Zamknięci przez prawdopodobieństwo, czyli z więzienia na oddział psychiatryczny. "Tam można doczekać śmierci"

Na oddziały psychiatrii sądowej pacjenci trafiają szybko, ale nie wychodzą z nich latami. Psychiatrzy i prawnicy mówią, że to bilet w jedną stronę, a przepisy, które miały być punktem zwrotnym, wcale nim nie były. To też najbardziej tajemniczy i zawiły obszar psychiatrii. Na oddział może trafić kilkukrotny morderca, pedofil, gwałciciel, ale też rolnik, któremu krowa uciekła z gospodarstwa.
Zobacz wideo

T. jest jednym z pacjentów szpitala psychiatrycznego w Starogardzie Gdańskim. T. twierdzi, że jest w nim przetrzymywany. Mówi, że w więzieniu spędził łącznie ponad siedem lat, później sąd zdecydował, że trafi na oddział. Przebywa w nim od niemal dwóch lat i przechodzi terapię dla sprawców przestępstw seksualnych, ponieważ za takie T. został skazany. Nie zgadza się jednak z wyrokiem, a po wielu latach wciąż uważa się za niewinnego. Wytyka sędziemu błędy, które miał popełnić podczas rozprawy.

Opowiada, że wielokrotnie pisał skargi do dyrekcji szpitala, NFZ i sądu. T. skarży się na warunki w placówce, które opisuje jako tragiczne. Wysyła zdjęcia skromnych posiłków, pisze o tym, że zaatakował go inny pacjent, a on jest zastraszany. Relacjonuje, że choć pod opinią o jego postępach w terapii podpisało się trzech biegłych lekarzy, to on rozmawiał tylko z jednym. Posiedzenia sądu, na których zapada decyzja, czy może już opuścić szpital, są jego zdaniem notorycznie przesuwane, choć powinny odbywać się co pół roku.

Przyczyn tej sytuacji T. upatruje w pieniądzach, które placówka ma dostawać na jednego pacjenta. I dlatego T. twierdzi, że nie wie, ile jeszcze czasu spędzi w zakładzie psychiatrycznym. Opisuje, że na początku usłyszał, że terapia potrwa około dwóch lat. Dwa lata miną w czerwcu, a T. jest przekonany, że do tego czasu nie opuści zakładu. Bo wie, że inni pacjenci przebywają w nim latami. Mówi, że warunki na oddziale są gorsze niż w więzieniu, a swoją terapię mógłby odbywać na wolności.

Najpierw wyrok, potem oddział psychiatryczny

Jednak na oddziały psychiatrii sądowej trafiają nie tylko sprawcy przestępstw seksualnych. Aby wyjaśnić system, prawniczka doktor Małgorzata Pyrcak-Górowska dzieli sprawców na pięć grup. - Pierwsza to osoby niepoczytalne, czyli te, które nie rozpoznają prawidłowo rzeczywistości, najczęściej z uwagi na chorobę psychiczną - zaczyna. I wyjaśnia, że osoba niepoczytalna nie popełnia przestępstwa, tylko czyn zabroniony, więc nie da się jej przypisać winy i wymierzyć kary. Wówczas sąd nie wydaje wyroku skazującego, tylko stosuje środek zabezpieczający. Bezterminowo. Jednym ze środków jest detencja psychiatryczna, czyli właśnie umieszczenie w szpitalu.

- Druga grupa to osoby, które są chore psychicznie albo upośledzone umysłowo, popełniły przestępstwo, ale w stanie znacznie ograniczonej poczytalności - wymienia dalej prawniczka. Jak tłumaczy, takie osoby nie są niepoczytalne, ale nie mają też zdolności, aby rozpoznać znaczenie czynu tak jak osoba zdrowa. Taka osoba może trafić do więzienia, ale równocześnie sąd może umieścić ją w szpitalu psychiatrycznym. Zwykle najpierw musi odsiedzieć wyrok, a potem trafia na leczenie do szpitala. Również bezterminowo.

Trzecią grupą są osoby z zaburzeniami preferencji seksualnych, wśród których jest T. Jak wyjaśnia prawniczka, w Polsce biegli najczęściej przyjmują, że zaburzenia preferencji seksualnych nie skutkują ani niepoczytalnością, ani ograniczeniem poczytalności. - Sprawca najczęściej będzie traktowany w procesie karnym jako osoba poczytalna. Sytuacja będzie analogiczna do poprzedniej, czyli może być skazany na karę pozbawienia wolności, a równocześnie orzekany jest środek zabezpieczający, czyli pobyt w szpitalu psychiatrycznym - wyjaśnia.

Poza tym na oddział mogą trafić osoby aresztowane na obserwację, jeżeli biegli psychiatrzy nie są w stanie po jednym badaniu stwierdzić, czy dana osoba jest poczytalna, czy nie. O takiej obserwacji również orzeka sąd. Ostatnią grupą są osoby, które w szpitalu, ze względu na swój stan zdrowia, spędzają tymczasowy areszt. Choć znacznie częściej trafiają na oddziały szpitalne w aresztach. - Ale te dwa przypadki nie mają nic wspólnego ze środkami zabezpieczającymi - zaznacza prawniczka.

Za błahostki na oddział

Same oddziały psychiatrii sądowej podzielone są na trzy stopnie zabezpieczenia. Oddziały o podstawowym zabezpieczeniu to te, które działają również na oddziałach psychiatrii ogólnej, a sprawcy mogą czasowo przebywać nawet poza zakładem. Dalej są oddziały wzmocnionego zabezpieczenia, a na końcu oddziały maksymalnego zabezpieczenia. W nich bezpieczeństwa pacjentów i pracowników strzegą ochroniarze, a wejścia do budynków i oddziałów mają kilkustopniowe zabezpieczenia, przypominające te w więzieniach. 

Rzecznik Praw Pacjenta publikuje na swojej stronie modelową historię pana Jarosława, który przebywał kilka lat na oddziałach o różnym stopniu zabezpieczenia. "Pozytywnie ocenia pobyt na oddziale o podstawowym zabezpieczeniu i chętnie korzysta z zajęć terapeutycznych oraz zezwoleń na czasowy pobyt poza szpitalem" - czytamy. I dalej o tym, że początki były dla pana Jarosława trudne, że izolacja od wcześniejszego życia wzbudzała w nim agresję, co kończyło się stosowaniem środków przymusu bezpośredniego, ale całą terapię ocenia pozytywnie.

Tyle modelowych historii, bo rzeczywistość wygląda inaczej. Łącznie w Polsce jest 35 zakładów psychiatrycznych, w których działają oddziały z podstawowym stopniem zabezpieczenia, do tego 17 z oddziałami o wzmocnionym zabezpieczeniu. Te o maksymalnym stopniu zabezpieczenia działają tylko w Branicach i Starogardzie Gdańskim, gdzie przebywa T. Do tego jest jeszcze ośrodek w Gostyninie. - Starogard i Gostynin działają bardzo podobnie. Można tam doczekać śmierci - mówi Krzysztof Olkowicz, który w biurze RPO zajmuje się psychiatrią sądową. 

- W Starogardzie jest pacjent, który przebywa tam od 51 lat. Dokładnie od 1970 roku. Przez cały ten czas w ogóle nie wychodził na zewnątrz. Został skazany za podwójne zabójstwo - opowiada Olkowicz. - Jestem w kontakcie z nim i jego rodziną. Chciałbym doprowadzić do tego, żeby nie umierał w zakładzie. Już dla niego miejsce znalazłem w jednym z DPS-ów, pani doktor widzi możliwość, żeby go tam skierować, ale jeszcze sąd musi się zgodzić - mówi.

Wspomina też pacjenta w Suchowoli, który na oddział trafił, bo miał gospodarstwo rolne, a jego krowa notorycznie wychodziła przez dziurawe ogrodzenie na zewnątrz. - Zrobiono mu sprawę karną, dostał wyrok w zawieszeniu, ale krowa nie zrozumiała tego wyroku i znowu wyszła - opowiada. - Wtedy zastosowano wobec niego środek zabezpieczający i skierowano go na oddział psychiatrii sądowej. Kiedy tam pojechałem, zobaczyłem, że ten człowiek ma zakaz hodowli zwierząt gospodarskich. Ale on już się nie ruszał, nie mógł chodzić. Nie było najmniejszego uzasadnienia, żeby go tam trzymać, ale lekarze i tak przez lata pisali, że zamierza hodować zwierzęta gospodarskie - wzdycha.

Programy na papierze

W opiniach dla sądu, które biegli lekarze wystawiali T., można przeczytać, że wymaga on dalszego pobytu w szpitalu psychiatrycznym, ponieważ jego ewentualny pobyt na wolności "sprowadza w dalszym ciągu wysokie prawdopodobieństwo popełnienia czynu o znacznej szkodliwości społecznej". Pod dokumentem widać podpis dwóch lekarzy psychiatrów i jednego psychologa. T. twierdzi, że jego pobyt na wolności nie powoduje żadnego zagrożenia, a on mógłby odbywać terapię na wolności. 

Olkowicz przyznaje, że nie zna sprawy T., jednak wie, że z opiniami biegłych bywa różnie. - Powiedzmy, że na sześćdziesiąt opinii przyzwoicie jest napisanych pięć. Jakość tych opinii pozostawia wiele do życzenia - ocenia. - To sprawy o tyle trudne, że widać w nich pewien oportunizm. Niektórzy sędziowie uważają, że lepiej będzie, jeżeli taki człowiek zostanie w zakładzie, bo jak wyjdzie i kogoś zgwałci, to wszyscy będą pytali, który sąd i dlaczego uchylił środek. Nie chcę mówić, że wszyscy sędziowie na tej zasadzie działają, ale przecież tylko jedna osoba od samego początku opuściła Gostynin - zauważa.

Wymienia kolejny z długiej listy problemów, czyli to, że sprawca rzadko kiedy przechodzi w szpitalu terapię z prawdziwego zdarzenia. - Oddziały są przepełnione, jest jeden terapeuta na czterdziestu pacjentów. Podawane są leki, ale prawdziwa systemowa terapia to raczej mit niż rzeczywistość - stwierdza Olkowicz. - Trudno powiedzieć, że pobyt na tych oddziałach ma charakter leczniczy. Nie spotkałem się, aby prowadzono aktywizację zawodową pacjentów, taką, która mogłaby ich przygotować do życia po wyjściu z oddziału - stwierdza.

Olkowicz mówi, że choć programy terapeutyczne są, to jednak w praktyce, przez brak pieniędzy, infrastruktury i personelu, pozostają tylko na papierze. Stwierdza, że w kwestii priorytetów, o ile w ogóle w polskim systemie psychiatrię można nazwać priorytetem, najpierw jest psychiatria dorosłych, potem psychiatria dziecięca, a na szarym końcu psychiatria sądowa. - Pozostaje łóżko, zamknięta sala, a terapia to fikcja. Nuda i bezczynność nie może być sensem wykonania środka, ale tak niestety jest - ubolewa.

Leczy się tak, jak się da

T. opowiada, że terapię ma tylko w poniedziałki, środy i czwartki. Każdy dzień po godzinie. Ostatnio na jednym ze spotkań pisał list do swojej ofiary, później czytał go przed resztą grupy. W pozostałe dni pacjenci po prostu siedzą w pokojach. T. twierdzi, że nie ma żadnych zajęć. Mówi, że od szóstej rano mogą odbierać laptopy i tablety, które na noc oddają do świetlicy. Większość pacjentów do późnego wieczora gra na tabletach, przegląda internet. Mało kto czyta. Jest tylko godzina spaceru, kto chce, może wyjść na zewnątrz. T. mówi też, że ostatnio pracuje umysłowo, bo zaczął rozwiązywać krzyżówki.

Wróćmy na stronę Rzecznika Praw Pacjenta, gdzie czytamy, że w trakcie pobytu na oddziale sądowym sprawca objęty jest odpowiednim postępowaniem leczniczym, terapeutycznym, rehabilitacyjnym i resocjalizacyjnym. Resocjalizacja pacjenta, czytamy dalej, ma na celu poprawę stanu zdrowia i jego zachowania w stopniu umożliwiającym powrót do życia w społeczeństwie i dalsze leczenie w warunkach poza zakładem. Dlatego co najmniej raz na pół roku kierownik zakładu psychiatrycznego przesyła do sądu opinię, na podstawie której sąd orzeka o dalszym stosowaniu środka lub zwolnieniu sprawcy na wolność.

Również doktor Krzysztof Kołcz, zastępca dyrektora szpitala psychiatrycznego w Starogardzie Gdańskim, zapewnia, że każdy pacjent jest leczony najlepiej, jak można. Leczy się psychiatrycznie, najczęściej farmakologicznie, pacjenci przechodzą psychoterapię, są zajęcia z psychoedukacji, szpital zatrudnia specjalistów leczenia odwykowego. - Do tego oddziaływania socjologiczne, czyli nauka funkcjonowania w społeczności, codziennego radzenia sobie z problemami - wymienia lekarz. - Każdy pacjent ma indywidualny plan terapii, bo inaczej leczy się osobę z wyższym wykształceniem i chorobą afektywną, a inaczej osobę na pograniczu upośledzenia umysłowego z towarzyszącą schizofrenią - podkreśla.

- Wiadomo, że jeżeli mam na oddziale jednego psychologa na kilkudziesięciu pacjentów, to jest trudniej, niż jakbym mógł zatrudnić czterech - przyznaje. Po chwili jednak dodaje, że oddziały psychiatrii sądowej spełniają wymagania, jakie stawia przed nimi NFZ. Natomiast sam fakt, że te oddziały finansuje NFZ i Ministerstwo Zdrowia, ocenia jako kolejny systemowy problem. - Dlaczego tak? Tego nie wie nikt - oznajmia. - Dlaczego Ministerstwo Sprawiedliwości się do tego nie dokłada? To jest dla mnie wielka zagadka, ponieważ co ma NFZ do krat czy do personelu, który musi monitorować śluzę przy wejściu? - zastanawia się.

Punkt zwrotny, który zaprowadził donikąd

W psychiatrii sądowej przełomem miał być rok 2015, gdy wprowadzone zmiany miały sprawić, że pacjentów na zamkniętych oddziałach będzie mniej, a sprawcy błahych przestępstw w ogóle nie będą tam trafiać. Wówczas na jaw wychodziły głośne pomyłki, jak sprawa Stanisława B., który po kradzieży siedmiu paczek kawy został uznany za niepoczytalnego, a w zakładzie psychiatrycznym spędził osiem lat. W ubiegłym roku dostał za to dwa miliony złotych odszkodowania. Po zmianach sprawcy takich przestępstw mieli być obejmowani przymusowym leczeniem, ale na wolności.

- Przed zmianami środki zabezpieczające można było stosować wyłącznie wobec osób niepoczytalnych. Sytuacja wyglądała tak, że detencja psychiatryczna była jedynym środkiem, który można było orzec. Albo detencja, albo nic - przypomina doktor Pyrcak-Górowska. - Był problem ze sprawcami drobniejszych czynów, kradzieży, zniszczenia mienia czy gróźb karalnych. To nie są to czyny na tyle poważne, by uzasadniały zastosowanie detencji, ale jeżeli taka osoba była uciążliwa, to sądy często detencję stosowały - mówi.

Dlatego prawnicy alarmowali, że detencja jest nadużywana, a do szpitali trafia zbyt dużo sprawców, którzy wcale nie powinni się tam znaleźć. Twierdzili, że gdyby ci sprawcy byli sądzeni jako poczytalni, to dostaliby znacznie krótsze wyroki niż czas, który spędzili na oddziałach. Albo w ogóle nie trafiliby za kratki. - Po 2015 roku został wprowadzony nowy środek zabezpieczający, który polega na tym, że można zobowiązać sprawcę do tego, aby leczył się ambulatoryjnie - mówi prawniczka. - Mieliśmy nadzieję, że on wyprze stosowanie detencji w przypadku sprawców, którzy nie popełnili poważnych czynów. Ale okazało się inaczej - dodaje.

Do szpitali psychiatrycznych nadal trafią sprawcy choćby gróźb karalnych, a leczenie ambulatoryjne sądy stosują zazwyczaj wobec tych, którzy wcześniej nie dostaliby żadnego środka zabezpieczającego. Z danych, które zebrała prawniczka, wynika, że po 2015 roku liczba wniosków do sądów o zastosowanie środka zabezpieczającego wzrosła dwukrotnie. Od ok. 1,1 tys. w 2010 roku do ok. 2,2 tys. w 2019 roku, a liczba orzeczeń zwiększyła się w tym czasie od ok. 700 do 1,3 tys. Jak jednak dowiadujemy się w Ministerstwie Sprawiedliwości, resort nie prowadzi statystyki i nie wie, ile osób przebywa obecnie na oddziałach. A Ministerstwo Zdrowia nie odpowiada na nasze pytania.

Poza tym sam fakt, że sąd skierował sprawcę na przymusowe leczenie na wolności, wcale nie oznacza, że nie trafi on do szpitala psychiatrycznego. Krzysztof Olkowicz z biura RPO mówi, że jeżeli żadna placówka nie przyjmie sprawcy na leczenie ambulatoryjne, co zdarza się stosunkowo często, to i tak trafia on na zamknięty oddział. Bywa, że nawet kilkaset kilometrów od miejsca zamieszkania. 

Opinie, wnioski, rozprawy, a miesiące mijają

Kilka dni temu w sprawie T. odbyło się kolejne posiedzenie, na którym jednak nie stawiła się jedna z biegłych. T. pisze, że nowy termin sąd wyznaczył na połowę kwietnia, a on nadal przebywa w zamkniętym zakładzie. Pytam doktora Kołcza wprost o to, czy szpitale przetrzymują pacjentów celowo, bo dostają za to pieniądze. Tak jak twierdzi T. - Tyle w tym prawdy, ile w legendzie, że karetki jeżdżą po ulicach i zwożą do szpitali psychiatrycznych - odpowiada lekarz. - Za wydanie nieprawdziwej opinii psychiatrze grozi dziesięć lat pozbawienia wolności. Zdaje się, że to okres przekraczający czas trwania przeciętnej detencji - mówi.

- Poza tym to nie jest tak, że psychiatra wypuszcza albo nie wypuszcza. Zwolnienie z detencji wiąże się z przesłuchaniem biegłych, wydaniem opinii okresowej, na rozprawie jest obowiązkowo adwokat pacjenta, pacjent też może brać udział - wyjaśnia dalej. - Jeśli sąd ma wątpliwość, to powołuje inny zespół biegłych. Jeśli dalej ma wątpliwość, to kolejny. Raz sąd powołał czwarty zespół biegłych, bo trzy poprzednie składały identyczne opinie. Sprawa z wnioskiem o uchylenie detencji ciągnie się miesiącami, trzy, cztery, pięć posiedzeń sądowych. Trwa to bardzo długo - mówi.

Również doktor Pyrcak-Górowska wątpi w to, że szpitale przetrzymują pacjentów dla pieniędzy. Zauważa, że oddziały są przepełnione, zdarzają się nawet kolejki. Dostrzega jednak problem gdzie indziej. - Oczywiście są przepisy, które przewidują odpowiedzialność biegłych, ale moim zdaniem ciężko byłoby je zastosować w takiej sytuacji. W przepisach mowa jest o sporządzeniu fałszywej opinii - mówi. - Opinie biegłych psychiatrów polegają na tym, że w oparciu o swoją najlepszą wiedzę prognozują przyszłość. Jak można byłoby powiedzieć, że biegły prognozuje przyszłość w sposób fałszywy? Co innego gdyby wiedział, że osoba jest zdrowa, ale napisał, że jest chora psychicznie - tłumaczy.

- Często jednak jest tak, że detencja jest stosowana, a później kontynuowana, jeżeli prawdopodobieństwa popełnienia czynu o znacznej szkodliwości społecznej nie da się z całą pewnością wykluczyć - zauważa. - Mam wrażenie, że ciężar dowodu jest często odwrócony, to znaczy jeżeli nie da się tego prawdopodobieństwa wykluczyć, to jest stosowana detencja. To trochę wypaczenie przesłanek kodeksowych - mówi prawniczka.

Pewności nie ma nigdy, bo jest tylko prawdopodobieństwo

Lekarze znają stan pacjenta, który jest na oddziale, wiedzą, jak przebiega choroba i proces leczenia. Widzą, że jedni robią większe postępy, inni mniejsze, jedni chcą się leczyć, a inni wprost przeciwnie. Część pacjentów chodzi na wszystkie zajęcia, część nie robi nic. Niektórzy próbują przemycać alkohol albo narkotyki. Zwykle jednak łączy ich to, że nie chcą być w szpitalu. - Kiedy piszemy wniosek o zwolnienie z detencji, jest on swego rodzaju gwarancją, świadectwem lekarzy leczących, że przez najbliższych kilka lat pacjent nie dokona czynu o znacznej szkodliwości społecznej - zaznacza doktor Kołcz.

- Możemy z większą lub mniejszą dokładnością ocenić aktualny stan psychiczny i rokowania na przyszłość. Ale są uwarunkowania zewnętrzne, na które nie mamy wpływu. Patologiczne środowisko, z którego dana osoba pochodzi, brak wsparcia środowiskowego. Pacjent może być samotny, bo rodzina może nie chce z nim mieszkać. Nie można wypisać pacjenta ze szpitala w kosmos. Trzeba powiedzieć, gdzie będzie mieszkał, co będzie robił, gdzie się będzie dalej leczył, kto zagwarantuje, że będzie chodził do poradni, a nie trafi na melinę, gdzie będzie pił - podkreśla.

Rozwiązaniem może być nadzór kuratora, jednak dr Kołcz mówi, że kurator będzie bezradny, gdy pacjent nagle zniknie, nie zamieszka tam, gdzie powinien. Poza tym psychiatrzy nigdy nie mają pewności, że pacjent nikomu nie zrobi krzywdy. - Nie ma mądrego, który by powiedział z całą pewnością. To jest większe lub mniejsze prawdopodobieństwo - mówi psychiatra. - Zdarza się, że do naszego szpitala wracają pacjenci, którzy zostali zwolnieni z detencji. Osoba o najlepszych rokowaniach, w najlepszej formie, z najlepszymi wynikami, wychodzi ze szpitala i nagle traci mieszkanie. Ląduje na ulicy i wszystkie nasze plany się walą, bo zmienia się czynnik, na który nie mamy wpływu - stwierdza.

- Jeżeli mamy pacjenta młodego, dobrze współpracującego, który jest u nas pierwszy raz, jest sprawny intelektualnie, nie jest uzależniony, a później może trafić pod troskliwą opiekę kochającej rodziny, do tego jeszcze czyn miał charakter sporadyczny, to oczywiście rokowania są lepsze. Jeżeli nie, to rokowania są gorsze. Bywa tak, że pacjent przebywa w szpitalu latami, bo nie ma dokąd pójść - mówi.

DOSTĘP PREMIUM