"W pewnym momencie następuje etap żurku". Opowieść o Polakach na wakacjach

Praca pilota wycieczek to nie są pełnopłatne wakacje. - Człowiek często kona ze zmęczenia, a pracuje od rana do wieczora. Ludzie, których znam, a którzy traktowali pilotaż jako wakacje, szybko odpadali z zawodu - mówiła w TOK FM Beata Radecka.
Zobacz wideo

Praca pilota na wycieczkach ludziom kojarzy się zazwyczaj po prostu z darmowymi wakacjami. Wszak to przecież uczestniczy wyjazdu "składają" się na pobyt swojego pilota i jego pensję.

Jak tłumaczyła w TOK FM Beata Radecka, która w ramach Go Travel organizuje autorskie wycieczki po całym świecie, takie myślenie to błąd. – W zasadzie przez cały wyjazd panuje duże napięcie, przecież to właśnie pilot jest odpowiedzialny za swoich podopiecznych. Człowiek często kona ze zmęczenia, a pracuje od rana do wieczora. Ludzie, których znam, a którzy traktowali pilotaż jako wakacje, szybko odpadali z zawodu. Członkowie wycieczek często się po prostu na nich skarżyli – mówiła.

Czytasz? Zacznij SŁUCHAĆ! Teraz możesz zrobić to za 1 zł

A jak Polacy wypadają podczas zagranicznych wyjazdów? - Bywa różnie – zaczęła Radecka. Jak stwierdziła, największym problemem jest rozjazd między oczekiwaniami turystów wobec danego kraju a rzeczywistością.

– Wtedy obwiniają wszystkich: pilota, organizatorów, miejscowych. Miałam kiedyś taką wycieczkę w Peru. Wybrały się  na nią cztery znajome. Jedna była bardzo niezadowolona, bo po prostu źle wybrała sposób wypoczynku. Chciała leżeć na plaży z drinkiem, a trafiła na objazdówkę w Peru i Boliwii, gdzie większość czasu spędza się w autokarze, żeby zobaczyć jakieś ruiny czy życie miejscowych. Dopiero po jakimś czasie dziewczyna zrozumiała, że dała się namówić na wycieczkę, która nie spełniała jej oczekiwań – wspominała gościni TOK FM. Radziła też, żeby dokładnie sprawdzać, na jaką wycieczkę się wybieramy, żeby uniknąć podobnych rozczarowań.

Przykre momenty

Radecka przyznała, że zdarza się, iż podczas wyjazdów dochodzi do bardzo przykrych i nieprzyjemnych zdarzeń. – Czekaliśmy na śniadanie w restauracji. Obsługiwała nas czarnoskóra kelnerka, która miała bardzo wiele zamówień i po prostu nie wyrabiała się z pracą. Jeden z panów stwierdził na głos, że minęło już 500 lat, a "oni" dalej nie wiedzą, jak obsługiwać białego człowieka - wspominała.

– Zdębiałam – przyznała. I dodała: "czasem z ludzi wychodzi poczucie wyższości lub zwykły rasizm". Ale podkreśliła też, że na szczęście do takich sytuacji nie dochodzi zbyt często, a w tej konkretnej przy stole zapanowała taka martwa cisza, że autor obraźliwej wypowiedzi poczuł, iż zachował się żenująco.

Beata Radecka organizuje wyjazdy dla bardziej wymagających klientów, przede wszystkim w odleglejsze rejony świata, więc siłą rzeczy jest to droższy sposób na spędzanie wakacji. Jednak przez lata pracowała jako rezydentka dużego biura podróży na Majorce. Jak przyznała, nawet wtedy dość rzadko miała problemy z Polakami, którzy na wakacjach nadużywaliby alkoholu.

– Wspominam jeden taki przypadek, że pan wpadł nam po prostu w ciąg alkoholowy na wakacjach, wcześniej (przed wyjazdem) się leczył. Nawet nie chcieli go przyjąć do szpitala. Okazało się, że ta placówka miała problemy... z Niemcami i Holendrami, którzy zniszczyli im aparaturę. Finalnie udało mi się skrócić tej parze, bo to było małżeństwo, urlop o tydzień. Stracili pieniądze, ale ta kobieta bardzo mi za to dziękowała – opowiadała w rozmowie z Ewą Podolską.

Wybredny jak... Polak

Osobnym tematem jest kwestia jedzenia podczas zagranicznych wyjazdów. Okazuje się, że Polacy potrafią być bardzo wybredni.

 – Byłam raz w niedużej grupie 10 osób na wycieczce w Szanghaju. Podawano różne potrawy i jeden z panów się uniósł. Miał pretensję, że nie je "normalnego" chińskiego jedzenia. Bo jego kolega w Bydgoszczy prowadzi chińską restaurację i tam jest dopiero chińskie jedzenie! To mnie zafascynowało, bo wiadomo, że chińskie jedzenie w Europie jest dostosowane do naszych wymagań. Różni się od orientalnego w państwie pochodzenia. Takich sytuacji miałam kilka – podkreśliła gościni TOK FM.

Pilotka i właścicielka biura podróży przyznawała, że do końca nie rozumie fenomenu "polskich stref", czyli organizowania w zagranicznych ośrodkach i hotelach wypoczynku dla naszych rodaków z rodzimą kuchnią, muzyką i "atmosferą".

– Sama jem to, co jest w danym miejscu. Natomiast w pewnym momencie wycieczki, np. po 10 dniach, następuje... etap żurku. Wiele osób siedzi wtedy nad regionalną potrawą i wspomina, że najchętniej zjadłoby teraz rosół, żurek czy schabowego. To też zupełnie normalne i sama uczestniczę w tych dyskusjach – przyznawała z uśmiechem Beata Radecka.

DOSTĘP PREMIUM