny i elastyczny w użyciu. W przeciwieństwie do metalowych rusztowań budowanych z gotowych, standardowych elementów, można go dowolnie przycinać. Nadawał się więc do wznoszenia konstrukcji o fantazyjnych kształtach. I tam gdzie brakuje miejsca. Bo bambusowe rusztowania wnosi się na górę na plecach w pęczkach i wiąże atestowanymi plastikowymi opaskami. Jest tani, uniwersalny i tradycyjny. Budowanie z jego wykorzystaniem jest opisane w rygorystycznych przepisach.
Miejscowe kodeksy budowalne opisują sam materiał, obowiązkowe wiązania z konstrukcją, maksymalną długość tyczek, sposób testowania wsporników i mocowań. Wszystko to jest regularnie kontrolowane. Mimo tak ścisłego nadzoru, miasto zdecydowało jednak o obowiązkowym przejściu publicznych inwestycji na rusztowania metalowe. Ma ich być co najmniej połowa. Firmy prywatne mogą wciąż stosować tradycyjne metody. Tak właśnie było w przypadku renowacji osiedla apartamentowców Tai Po, gdzie bambusowe rusztowania spłonęły wraz z wieżowcami i plastikową siatką, którymi były osłonięte. Siatka powinna być niepalna, śledztwo ma wykazać czy była.
Po katastrofie w Hongkongu w całych Chinach odbędą się kontrole placów budów. Hong Konga zaś zrezygnuje z bambusowych rusztowań w całości i na stałe. Skutek? Budowy będą kosztowniejsze i będą trwać dłużej. Bo budowanie podestów na metalowych stelażach jest bardziej skomplikowane, podobnie jak transport elementów do składania i samo składanie. W ten sposób jedno z najnowocześniejszych megamiast na świecie w XXI wieku porzuca tysiącletnią technikę.