Stawiszyński: Kiedy zakaz rozwodów i ateizmu?

Żaden świecki system prawny, żaden świecki system moralny - jeśli korzysta z wiedzy biologicznej, nie zaś z wierzeń dotyczących domniemanej rzeczywistości niewidzialnej - nie stawia znaku równości pomiędzy zapłodnioną komórką jajową a w pełni ukształtowaną jednostką ludzką.
Zobacz wideo

Zarówno w języku, jak i w ustawodawstwie istnieje stopniowalność określonych stadiów rozwoju, uprawnień i ochron. Nasiono nie jest drzewem – żołądź nosi inną nazwę i posiada inny status niż dąb. Dwuletnie dziecko nie jest dorosłym i nie przysługują mu te same prawa oraz obowiązki, jakie przysługują jego rodzicom. Z faktu, że nasiono jest potencjalnym drzewem, nie wynika – ani logicznie, ani tym bardziej faktycznie – że zobowiązani jesteśmy traktować je tak, jakby drzewem już było. Z faktu, że dwulatek jest potencjalnym osiemnastolatkiem, nie wynika – ani logicznie, ani tym bardziej faktycznie – że zobowiązani jesteśmy traktować go tak, jakby już osiemnaście lat skończył. Status – zarówno prawny, jak i moralny – obu tych bytów, obu tych organizmów, zmienia się w czasie. Poszczególne uprawnienia czy przywileje zyskują albo tracą one w miarę istotnych przemian, którym podlegają.

Żadna reguła – ani językowa, ani rozumowa, ani moralna – nie zobowiązuje nas jednak do tego, żebyśmy traktowali coś, co dopiero będzie czymś innym w przyszłości, jakby tym czymś już było.

Analogicznie sprawy się mają w przypadku legalności aborcji i statusu moralnego oraz prawnego zygoty, embrionu i płodu. Oczywiście – w procesie rozwoju ludzkiego organizmu mamy do czynienia z pewnym kontinuum, w którym nie ma wyraźnych jakościowych skoków. Co do granic, które z konieczności musimy gdzieś postawić, toczą się wciąż dyskusje. Nie ma jednak wątpliwości, że czym innym jest zygota, czym innym zaś ośmiomiesięczny płód – i że inny w związku z tym status moralny przyznaje się organizmom w tych stadiach rozwojowych.

Te różnice odzwierciedla zarówno język – w którym nie utożsamia się ze sobą aktualności z potencjalnością – jak i systemy prawne. O tak zwanym zdrowym rozsądku czy też potocznej mądrości oraz powszechnej moralności już nawet nie wspominając. Wyjątkiem jest oczywiście uzasadnienie religijne, bo też i nie istnieje żadna inna argumentacja poza religijną, która mogłaby posłużyć za wsparcie dla całkowitego zakazu aborcji.

***

W licznych wypowiedziach i komentarzach strony katolickiej, dotyczących orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego z 22 października, przewija się jeden zasadniczy wątek. Ponieważ, powiada się tutaj, my naprawdę wierzymy, że istnieje niewidzialna dusza, którą bóstwo instaluje w materii z chwilą, kiedy plemnik łączy się z komórką jajową, nie mamy wyjścia: musimy od tego momentu przyznać zygocie pełną prawną ochronę.

Tertium non datur. Albo traktujemy swoje przekonania religijne poważnie, albo przydajemy im sensu metaforycznego czy mitologicznego. Czyli twierdzimy ostatecznie, że dogmatyka jest czymś na kształt baśni, która ujmuje prawdę o świecie i człowieku nie w sposób dosłowny, a przenośny. Przy prawdach przenośnych – owszem – nie ma co się tak znowu upierać. Przy prawdach literalnych natomiast nie sposób się nie upierać, bo też i one same prezentują się jako nienegocjowalne.

Chrześcijaństwo nie jest mitem – mówią więc katolicy – lecz prawdą. Trójca Święta naprawdę istnieje, a wszechświat został stworzony ex nihilo, podobnie jak człowiek – przy czym ten ostatni na obraz i podobieństwo swojego Stwórcy. Jezus też zmartwychwstał naprawdę, a nie metaforycznie, to znaczy – naprawdę kiedyś po ziemi chodził taki człowiek, który umarł na krzyżu, a potem wstał z grobu. Gdybyśmy tam byli, to właśnie byśmy ujrzeli.

Dla tego rodzaju perspektywy, uznanie, że w przypadku opowieści o życiu Jezusa mamy do czynienia ze specyficznie przedstawionym mitem i archetypem obecnym wszakże wielu epokach i kulturach, jest dalece niesatysfakcjonujące. „A jeśli Chrystus nie zmartwychwstał, daremne jest nasze nauczanie, próżna jest także wasza wiara” – te słynne, pochodzące z Pierwszego Listu do Koryntian, słowa św. Pawła, założyciela chrześcijaństwa, w sposób precyzyjny i klarowny opisują stosunek katolika do treści wierzeń propagowanych przez Kościół rzymski.

I dlatego właśnie – podkreślają dziś katolicy zaangażowani w spór o legalność aborcji – skoro tak a nie inaczej traktujemy naszą wiarę, zobligowani jesteśmy z konieczności do troski o to, aby uzgodnić z nią państwowe prawo.

Nie możemy się więc nie domagać całkowitego zakazu aborcji, bo musimy się go domagać.

Na mocy naszych fundamentalnych założeń.

***

Chciałoby się powiedzieć – raczej fundamentalistycznych.

Taka bowiem właśnie jest istota fundamentalizmu – dosłowność. Wszystko jest tutaj bezpośrednie, naoczne i starannie oczyszczone z najdrobniejszych nawet pozostałości metafory, przenośni czy alegorii.

Chrystus naprawdę zmartwychwstał, a w zygocie naprawdę mieszka prawdziwa dusza.

Przyznajmy, jest w tym coś niesłychanie atrakcyjnego, niesłychanie uwodzicielskiego – orzekać o sprawach, o których nie można mieć żadnej wiedzy, tak jakby się tę wiedzę miało. Głosić przekonania nieweryfikowalne, niemożliwe do udowodnienia, ba, przed wymaganiem dowodzenia bezpośrednio zabezpieczone specjalnym dogmatycznym statusem, otóż głosić je tak, jakby faktycznie cokolwiek one o czymkolwiek mówiły.

W świecie ludzkich spraw – chybotliwym, niepewnym, zawodnym, naznaczonym cierpieniem, skończonością, śmiercią i nietrwałością – mieć taki punkt archimedesowy. Nienaruszalną jak skała prawdę, która jest jaka jest, niezmienna i ze wszech miar prawdziwa.

Pytanie tylko – skąd to wszystko wiadomo?

Otóż – nie wiadomo. I na tym właśnie polega problem.

***

Dlaczego jednak właśnie na tego rodzaju postulowanych prawdach mielibyśmy opierać porządek społeczno-prawny, skoro wszystko, co dziś o świecie wiemy, świadczy przemożnie, że nie sposób tych prawd w żaden sposób dowieść, a zatem nie sposób ich w żaden sposób uzasadnić?

Nie sposób ich uzasadnić, to znaczy – nie sposób poddać ich takim procedurom, które w toku rozwoju cywilizacyjnego, przejścia od teokracji do demokracji, wypracowaliśmy w odniesieniu do rozmaitych naszych przekonań, wyobrażeń i wierzeń. Wypracowaliśmy je między innymi po to, żeby zasadnie rozróżniać pomiędzy tym, o czym z dużym prawdopodobieństwem możemy powiedzieć, że jest bliskie rzeczywistości a tym, o czym tak powiedzieć nie możemy, choć być może bardzo byśmy tego z różnych względów pragnęli. Rozróżniać pomiędzy tym, co może być przedmiotem jakichś naszych osobistych przekonań – choćby najgłębszych i najszczerszych – ale co nie może zarazem obowiązywać wszystkich a tym, co obowiązujące powszechnie, bo uzasadnione, a więc umocowane w realiach.

Rozróżniać pomiędzy wiedzą a mitologią, jednym słowem.

***

Czy zatem powinniśmy uznawać nieweryfikowalne i pozbawione jakiegokolwiek odniesienia do rzeczywistości religijne przekonania za podstawę prawa obowiązującego także tych, którzy tych przekonań nie podzielają?

Nie ma żadnego takiego powodu. Są natomiast poważne przesłanki, żeby do tego nie dopuścić.

Nie tylko dlatego, że jest to uroszczenie, za którym nie stoi żadna racja, poza imperatywem poszerzania zakresu swojej władzy. Ale także, a może przede wszystkim dlatego, że w samym dyskursie religijnym nie istnieją żadne kryteria – poza czyjąś arbitralną decyzją – pozwalające rozróżnić pomiędzy tymi przekonaniami religijnymi, które trzeba uczynić podstawą świeckiego prawa, a tymi, których nie trzeba.

Słowem, jeżeli się przyjmie, że należy do systemu prawnego świeckiego państwa wprowadzić całkowity zakaz aborcji, to nie ma żadnego powodu, żeby nie wprowadzić doń całkowitego zakazu rozwodów. Nie ma też żadnych przesłanek, żeby orzec, że powinien obowiązywać całkowity zakaz aborcji, a nie powinien całkowity zakaz stosunków przedmałżeńskich. I nie ma też żadnej racji, do której można by się wtedy odwołać, żeby uchylić postulat prawnego zakazu antykoncepcji, innowierstwa albo ateizmu. Czy w ogóle czegokolwiek, co ktoś sobie arbitralnie postanowi.

Wbrew pozorom, nie jest to wcale tak zwany argument z równi pochyłej. Jest to ścisła konsekwencja uznania, że pomimo braku niereligijnych argumentów za jakimś rozwiązaniem wolno wprowadzić je do ustroju niereligijnego państwa, powołując się na religijne uzasadnienie.

Skoro bowiem raz uznamy że wyłącznie czyjeś głębokie a niedowodliwe przekonanie, że jest tak a tak, stanowić ma podstawę do meblowania rzeczywistości, w której żyją także ci, którzy tego przekonania nie podzielają – możliwe staje się kształtowanie prawa wedle dowolnych, byle intensywnych i szczerych przekonań.

Nie będzie zatem żadnego uzasadnienia, żeby odmówić prawnego usankcjonowania czegokolwiek, co będzie przedmiotem silnych wierzeń ludzi, którzy znajdą się aktualnie u władzy. Nie będzie go, bo w świecie przekonań religijnych nie istnieją żadne realne procedury ustalania co jest zasadne, a co nie zasadne. Nie istnieją zaś takie procedury, ponieważ nie istnieją żadne zewnętrzne kryteria rozstrzygania o tym, co prawdziwe, a co nieprawdziwe. Istnieją jedynie kryteria siłowe, to znaczy: za ortodoksję bądź herezję uznaje się to, co ekipa mająca w danym momencie przewagę przyjmuje za zgodne z prowadzoną przez siebie polityką. Oczywiście – dosztukowuje się potem do tego rodzaju decyzji rozbudowane uzasadnienia. Tyle że jest to kazuistyka w czystej postaci, mająca bodaj jeden cel: ukryć że działa tu jedynie siła perswazji.

Otóż tego rodzaju „metodologia” stoi na antypodach wszystkiego, co uznajemy za fundamenty demokracji.

***

Wyłączenie instytucji religijnych z obszaru władzy państwowej i uznanie, że liczy się moc argumentów, nie zaś autorytetów, że pierwszeństwo ma wiedza, a nie mitologia – było i wciąż pozostaje istotną zdobyczą cywilizacyjną. Oczywiście, w każdej chwili możemy ją utracić, choć lepiej, żeby się tak nie stało. Uznaliśmy bowiem, że jest ona dobrym rozwiązaniem nieprzypadkowo,, ale dlatego, że stoją za nią najlepsze argumenty. Odstąpienie od niej – na rzecz dowolnego fundamentalizmu, także na rzecz któregoś z fundamentalizmów nominalnie świeckich (bo przecież są i takie) – oznaczałoby więc odwrócenie się od rzeczywistości. To zaś, czego już się o niej dowiedzieliśmy – a także to, czego dowiedzieliśmy się o samym procesie dowiadywania się czegokolwiek – nie pozostawia nam wyboru i każe uznać, że fundamentalizm, każdy fundamentalizm, to nie tylko fałsz, ale i z konieczności przemoc. Nie ma wyjścia, modelowanie rzeczywistości wedle nierzeczywistych wyobrażeń zawsze odbywa się kosztem tej pierwszej.

DOSTĘP PREMIUM