"Po nocy, a wykopiemy grób". Pogrzebów jest tak wiele, że odbywają się nawet w niedziele. "Polacy umierają hurtowo"

Pracownicy branży pogrzebowej nie muszą sprawdzać codziennych danych z Ministerstwa Zdrowia, żeby doskonale wiedzieć, jak wygląda sytuacja pandemiczna w kraju. - W jednym tygodniu chowamy po dwie osoby z najbliższej rodziny. Matkę i córkę, matkę i syna, męża i żonę, rodzeństwo - wylicza pracownik jednej z firm pogrzebowych. Na pochowanie bliskich bywa, że trzeba czekać dwa tygodnie.
Zobacz wideo

- Chowamy nawet w niedzielę, a co w tym dziwnego? - pyta pracownik Domu Pogrzebowego Hades w Łapach. - Jak nie mam możliwości, bo we wtorek i w środę wszystko mam już pozajmowane, to z rodziną się domawiam: "To może w niedzielę" i dzwonię do księdza. Sami na swoich cmentarzach pracujemy. To po nocy, a wykopiemy - dodaje mężczyzna, który chce pozostać anonimowy.

Łapy nie są wyjątkiem na mapie Polski. Pochówki w niedziele, głównie na cmentarzach parafialnych w małych i średnich miastach, odbywają się także m.in. w Dobryszycach, Dwerniku, Łączanach czy np. Pokrzywnicy. - Prawie wszyscy - covid. Umierają na potęgę od staruszków, po młodych - mówi kierownik domu pogrzebowego, który także prosi o niepodawanie imienia i nazwiska. Nawet nazwy firmy, w której pracuje.

Jak podkreśla nasz rozmówca, przy wcześniejszych falach, choć było trudniej, to jednak "na pewno aż tak nie umierały całe rodziny". - Teraz w jednym tygodniu chowamy po dwie osoby z najbliższej rodziny. Matkę i córkę, matkę i syna, męża i żonę, rodzeństwo - wylicza. 

Pierwsze sobotnie pogrzeby 

Cmentarze komunalne muszą sobie radzić inaczej, bo tam nikt nie przyjdzie do pracy w niedziele. I tak np. w Krakowie na największych nekropoliach w styczniu wyznaczono dodatkowe terminy pogrzebów w soboty: 15 stycznia na cmentarzu Rakowickich i 22 stycznia Cmentarzu Prądnik Czerwony. A niewykluczone, że w najbliższym czasie - jak mówi Paulina Ćwikła, rzeczniczka Zarządu Cmentarzy Komunalnych w Krakowie - podobnie będzie na kolejnych nekropoliach. Kraków ma ich blisko 15.

- To wyłom spowodowany pandemią, kiedy czas oczekiwania na pochówek wydłużył się do nawet 14 dni - tłumaczy.  Wskazuje przy tym, że liczba pochówków na podległych spółce cmentarzach stale rośnie. Tylko w grudniu przekroczyła 778 i była o 69 proc. wyższa niż w grudniu 2019 r. Średnia liczba pochówków przed wybuchem pandemii wynosiła ok. 500 pogrzebów miesięcznie.

- Dlatego daliśmy także zgodę, do odwołania, na załatwienie wszystkich formalności związanych z pogrzebem przed telefon lub mail, w tym na wydanie dyspozycji na wypadek śmierci czy opłacenie grobu. W biurze trzeba się stawić osobiście w kwestii np. ekshumacji czy remontu grobu - dodaje Paulina Ćwikła.

W Poznaniu także chowa się zmarłych w soboty, na cmentarzu komunalnym Junikowo (do końca stycznia). Dodatkowo wydłużono harmonogram pracy w tygodniu. - Teraz pierwsze nabożeństwo zaczynamy o 8.10, a ostatnie o 15.05, wcześniej było to odpowiednio o 8.50 i 14.30. Dzięki czemu zyskaliśmy dwa dodatkowe terminy na pochówek, czyli razem 11. I to każdego dnia - wskazuje Mateusz Dziuba, kierownik Biura Administracji Cmentarzy Komunalnych w Poznaniu.

A i tak zdarzało się, że terminów było nadal za mało. Jednego dnia zorganizowano rekordowe 15 pogrzebów. - Cześć ceremonii także w kaplicach pogrzebowych, część od razu przy grobie. Niewielki kondukt ruszał wtedy spod krzyża katyńskiego, w pobliżu kaplicy - dopowiada Mateusz Dziuba.

"Polacy umierają hurtowo"

Mimo pogrzebów organizowanych w weekendy długo czekać na pochówek trzeba także w Warszawie.  - Na pogrzeb tradycyjny na początku stycznia trzeba było czekać od 12 do 14 dni - informuje nas Jan Szczuciński, współwłaściciel Domu Pogrzebowego Służew, jednego z najstarszych w stolicy. Andrzej Relidzyński, prezes Miejskiego Przedsiębiorstwa Usług Komunalnych w Warszawie; podlegają mu największe cmentarze w stolicy, m.in. Północny i Południowy, potwierdza: "Dwa tygodnie czekania to był już standard. I to niezależnie od tego, czy w grę wchodził pogrzeb tradycyjny, czy kremacja".  

O wzroście liczby pochówków mówi także Robert Czyżak, współwłaściciel domu pogrzebowego i krematorium Czyżak w Wyszkowie, który jest też prezesem Polskiej Izby Branży Pogrzebowej. Organizacja skupia ok. 300 firm w Polsce. Nasz rozmówca szacuje, że tylko w jego firmie liczba pochówków wzrosła w ostatnim czasie o ok. 15 proc.

- Jednego dnia mieliśmy 15-16 pogrzebów, w tym cztery na tę samą godzinę. To wymagało zaangażowania ok. 20 osób. Jeden pogrzeb to z reguły pięciu pracowników, kierowca i obsługa techniczna. A to oznacza, że wykorzystujemy już 90 proc. naszych możliwości - wylicza. I dodaje, że "Polacy od miesięcy umierają hurtowo".

Z danych izby wynika, że jeśli uwzględnić wszystkie zgony tylko z 2021 r., to bilans ten już przekroczył pół miliona. A to oznacza, że zmarłych było ponad 100 tys. więcej niż w 2019 r. i o 42 tys. więcej niż w rekordowym do tej pory 2020 r. To najczarniejszy rok od zakończenia II wojny światowej! Tymczasem, jak zauważa Krzysztof Wolicki, prezes Polskiego Stowarzyszenia Pogrzebowego, przemysł pogrzebowy w Polsce został ustawiony pod statystyki, które zakładają, że średnio umiera ok. 1000 osób dziennie. - Nie np. 70 czy 100 proc. więcej - podkreśla. 

Do "spalarni" także tworzą się kolejki

Jak przyznają pracownicy zakładów pogrzebowych, kolejki są długie, nie tylko dlatego, że wzrosła liczba zgonów. Czasami po prostu trudno jest zorganizować pochówek. - Jedni członkowie rodziny wychodzą z izolacji, a w międzyczasie kolejni są na nią kierowani. Podam konkretny przykład: umiera dziadek, najpierw żona jest na kwarantannie, potem mąż. Następnie córka, bo w pracy szaleje koronawirus. A na końcu ich najmłodsze dziecko, bo w szkole też pojawił się SARS-CoV-2.  Nie da się wtedy pogrzebu zorganizować szybko... Nam zdarzyło się czekać nawet cztery tygodnie - wspomina Robert Czyżak.

Częściej niż izolacja na długi czas oczekiwania na pochówek nakładają się jednak i inne czynniki. Jakie?

Klient. - Z zakładem pogrzebowym jest jak ze sklepem - mówi obrazowo Zbigniew Baran z zakładu pogrzebowego Karawan w Krakowie. I tłumaczy, że "jedni wybierają ten, który mają pod nosem, inni - zawsze ten sam". To powoduje, zdaniem Jana Szczucińskiego z Domu Pogrzebowego Służew, że rodzina zmarłego związana jest często z małymi i średnimi firmami pogrzebowymi, działającymi w miejscu zamieszkania. O innych nie chce słyszeć. - To od liczby zatrudnionych tam pracowników i ich możliwości organizacyjnych zależy, ile w ogóle pogrzebów są stanie obsłużyć w pandemii - mówi. Jak wylicza, tylko w okolicach samej Warszawy działa 237 domów pogrzebowych, w większość to małe firmy. Zaledwie kilkanaście to duże zakłady, które odpowiadają za organizację ok. 50 proc. pochówków.

Kalendarz. Dni wolne od pracy, przerwa świąteczna, sylwester i długi weekend ze świętem Trzech Króli też robią swoje. - Przy takiej liczbie zgłoszeń po kilku dniach wolnego firmy pogrzebowe też potrzebują więcej czasu na procedury administracyjne. Trudniej przygotować nowe miejsce grzebalne, bo murarze też mają więcej pracy - tłumaczy Andrzej Relidzyński z Miejskiego Przedsiębiorstwa Usług Komunalnych w Warszawie. A to tym trudniejsze, że zimą dzień pracy jest krótki, bo szybko zapada zmrok - z reguły pogrzeby organizuje się zatem do godz. 15-16. - Nikt sobie przecież nie wyobraża pochówku z latarkami w ręku - ironizuje Krzysztof Wolicki z Polskiego Stowarzyszenia Pogrzebowego. 

Kremacja. Jej popularność w pandemii wzrosła na tyle (w 2021 r. kremacji było ok. 200 tys., więcej o ok. 12 tys. niż w 2020 r.), że do "spalarni", tak o krematoriach mówi się w branży pogrzebowej, także tworzą się kolejki. Nawet jeśli część z nich pracuje na dwie zmiany, także w soboty i niedzielę.

- To wszystko powoduje, że nie da się pochówku zorganizować szybciej, a zwłoki trzeba też przecież gdzieś przechować, miejsca w chłodniach tymczasem nie przybywa - podsumowuje kierownik średniej wielkości zakładu na Śląsku, jak większość chce zachować anonimowość. Przyznaje, że nieraz zastanawiał się, co zrobi, kiedy dostanie ze szpitala informację o kolejnych 2-3 ciałach.

Zwłoki do 72 godzin przechowywane są w szpitalnej kostnicy za darmo. Potem trzeba płacić - od 50 zł za dobę. Górnej granicy nie ma, bywa i tak, że za godzinę stawka przekracza 10 zł. Rodziny albo wykładają pieniądze od razu, albo proszą firmy pogrzebowe o transport zmarłych. To już spowodowało, że szpitale np. wojewódzki w Tarnowie, zmuszone zostały do zamówienia kontenerów chłodniczych na przechowywanie zwłok.

Od początku pandemii zmarło w Polsce z powodu koronawirusa ponad 107 000 osób. To mniej więcej tyle, ile mieszkańców ma cały Tarnów. 

DOSTĘP PREMIUM