"Chcę być wolny". Historia człowieka, dla którego nie ma miejsca

Adam miał 13 miesięcy, gdy lekarze przy stole operacyjnym wybrali mu płeć. Pomylili się. Przez całe dzieciństwo przerzucano go z miejsca na miejsce, bo nigdzie "nie pasował". Odebrano mu tożsamość, potem sąd odebrał mu wszelkie prawa. Niedługo zostanie zamknięty w miejscu, z którego nie ma wyjścia.
Zobacz wideo

Spotkałem nieco zagubionego chłopca. Nie więcej niż 150 cm wzrostu, krótkie włosy. Ubrania w rozmiarze S, które i tak na nim wiszą. Do tego cieniutki chłopięcy głosik i rozbrajający szeroki uśmiech. Chłopiec plątał się po galerii handlowej. Zaczepiał ludzi, zagadywał. W końcu się przysiadł.  Był zdziwiony, a nawet wdzięczny, że ktoś go słucha. Jak powiedział, że ma 19 lat, byłem pewien, że coś kombinuje, bo wyglądał, jakby zerwał się z lekcji w podstawówce. 

Adam rzeczywiście ma 19 lat. Wszystko, co mi opowiedział, potwierdziłem u osób, które go znają. Część z nich była zaangażowana w opiekę nad nim, część przebywała w placówkach, w których mieszkał do tej pory.

Adam nikogo nie skrzywdził, ale sam był krzywdzony wiele razy. Chce opowiedzieć swoją historię, by już nikt nie decydował za niego. Większość osób, z którymi rozmawiałem, nie wie, co z nim zrobić. Padł więc pomysł, by go zamknąć.

Nikogo

Adam urodził się w marcu 2002 roku. Od początku miał pod górkę. Jego matka nie mogła się nim opiekować, często bywała w szpitalach psychiatrycznych. Dziś mieszka w domu pomocy społecznej i nie chce widywać syna, jakby wyparła go z pamięci.

Opieka ojca też od początku nie wchodziła w grę - mężczyzna miał problemy z alkoholem i narkotykami. Dwa razy trafiał za kratki. Drugi wyrok miał za morderstwo. Z tego, co udało mi się ustalić, zmarł w 2008 roku. Jego syn go nie pamięta. Nie ma więc nikogo, a przynajmniej nikogo z bliskich, kto chciałby z nim utrzymywać relacje.  

Miesiąc po urodzeniu Adam trafił do domu dziecka. Placówka, która mieści się we Wrocławiu przy ulicy Parkowej, do dziś wygląda jak pałac z czerwonym dachem, otoczony drzewami. Tu 19-latek spędził pierwsze lata swojego życia. To właśnie w tym okresie zapadła decyzja, że będzie dziewczynką.

Hermafrodyta

Adam urodził się jako hermafrodyta. Układ jego chromosomów nie pozwalał na jednoznaczne stwierdzenie płci. Badanie budowy narządów płciowych też nie rozwiewało wątpliwości. Stwierdzono u niego zespół Turnera. W Klinice Endokrynologii Wieku Rozwojowego zdecydowano: to będzie dziewczynka.

Miał kilkanaście miesięcy, gdy przeprowadzono operację. Wtedy został Adrianną. Ubierano go jak dziewczynkę, zwracano się jak do dziewczynki. I tak przez wiele lat - do czasu, aż sam zaczął mówić o sobie Adam. Dziś mówi stanowczo: "Jestem mężczyzną, czuję się mężczyzną, a jednym z moich marzeń jest operacja. Chcę wyglądać jak mężczyzna". Adam nie rozumie do końca, jak ludzie mogli go tak okaleczyć.

"Dziś mamy inną wiedzę"

Profesor Aneta Gawlik jest kierownikiem Oddziału Pediatrii i Endokrynologii Dziecięcej z pododdziałem zajmującym się zróżnicowanym rozwojem płciowym. O sprawie Adama nie może powiedzieć wiele, bo nie ma dostępu do dokumentacji medycznej. Przyznaje jednak, że prawie 20 lat temu takie operacje się zdarzały. Powody były różne.

- I wtedy, i dziś nie da się określić jednoznacznie, jaka jest płeć mózgowa dziecka, zanim ono samo się w tej sprawie nie wypowie - zaznacza profesor, podkreślając, że medycyna nie daje tu rozwiązania. Kilkanaście lat temu próbowano więc podejmować decyzje na wczesnym etapie życia. Operacja, zdaniem wielu, miała załatwić sprawę. Dziś jasne jest, że często stawała się początkiem dramatu.

- Z perspektywy początku XXI wieku, kiedy do tego doszło, nie można powiedzieć, że taka operacja była błędem. Dziś mamy inną wiedzę. Teraz do takich operacji nie powinno dochodzić - mówi profesor Gawlik i dodaje, że są kraje, w których takie procedury są wręcz zakazane.

Co się więc powinno zrobić? Dokładnie diagnozować, a z zabiegiem czekać do momentu, aż człowiek sam będzie w stanie określić swoją płeć. Profesor zwraca jednak uwagę na jeszcze jeden aspekt. Obecność pewnych elementów anatomicznych w organizmie może prowadzić do rozwoju nowotworów. To też mogło mieć wpływ na podjęcie decyzji przez lekarzy 18 lat temu. Dlaczego dla Adama wybrano płeć żeńską? - Bo taki zabieg jest łatwiejszy z technicznego punktu widzenia - zaznacza profesor. Oczywiście takie procedury były wykonywane w uzgodnieniu z rodzicami i tylko za ich zgodą. Wiemy, że Adam był wtedy podopiecznym domu dziecka.

Krzywda, której się nie leczy

Jedna z byłych opiekunek, opowiadając o Adamie, cały czas używa imienia Ada. - Przepraszam, ale przyzwyczaiłam się - przyznaje kobieta, która wspomina, że Adam jako dziecko miał długie blond włosy. Często się uśmiechał, lubił dużo biegać, potrzebował tego ruchu. Był silny. - Nie siedział spokojnie i nie wybierał kolorowych kredek. Musiał się poruszać - opowiada, po chwili stwierdza, że od początku było widać, że to chłopak. Ale on sam nie mówił o byciu chłopcem, nikt go też o to nie pytał. Tak sobie żył, jak to dzieci w placówce.

Po kilku latach trafił do domu dziecka w Pisarzowicach, potem do ZOL-u w Jaszkotlu. To Zakład Opiekuńczo Leczniczy dla Dzieci Zgromadzenia Sióstr Maryi Niepokalanej. Tam spędził wiele lat. Nie wspomina tego okresu dobrze. Byłe opiekunki wymownie przytakują, bo wcale ich to nie dziwi. - To nie jest miejsce, gdzie dziewczynki mogą sobie zrobić makijaż czy nawet wpiąć spinki we włosy. Zakładały to, co było do ubrania. Tam się nikt nikogo nie pytał, czy się czuje dziewczynką - mówi jedna z nich i dodaje, że na fachowe wsparcie psychologiczne i diagnostykę nie było można liczyć.

Kobieta zaznacza, że gdyby wtedy Adam trafił do rodziny, zamiast do instytucji, jego rozwój mógłby wyglądać zupełnie inaczej. - Martwię się o niego, bo nie potrafi budować bliskich relacji. Nawiązywać więzi. To jest krzywda, której się nie leczy. 

Niechciany

Adam przez lata był przerzucany z miejsca na miejsce. Gdy uznawano, że gdzieś nie pasował, to szukano mu miejsca w innej placówce. W końcu trafił do jeszcze jednego ośrodka we Wrocławiu - tym razem przy Borowskiej. To także dom dziecka, ale trochę inny, bo to placówka terapeutyczna. Tylko że szkołę Adam miał w Lwówku Śląskim. Zmieniały się miejsca, w których mieszkał, zmieniali się opiekunowie prawni, wychowawcy. Nie wiedział, do kogo zwracać się po pomoc, kto za niego odpowiada.

W placówce przy Borowskiej Adam zaczął się identyfikować z płcią męską. Opowiada mi, że stał się tego świadomy, zaczął o tym mówić. - Byłem szykanowany. Bili mnie. Wybili mi jedynkę - Adam twierdzi, że inni wychowankowie mówili do niego Adrianna. Jak protestował, wybuchały konflikty. Ale nie było się komu poskarżyć, nie było z kim porozmawiać.

Na swoich zasadach

Im bliżej było 18 urodzin, tym bardziej Adam nie chciał być w domu dziecka. Twierdzi, że był zmuszany do nauki w szkole specjalnej. - Tam są dzieci chore. Nie chciałem tam chodzić - mówi dziś chłopak.

Dodaje, że był też w mieszkaniu chronionym, czyli miejscu, które teoretycznie ma przygotowywać jego mieszkańców do samodzielnego życia, ale tam też nie mógł się odnaleźć. Opowiada, że znowu zamknięto go w placówce z osobami z niepełnosprawnością intelektualną. Czuł się tam inny i to mu nie odpowiadało.

Nikt nie mógł go zatrzymać, był przecież pełnoletni. Dostał cztery tysiące złotych na konto, zabrał walizkę i wyszedł. 

Pozbawienie wolności

- Trafiłem do noclegowni. To było dla mnie wtedy najlepsze rozwiązanie - mówi Adam. Pamięta, że była zima, gdy opuścił placówkę. Nie wiedział, co go może czekać. Skąd miał niby wiedzieć. - Spałem na ziemi. Tam były pluskwy. Nie wiem, ale oni chyba się nie myli. Pamiętam, że było mi zimno - opowiada. Przeżył tak kilka miesięcy. Podobno nocami nie spał, czuwał. Odsypiał w dzień. Jedzenie brał z jadłodajni. Pamięta, że trzeba się było w niej stawić przed 12. Mówi o tym jak o przygodzie. To zderzenie z "wolnością" wcale nie podcięło mu skrzydeł. Miał dość, ale do dziś mówi: "Nie chcę mieszkać w tych placówkach. Chciałbym mieszkanie socjalne, a sąd mnie wpycha do DPS-u".

Któregoś dnia pojechał pod Wrocław do osoby, którą dobrze znał z domu dziecka. Liczył, że kobieta go przygarnie. Ale ona, być może z troski, zadzwoniła po pogotowie. Zabrali go do szpitala psychiatrycznego. - Spędziłem tam pięć miesięcy - mówi Adam. Nie wiedział nawet, że wtedy do sądu trafił wniosek o jego ubezwłasnowolnienie.

Ucieczki

Tym razem sytuacja się nie powtórzyła i Adam nie wyszedł ze szpitala z walizką, choć bardzo tego chciał. Przetransportowano go do domu pomocy społecznej. - To nie jest przyjazny dom - mówi mężczyzna, a w jego słowach jest wyjątkowa przekorność, bo DPS, do którego trafił, nazywa się właśnie "Przyjazny Dom". Adam twierdzi, że to dla niego piekło. Narzeka, że znowu trafił do miejsca, gdzie są osoby z ciężkimi zaburzeniami psychicznymi. - Z nikim się nie kontaktuję. Ci ludzie są dużo starsi ode mnie. Są chorzy - mówi 19-latek i dodaje, że chce być wolny. - Dlatego uciekam. 

Adam ma w tym ogromne doświadczenie - od marca uciekał już kilkadziesiąt razy. Głównie do Warszawy, która jest dla niego trochę jak ziemia obiecana. - Liczę, że w końcu ktoś mnie przygarnie - mówi. A że jest ubezwłasnowolniony i jego miejsce jest w DPS-ie, jak tylko ucieknie, zaczynają się poszukiwania.

Policja często znajduje go w noclegowni w Warszawie. Czasem pada pomysł, żeby zabrać go "na dołek", ale jeszcze do tego nie doszło. Policjanci widzą, z kim mają do czynienia. W efekcie kończy się odwiezieniem go do szpitala psychiatrycznego. Ale tam szybko się okazuje, że Adam nie wymaga hospitalizacji. Następnego dnia przyjeżdża więc opiekunka prawna, która zabiera go do Wrocławia. Wtedy zaczyna się czekanie na jego kolejną ucieczkę. I wszystko zaczyna się od początku. 

Pamięć wyjątkowa

Adam sypie nazwiskami jak z rękawa. Do niektórych osób nie musiałem nawet szukać kontaktów. Zna nazwiska, miejsca, adresy. Pamięta nawet numery telefonów, sygnatury akt spraw sądowych, które go dotyczą. Albo długo się tego uczył, albo ma wybitną pamięć. Słucham i nie wierzę. Nie skończył nawet gimnazjum, a pięknie czyta, potrafi pisać. Sam założył konto w banku, potrafi posługiwać się komputerem, telefonem.

- Chciałem złożyć wniosek o cofnięcie ubezwłasnowolnienia. Wydrukowałem formularz. Poszedłem na ul. Sądową 1, ale nie pozwolili mi go złożyć - mówi Adam. Nie wiem dokładnie, jak było, ale według jego słów zabrakło mu jakichś dodatkowych dokumentów. Adam nie ma nawet dostępu do swojego dowodu osobistego. Tego, w którym ciągle widnieje imię Adrianna.

Wiele osób przestrzega mnie, że Adam jest błyskotliwy, ale nie dostrzega swoich ograniczeń. Jest upośledzony w stopniu lekkim. Brakuje mu krytycznego podejścia. To taki optymista, którego marzeniem jest praca w policji. - Chciałbym być w prewencji. Tam jest adrenalina - mówi z wyraźną fascynacją i uśmiechem. Zdaniem niektórych opiekunów te marzenia dowodzą, że nie potrafi realnie oceniać sytuacji. Dziś chciałby pracować w KFC, mieć mieszkanie socjalne i rower. Miał jeden, ale zabrał do Warszawy. Musiał zostawić, bo nie zmieścił się do taksówki.

Adam znowu nie pasuje

Dyrektor DPS-u, w którym mieszka Adam, twierdzi, że chłopak "nie mieści się w ramach". I trudno się z nim nie zgodzić. Pozostali podopieczni są inni: starsi, spokojniejsi, mają inne potrzeby. Adam o swoich mówi głośno i wyraźnie. I nie chce tam być.

Więc dyrektor podjął kroki - złożył wniosek o przeniesienie Adama do placówki zamkniętej. Twierdzi, że 19-latek ma zaburzenia psychiczne, dlatego powinien trafić do miejsca dla osób z takimi zaburzeniami.

Pytam o to ludzi, którzy Adama znają i którzy widzieli jego dokumentację. - Adam nie jest chory psychicznie. Stwierdzono u niego upośledzenie w stopniu lekkim, ale to nie jest choroba psychiczna. Adam ma ogromnie dużo energii, emocje. Ten człowiek tyle przeszedł. Z niektórymi rzeczami sobie nie radzi, ale to bardziej kwestia rozwoju, zaniedbania, a nie choroby - mówi mi jedna z jego opiekunek sprzed kilku lat. Druga jest załamana - znowu go przeniosą, zamkną, dadzą mocne leki, żeby nie miał żadnych oczekiwań. I tak chłopak spędzi resztę życia.

Pandemia

Adam miał przydzielonego asystenta osoby niepełnosprawnej. Pan Piotr się z nim spotkał. Zaplanowali pracę i rozwój. Ale dyrektor DPS-u nie zgodził się na kolejne spotkania, zasłaniał się pandemią. Pan Piotr nie może wchodzić do DPS-u. W krótkiej rozmowie przyznaje, że Adam jest poważnie zaniedbany i można, a nawet trzeba mu pomóc.

Chłopak nie jest agresywny, ale zdaniem dyrektora placówki potrafi się wyładowywać na rzeczach. Potrafił wyskakiwać z samochodu podczas jazdy, bo chciał uciec. Odmawiał leczenia. Miał termin u endokrynologa, ale na wizytę nie poszedł, bo akurat uciekł. - Chłopak dezorganizuje pracę tej placówki - mówi dyrektor.

Pytam Adama, jak wygląda jego dzień w DPS-ie. - Śniadanie, potem telewizor - mówi. Opowiada, że ma swój pokój, w nim telewizor, łóżko i szafka. Swoich rzeczy nie ma za wiele, tylko trochę ubrań i walizkę. Adam podkreśla, że nie rozumie, dlaczego sąd go umieszcza w tym miejscu. - Ja chcę być po prostu wolny - mówi. Dyrektor "Przyjaznego Domu" rozkłada ręce. Jego zdaniem nie ma miejsca, w którym Adam będzie się czuł dobrze.

Dzwoniłem do różnych fundacji, stowarzyszeń. W niektórych Adama znają. Nie potrafią mu jednak pomóc. Chłopak nie nadaje się do samodzielnego życia, a w placówce być nie może. Można odnieść wrażenie, że Adam po prostu wszędzie przeszkadza.

PS

Skontaktowałem się z wrocławską fundacją Przystanek Rodzina. Jej szefowa Małgorzata Sawicka bada sprawę i zaczęła działać. Ma doświadczenie pracy z dziećmi, które wychodzą z placówek i sobie nie radzą. Twierdzi, że zrobi wszystko, by ktoś wreszcie Adamowi pomógł. Chłopak wymaga diagnostyki, uwagi. Ktoś musi wreszcie potraktować go jak człowieka.

PS 2

Czasu ma nie wiele. Jak udało mi się ustalić, sąd rozpatrzył już wniosek o przeniesienie Adama. Ma trafić do ośrodka zamkniętego dla osób chorych psychicznie. - Gdzieś pod Warszawą - usłyszałem.

DOSTĘP PREMIUM