"Jakbym był w sekcie". Molestowanie, psychotropy i mobbing w seminarium duchownym

- Ewidentnie miał problemy ze swoją seksualnością i projektował je na nas. Molestował kleryków i widział w nas potencjalnych molestantów. Próbował nas złapać za rozporkowe grzechy. Nie cofał się przed niczym. Nawet przed łamaniem tajemnicy spowiedzi - mówi Michał Bobowski.
Zobacz wideo

- Naszego przełożonego Mariusza naprawdę cieszyła golizna. Kiedyś po kilku pracowitych dniach w seminarium zrobiliśmy sobie przerwę od nauki i brewiarza. Zrzuciliśmy habity i pojechaliśmy do parku wodnego. Krążył radosny między nami i poklepywał nas po tyłkach. Tych, którzy mieli wypełnione majtki od przodu, nazywał słoniątkami - opowiada Michał Bobowski.

Wspomina również, że do przełożonego przyjeżdżali czterej klerycy z innego seminarium. Mariusz Cywka był ich spowiednikiem i miał zamykać się z nimi na klucz w pokoju. - Ich prześcieradłem nie byłem, ale po co zostawali na noc? Dlaczego się zamykali? Poza tym u przełożonego nie było tyle łóżek, żeby się pomieścili, śpiąc osobno. A przyjąłby kleryków z innego seminarium, by spali na podłodze, bez kołder? Nad ranem widzieliśmy, jak wyjeżdżają busem z Mariuszem, bo musieli wrócić do siebie na modlitwy - twierdzi.

Nocne wizyty kleryków w pokoju ks. Mariusza Cywki przypomina sobie jeszcze czterech byłych studentów różnych roczników seminarium trynitarzy w Krakowie, z którymi rozmawiałem. - Miał niezdrowe zainteresowanie wybranymi podopiecznymi. Nie tylko zapraszał ich na noc do pokoju, ale często zwalniał ich z zajęć w seminarium i zabierał na prywatne wypady, np. na swoją działkę pod Radomiem, gdzie wybudował dom. Albo do Włoch, gdzie była siedziba naszego zakonu. Oni tam znali sytuację, ale nie reagowali - mówi Piotr, dawny uczeń ks. Cywki.

Michał Bobowski dodaje, że wszyscy wokół wiedzieli o słabościach przełożonego, tylko on sam nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo rzutują na jego relacje z klerykami. - Ewidentnie miał problemy ze swoją seksualnością i projektował je na nas. Molestował kleryków i widział w nas potencjalnych molestantów. Próbował nas złapać za rozporkowe grzechy. Sprowadzał do klasztoru dwóch kumpli spowiedników, bo chciał wiedzieć, co w konfesjonale mówimy o swoich słabych stronach i o seksualności - tłumaczy.

- Jak to, przecież to łamanie tajemnicy spowiedzi - wtrącam.

- Ale on nie cofał się przed niczym. Niektórzy chłopacy jednego dnia wyznawali swoje grzechy, a następnego słyszeli je podczas kazania. Mariusz nie wymieniał ich imion, ale gdy mówił o ich słabościach, lustrował ich oczami. Łapali na policzki purpurę i już każdy wiedział, o kogo chodzi. To było upokarzające i obrzydliwe. Później zapraszał ich niby na kawkę do gabinetu. Tylko że zamykał za nimi drzwi. Mnie nie mógł złapać, bo wybrałem sobie spowiednika u franciszkanów. Mariusz się o to wściekał. Dzwonił do niego i pytał, z jakimi problemami przychodzę do konfesjonału, bo niby chciałby mi pomóc. Franciszkanin odmówił odpowiedzi, co jeszcze bardziej zdenerwowało Mariusza. Przypuszczał, że jestem gejem, ale nie miał pewności. A taka wiedza to władza - podkreśla.

"Był pastuchem, który nas gonił i wypasał"

Gdy zatrzaskiwała się za nim furta zakonu saletynów, jego brat rozpaczał, bo miał wrażenie, że na zawsze traci jedną z najbliższych mu osób. Ale w Michale wygrywała radość. - Poznałem tam chłopaków w moim wieku, z którymi od razu połączyła mnie dobra energia. Wybrałem seminarium przy zakonie, a nie diecezjalne, bo nie chciałem być samotnym księdzem na plebanii, tylko kapłanem żyjącym ze współbraćmi na parafii. Chciałem się z nimi spotykać co wieczór, dzielić radości i zmartwienia. Gdy więc poznałem tych kleryków, poczułem, że to może być dla mnie namiastka domu. Domu, którego mi brakowało od chwili śmierci mamy - wyznaje.

Matka Michała cierpiała na cukrzycę i zmarła, gdy skończył 10 lat. Niebawem odszedł też jego starszy brat, który miał wrodzoną wadę serca. Cierpiąc, Michał szukał winnego swojego nieszczęścia. Znalazł go w Bogu. - Obraziłem się na niego - wspomina.

Nie miał już matki, brata ani Boga. Został mu drugi brat, którego kochał. I jeszcze ojciec, ale ten pracował za granicą, a jak już wracał… - Wie pan, czym się różni wychowawca od hodowcy? Ten pierwszy troszczy się o dzieci i daje im przykład, a ten drugi traktuje je jak świnie czy krowy. Czyli patrzy, żeby gnój został wyrzucony i żłób napełniony, a resztę odpuszcza. Więc mój tato był hodowcą dzieci. Przy nim wszystko miało być jak od linijki. Nie dawał mi ciepła, czego potrzebowałem po śmierci matki. Przywiązywał wagę tylko do tego, co ludzie mogli zauważyć. Czyli miało być pojedzone i czysto - wzdycha.

Michał był więc dzieckiem na uczuciowym odwyku. Długo nie miał też autorytetu, za którym mógłby pójść, a - jak mówi - bardzo go potrzebował. Zmieniło się to dopiero, gdy był w klasie maturalnej i spotkał Ryśka, księdza z zakonu saletynów. - Dobrze mi się z nim rozmawiało. Nie oceniał, nie narzucał mi wiary, tylko był otwarty i czekał. Radził mi w sprawach duchowych. Chciałem być dla ludzi kimś takim, jak Rysiek dla mnie. Dlatego po maturze poszedłem do seminarium zakonnego saletynów. Tam znalazłem fajnych wychowawców, przy których się rozwijałem - mówi.

Jednak na pierwszym roku studiów poznał rówieśników od trynitarzy, którzy wciągnęli go w swój zakon. Imponowało mu, że prowadzili dom samotnej matki, ośrodek dla osób z niepełnosprawnościami, i że pracowali z narkomanami. Chciał pomagać potrzebującym, więc - jak mówi kościelnym językiem - poszedł za charyzmatem trynitarzy, czyli przeniósł się do ich zakonu.

- Przyjął mnie ich przełożony, który zajmował się tam wszystkim. W seminarium saletynów było około 20 kleryków i opiekowali się nimi: rektor, prefekt, ekonom i ojciec duchowny. A u trynitarzy był tylko jeden, święty, niepodzielny Mariusz. Miał pełnię władzy i ciągle walczył o więcej. Nie był wychowawcą ani nawet hodowcą, tylko pastuchem, który nas gonił i wypasał - podkreśla Michał Bobowski.

"Kleryk szedł do pokoju przełożonego z poduszką pod pachą"

W seminarium trynitarzy Michał i jego koledzy podporządkowali się regulaminowi, który wymyślił przełożony. Budzili się więc o godz. 5:30, wskakiwali w habity i schodzili do kaplicy na modlitwy. - Mariusz Cywka powtarzał, że musimy przychodzić punktualnie na modlitwę, ale sam się spóźniał, bo nocami się nie wysypiał. Albo w ogóle nie przychodził. Rzadko można było zobaczyć, jak się modlił. U niego sprawy duchowe były na ostatnim miejscu - wspomina Jakub, były kleryk.

O godz. 7 alumni szli do refektarza na śniadanie, gdzie na stołach czekały karteczki z ich imionami. - Mariusz lubił rozkładać je tak, by obok siebie siadali chłopaki, którzy się nie lubią. Zazwyczaj zapadało pomiędzy nimi milczenie, co chętnie wytykał. Pytał: "A dlaczego bracia ze sobą nie rozmawiają? Czy coś się między nami dzieje?". Zacierał ręce, gdy rozpętywała się gównoburza - opowiada Michał Bobowski.

Te małe uciechy przełożonego kończyły się przed godz. 8, bo wtedy bracia musieli wyjść na wykłady. Trwały około sześciu godzin, po czym wszyscy wracali do klasztoru na obiad. Następnie było sprzątanie, znów modlitwy i kolacja. Po niej przyszli księża mieli czas wolny. Mogli oglądać telewizję, grać w gry, słuchać muzyki i czytać książki.

- Ale niekiedy w czasie wolnym zmuszał nas do bezsensownych robót, np. kucia dziur w betonie, bo akurat budował ogrodzenie. Na zewnątrz zima, wszystko zmarznięte, nie byliśmy w stanie nic zrobić. Ale musieliśmy próbować, bo tak zarządził Mariusz. Albo kazał nam gimnastykować się na mrozie przed klasztorem. Stał w oknie i wykrzykiwał polecenia. To było upokarzające. Pokazywał, że ma nad nami władzę - ocenia Jakub.

O godz. 22 zapadała cisza nocna. Wszyscy mieli być już w łóżkach, a światła w pokojach kleryków musiały zostać zgaszone. Kiedyś Michał Bobowski zasiedział się w klasztornej pralni, gdzie prasował habit. Gdy wychodził kilka minut po godz. 22, natknął się na jednego z kleryków, którzy - jak mówi - byli donosicielami przełożonego i jego pochlebcami. - Szedł do pokoju Mariusza z poduszką pod pachą. Przecież nie po to, żeby Mariusz mu tę poduszkę zacerował i by nie wylatywało z niej pierze. W każdym razie przy okazji tego, co tam robili, przydupas musiał na mnie donieść, bo następnego dnia przy śniadaniu dostałem od przełożonego reprymendę - stwierdza i przywołuje tę scenę:

- Drodzy współbracia, niektórzy z nas nie przestrzegają ciszy nocnej, prasują habity do późna. Miło będzie, jak winowajca się przyzna - miał powiedzieć kościelnym tonem ks. Mariusz Cywka.

- To o mnie chodzi - potwierdził na głos Michał, a w myślach dodał: "Po co, k…, te ceregiele!".

- Miło, że brat znalazł w sobie odwagę. W ramach kary w najbliższą niedzielę nie pójdzie brat na przechadzkę, bo ma zakaz opuszczania klasztoru.

- A który z nas widział mnie po godz. 22, gdy szedł do ojca z poduszką? - wypalił zdenerwowany Michał (przyznaje, że zawsze miał niewyparzony język, czym szybko podpadł przełożonemu).

- Zamknij się! - miał krzyknąć ks. Mariusz.

"Jak panuje zamordyzm, to jest też partyzantka"

W seminarium każde odstępstwo od regulaminu wymagało zgody przełożonego. Wszystko opierało się na zasadzie posłuszeństwa. - Posłuszeństwo - Michał Bobowski wypowiada to słowo i robi pauzę, jakby opukiwał je z każdej strony. - Nim Mariusz zamykał nam usta. Ładne słowo, a niewoliło - mówi.

Jak dodaje, przełożony tym słowem otwierał sobie również drogę do upokarzania kleryków. Tak miało być, gdy zabierał ich nad pobliskie jezioro. - Kupił sobie motorówkę, żeby wsadzać do niej chłopaków i pływać z nimi. Był szczęśliwy i oczekiwał, że inni też będą. Ale zadowolone były tylko jego przydupasy, a reszta była zmuszana do "zabawy". Wypływał na środek jeziora i wrzucał do wody braci, którzy nie zawsze umieli pływać. Gdy się podtapiali, mógł się pośmiać, a potem wskoczyć do wody, uratować biedaków i wyjść na bohatera. Jak to zobaczyłem, to mentalnie się zesrałem, bo nie byłem typem sportowca, czułem się gruby, a w dodatku nie umiałem pływać. Stwierdziłem, że nie będę kolejną jego ofiarą. A on mi kazał. W końcu padło słowo "posłuszeństwo". Skończyło się na tym, że odmówiłem i przez trzy niedziele miałem zakaz opuszczania klasztoru - wspomina Bobowski.

Zakaz opuszczania klasztoru w niedzielę był dla Michała dotkliwy, bo czuł się zmęczony psychicznie, a tylko na mieście mógł odpocząć od reżimu ks. Cywki. - Mariusz miał smykałkę psychologiczną i umiał tak dobierać kary, żeby precyzyjnie uderzyły w kleryków, którzy mu podpadli - tłumaczy Michał Bobowski.

- Był geniuszem uderzania w czułe struny ludzi i manipulowania nimi. Wyznaczał reguły, umiejętnie za nie karał, a jednocześnie sam je łamał. Widziałem jego hipokryzję, ale czułem się wobec niej bezradny. Nic dziwnego, byłem bardzo młody i miałem niedojrzałą psychikę. Nie umiałem się obronić przed tym praniem mózgu - przyznaje Marek.

Byli wychowankowie ks. Cywki mieli obowiązek wychodzenia poza teren klasztoru w habitach, a jednocześnie - jak mówią - jego samego bardzo rzadko widywali w habicie. - Oczywiście jeśli panuje hipokryzja i zamordyzm, to jest też partyzantka. Zdejmowaliśmy więc ten pełen rynsztunek i szliśmy do kawiarni czy do sklepów po ciuchy, na co oczywiście też Mariusz nie pozwalał - stwierdza Michał Bobowski.

Zakazane również było trzymanie w pokojach pieniędzy od rodzin. Klerycy mieli je oddawać Cywce, a on je wydzielać podwładnym. - Powtarzał: "Posłuszeństwo, ubóstwo i nic swojego". Sam jednak miał wypasioną furę audi A6, wielki telewizor w pokoju i inne dobra. Żył w innym świecie niż ten, który nam przygotował - wspomina Jakub.

W pokojach klerycy nie mogli też trzymać słodyczy, owoców i konserw, które dostawali od rodzin. Wszystko miało lądować w refektarzu na wspólnym stole. Kiedy jednak tę regułę łamano, ks. Cywka o tym wiedział, bo - jak twierdzą jego byli studenci - miał wśród kleryków donosicieli.

- Robił niezapowiedziane rewizje w pokojach i znajdował zakazane jabłka, czekolady czy ciasta. Wymierzał wtedy karę ograniczenia czasu wolnego albo nakładał na delikwenta dodatkowe obowiązki, np. sprzątanie. Problem w tym, że traktował nas nierówno. Bo np. jego przydupas miał w szafie potężne zapasy tuńczyków i słodyczy, które Mariusz sam przynosił mu do pokoju. Tym też pokazywał, że ma władzę. Nie można było się temu sprzeciwiać, bo natychmiast zamykał nam usta "posłuszeństwem" - podkreśla.

Z opowieści byłych kleryków wynika, że ks. Cywka rozbudowywał listę zakazów i doskonale wiedział, kto je łamie. Od niego zależało, kogo ukarać, a komu odpuścić. - Gdy okazywał komuś łaskę, wystawiał za to rachunek. Nakłaniał go, by był jego sojusznikiem w gnojeniu innego kleryka. W ten sposób szukał głosów na niedzielne kapituły, podczas których decydowaliśmy, czy potępić któregoś ze współbraci otwarcie sprzeciwiającego się Mariuszowi - tłumaczy Marek.

"Próbował mnie chwycić za temat rozporka"

Zdaniem Michała Bobowskiego w seminarium nikt na poważnie nie przygotowywał kleryków do życia w celibacie. Nikt nie tłumaczył, jak mają sobie radzić, skoro nie mogą zaspokoić swoich podstawowych potrzeb. Zamiast tego - według Michała - temat nieoswojonej i nazywanej grzechem seksualności stał się w seminarium ks. Cywki narzędziem zdobywania władzy. - Jak przełożonemu któryś z kleryków podpadł, bo mu nie ulegał, to pojawiał się zarzut molestowania współbraci. A gdy wyrzuca się kogoś z seminarium za molestowanie kleryka, to uchodzi się za cudownego. Mariusz był więc cudowny, bo niszczył ludzi totalnie - mówi Michał Bobowski.

- Co ciekawe, te "występki" Cywka traktował bardzo wybiórczo. Kontakty seksualne między klerykami były powszechne. Sam je miałem, choć nie akceptowałem tego w sobie ani w innych. Gdy odchodziłem z seminarium, powiedziałem o tym Mariuszowi. Po jego reakcji uświadomiłem sobie, że on o wszystkim wiedział. Zupełnie to ignorował - wspomina Jakub.

Inaczej było z Michałem Bobowskim, który odkąd był u przełożonego na cenzurowanym, bo mu pyskował, to - jak twierdzi - kilka razy stał się obiektem prowokacji. - Najpierw Mariusz przydzielił mnie do pokoju z jednym współbraci, o którym wszyscy wiedzieli, że ma problemy psychiczne. Był bardzo agresywny, nie radził sobie z emocjami ani z popędem seksualnym. Mariusz go nie wyrzucał, bo był dla niego użyteczny. Kazał mi z nim zamieszkać, bo zakładał, że ten współbrat prędzej czy później rzuci się na mnie, a wtedy będzie mnie można złapać za rozporkowy grzech. Ale oczywiście do niczego nie doszło i prowokacja spełzła na niczym - opowiada.

Gdy Michał pomagał innemu bratu uczyć się śpiewu, przełożony miał w tym zwęszyć kolejną szansę i przypuścić atak. - Rafałowi słoń nadepnął na ucho, a musiał zaliczyć egzamin ze śpiewu. Przychodził więc do mojego pokoju i wtedy wył jak koza cięta tępą piłą. Wszyscy wiedzieli, że go uczę, tylko dla Mariusza to nie było oczywiste. Przysyłał więc swoich przydupasów. Co chwila otwierali drzwi, rozglądali się i pytali, co robimy. Nic się nie działo, mimo to Mariusz wezwał Rafała i zapytał go wprost, czy go dotykałem. Chłopak zgłupiał, bo nie wiedział, o co chodzi. Był mielony przez Mariusza, ale odmówił składania fałszywych zeznań przeciwko mnie - mówi.

Później Michał miał zostać wezwany na dywanik, gdzie - jak twierdzi - usłyszał, że brat Rafał zdecydował się być świadkiem. - Przełożony zarzucił mi nierząd, czyli że uprawiałem seks. Na wieść o tym Rafał się wkurzył i odszedł z zakonu. Mariusz był wściekły, bo próbował mnie chwycić za temat rozporka, a nic na mnie nie miał - wspomina.

"Turbomobbing"

W upalne dni habit stawał się dla Michała Bobowskiego przekleństwem, zwłaszcza gdy spacerował z kolegami nad jeziorem. - Szliśmy brzegiem jak te cymbały pomiędzy ludźmi, którzy leżeli w samej bieliźnie. Śmiali się z nas, ale nie mogliśmy zdjąć habitów, bo Mariusz nie pozwalał. Obserwował nas przez lornetkę z oddali - mówi.

Mimo to był dumny, gdy pierwszy raz wyszedł w habicie na miasto i ludzie mówili mu "Szczęść Boże". Chciał w nim spędzić resztę życia. Jednak tuż przed końcem seminarium habit zaczął na nim wisieć, bo Michał w ciągu trzech miesięcy schudł 18 kilogramów. Ze stresu i upokorzenia. - Co zjadłem, to zwracałem. Byłem wykończony psychicznie - wyznaje.

Zaczęło się we wrześniu, tuż przed początkiem piątego roku Michała w seminarium. Ks. Cywka miał zwołać kleryków na zebranie, podczas którego podsumowywał ich wakacyjne praktyki w parafiach. Czytał opinie proboszczów i na głos wyciągał wnioski. - Mojej nie przywołał, bo była pozytywna. Wcześniej proboszcz z Krzeptówek specjalnie mi ją pokazał, bo wyczuł, że Mariusz szukał na mnie haków. Na zebraniu poprosiłem Cywkę o przeczytanie mojej opinii. Usłyszałem: "Zamknij się! Na ciebie było najwięcej skarg. Nie pomagałeś, tylko latałeś po Zakopanem". Od tej pory zaczęło się piekło - wspomina.

Opisuje, że przez trzy następne miesiące przełożony stosował wobec niego "turbomobbing". - Wzywał mnie do swojego gabinetu, więc szedłem przez cały klasztor i gdy już dotarłem na miejsce, mówił, że teraz nie ma czasu i żebym czekał na schodach. Siedziałem tam półtorej godziny, po czym wychylał głowę zza drzwi i kazał wracać do siebie. Po 30 minutach znowu dostawałem wezwanie. Sytuacja się powtarzała. I tak do wieczora. Codziennie. Przez trzy miesiące - wzdycha.

Po tym czasie - jak nazywa to Michał - wyniszczania psychicznego, w które wchodziło również "ciągłe besztanie przy wszystkich", przyszło Boże Narodzenie. - Co roku na święta bracia rozjeżdżali się do domów, a wcześniej mieliśmy wspólną Wigilię. Mariusz podchodził do każdego z nas, łamał się opłatkiem i była fajna atmosfera. Ale tym razem było inaczej. Stanął na podwyższeniu z papierowymi paskami w ręku, na których były imiona braci i daty ich wyjazdów na święta. Podszedłem do niego jako ostatni i poprosiłem o pasek. Nie miał. Wszyscy dostali, tylko nie ja. Zamurowało mnie i odszedłem z niczym - mówi.

Był już jednak na tyle wyczerpany psychicznie, że musiał odpocząć w święta. Dlatego przez kolejne dwa dni pukał do drzwi gabinetu przełożonego, by wyprosić przepustkę, jednak ks. Mariusz go nie wpuszczał. - Gdy trzeciego dnia w końcu mnie przyjął, stwierdził, że nie ma mowy o moim wyjeździe. Postawił mnie pod ścianą. Powiedziałem: "Pojadę na święta albo odejdę z zakonu". Na to on: "Nie odejdziesz, sam cię wyrzucę" - relacjonuje.

Pożegnanie z klerykami Michał zaplanował na Trzech Króli, gdy wszyscy bracia mieli wrócić do klasztoru na wspólną kolędę. Przełożony jednak na to nie pozwolił - 5 stycznia miał kazać mu spakować wszystkie rzeczy do busa i wskazać nowy adres.

- Na szczęście miałem przyjaciółkę, która zgodziła się mnie przygarnąć. Mariusz z chłopakami odwieźli mnie na miejsce. Pamiętam, że padał śnieg, a on kazał im te wszystkie moje ciuchy, książki, pościel wyrzucić na chodnik. Zbuntowali się i wnieśli mi to na klatkę schodową. Mariusz się wku***ł. Gdy chciałem się z nim pożegnać, zamknął okno w samochodzie i odwrócił głowę. Odjechał. To był ostatni raz, kiedy go widziałem - opowiada.

"Robił mi pranie mózgu za pomocą psychotropów"

Byli podopieczni ks. Mariusza Cywki mówią, że chętnie wyrzucał z seminarium niepokornych kleryków, ale jeśli któryś sam chciał odejść, traktował to jako ujmę i próbował ich zatrzymać na wszelkie sposoby. - Może miało to związek z tym, że na każdego kleryka dostawał pieniądze z włoskiej prowincji zakonu. Przesyłał tam sfałszowane listy kleryków, by wyłudzić fundusze. Były na nich nazwiska osób, które opuściły seminarium np. dwa lata wcześniej - twierdzi Piotr.

Decyzję o odejściu Jakub podjął półtora roku po wstąpieniu do seminarium. Jak mówi, nie mógł znieść ciągłej kontroli przełożonego, jego manipulacji i ciągłego stresu, przez który schudł 10 kg. - Gdy powiedziałem mu, że to nie jest miejsce dla mnie, zrobił mi pranie mózgu. Przekonywał, że nie poradzę sobie w życiu i będę kopał rowy. Gdy byłem nieustępliwy, dał mi tabletki. Kazał mi je łykać i nie powiedział, co to jest. Okazało się, że były to psychotropy. Tak mnie otumaniły, że jeszcze na jakiś czas postanowiłem pozostać w zakonie - opisuje.

Jak dodaje, przełożony miał dostawać recepty in blanco od swojej przyjaciółki lekarki, po czym je wypełniać i realizować w aptece. - Ta lekarka pojawiała się u nas, np. żeby robić nam badania. Pierwszy raz ją spotkałem, gdy wstępowałem do seminarium. Pani doktor sprawdzała, czy ja i moi koledzy mamy po dwa jądra. Nie wiem po co. Nie mam też pojęcia, dlaczego przy tym badaniu był Mariusz Cywka - przyznaje.

Skłonienie do zażycia psychotropów Jakub ocenia jako przekroczenie granicy. Jak mówi, powinien przynajmniej wiedzieć, co dostał do zażycia. - To był próba zatrzymania mnie tam siłą. Robił mi pranie mózgu. Nie umiałem się przeciwko temu zbuntować, bo miałem tylko 19 lat. Na szczęście później postawiłem na swoim i wystąpiłem z seminarium - mówi.

- Czułem się, jakbym był w sekcie. Do seminarium można było łatwo się dostać, ale trudno było je opuścić, jeśli nie godził się na to Mariusz. Straszył nas, że dostaniemy wilczy bilet i już się nie odnajdziemy w życiu. Zachowywał się, jakby był Bogiem. Mieliśmy przełożonych w Neapolu, czyli daleko od Krakowa, co sprawiało, że w Polsce robił, co chciał. Nie było nad nim nadzoru - podkreśla Dariusz.

Z kolei Piotr wspomina, że gdy próbował odejść, przełożony miał go szantażować. - Usłyszałem, że albo zostanę, albo postara się, bym nie skończył studiów. Finalnie tak się stało. O możliwość kontynuowania teologii prosiłem kardynała Dziwisza. Wysłał mi pismo, że po zapoznaniu się z opinią mojego przełożonego nie wyraża zgody. Bardzo często bywał u nas w klasztorze, bo był dobrym znajomym ks. Mariusza - wspomina Piotr.

Po odejściu "do cywila"

Brat, który pięć i pół roku wcześniej rozpaczał, gdy za Michałem Bobowskim zatrzaskiwała się zakonna furta, teraz nie mógł się nim nacieszyć. - Mówił, że od początku czuł, iż to nie jest moje miejsce. Gorzej z moim ojcem, który pojechał do Mariusza, by zapytać, co się stało. Usłyszał, że zostałem wyrzucony za molestowanie współbraci. To było kłamstwo, ale tato się mnie wstydził. Mówił, że do domu mogę przyjeżdżać tylko po zmroku, by ludzie nie widzieli. Wiedziałem, że nie mam tam po co wracać, bo Rzeszów to miasto bardzo konserwatywne. Ludzie by nie zrozumieli, dlaczego odszedłem z seminarium. Tato do śmierci nie odzywał się do mnie. Uważał mnie za największą zakałę rodziny - wyznaje.

Jak dodaje, z Kościołem znów wziął rozwód. Z początku płakał na samą myśl, że mógłby przekroczyć próg instytucji, przez którą czuł się zniszczony. - Były we mnie ból, żal i pustka. Później doszedłem do wniosku, że Kościół to nie moje miejsce. Za dużo złego tam przeżyłem. Poza tym jestem gejem, a Kościół mnie za to potępia. Mam na tyle godności, żeby nie błagać o litość. Przecież nikomu krzywdy nie robię - podkreśla.

Bobowski był w seminarium od roku 1999 do 2005 i - jak mówi - wtedy studiowało z nim ok. 25 kleryków. Teraz Kościół zalicza drastyczny spadek powołań i wiele seminariów świeci pustkami. W roku akademickim 2021/22 chętnych do kapłaństwa było 365 kandydatów, podczas gdy rok wcześniej zgłosiło się ich do seminariów 441, co oznacza ok. 20-procentowy spadek - to dane Konferencji Rektorów Wyższych Seminariów Duchownych.

- Nie dziwi mnie to i każdemu odradzałbym pójście do seminarium. Wiem już, że najważniejsze są relacje z ludźmi. Uświadomiłem to sobie po przejściu "do cywila", gdy przyjaciele się mną zaopiekowali. A w seminarium każda relacja była inwigilowana przez przełożonego, oceniana i napiętnowana, bo był o nie zazdrosny. Ludzie bali się nawiązywać przyjaźnie, bo była groźba, że sobie albo komuś tym zaszkodzą - tłumaczy.

Po opuszczeniu seminarium łapał dorywcze roboty, później zahaczył się w gastronomii, a teraz pomaga osobom z niepełnosprawnościami. - Koło się zamknęło, wróciłem do tego, co chciałem robić, gdy szedłem do seminarium: pracować z niepełnosprawnymi. Poszczęściło mi się też w życiu osobistym, bo mam partnera, z którym dobrze się uzupełniam. U mnie dominują emocje, a u niego rozsądek. Jest nam dobrze - podsumowuje swoją opowieść Michał Bobowski.

Co stało się z ks. Mariuszem Cywką?

W rozmowie ze mną ks. Cywka zaprzeczył wszystkim opisanym w tym tekście sytuacjom. Zapytałem, w jakich okolicznościach przestał być rektorem seminarium trynitarzy w Krakowie. Zdaniem jego byłych podopiecznych mógł zostać stamtąd wyrzucony po tym, jak władze zakonu we Włoszech zbadały zgłoszenia dotyczące nadużyć i nieprawidłowości finansowych, których ks. Mariusz miał się dopuszczać.

- Przełożeni przenieśli mnie z Krakowa do zgromadzenia w Budziskach w diecezji sandomierskiej. Dlaczego? Trzeba byłoby zapytać moich przełożonych. Myślę, że po prostu była u nich inna myśl na placówkę w sandomierskiej diecezji. W zakonie na pierwszym miejscu jest posłuszeństwo, więc gdy skierowali mnie w inne miejsce, to musiałem się podporządkować - powiedział ks. Cywka.

Zapytałem o to przeniesienie również krakowskich trynitarzy, ale nabrali wody w usta. Najpierw poprosili o przesłanie pytań mailem, potem na niego nie odpowiedzieli, a następnie - za każdym razem, gdy przedstawiałem się przez telefon - przerywali połączenie.

Zaskakujące jednak, że były szef trynitarzy na Polskę i były rektor seminarium w Krakowie został przeniesiony do peryferyjnego klasztoru w Budziskach, a potem w 2012 roku został proboszczem małej parafii na drugim końcu Polski. Chodzi o kościół w Krępsku, czyli miejscowości w zachodniopomorskim (diecezji szczecińsko-kamieńskiej), która liczy ledwie kilkuset mieszkańców. Czy to degradacja po gwałtownym rozstaniu z zakonem?

- Nie, to był mój wybór. Szukałem diecezji, gdzie jest mało księży i dużo pracy duszpasterskiej. Na to moje zapotrzebowanie odpowiadała akurat diecezja szczecińsko-kamieńska. Tam się zgłosiłem, złożyłem dokumenty i abp Andrzej Dzięga mnie przyjął - mówi ks. Cywka.

Ksiądz złożył więc dokumenty na drugim końcu Polski, i to akurat w archidiecezji, którą od 2009 roku rządzi abp. Andrzej Dzięga - ten sam, który wcześniej był biskupem sandomierskim. Choć ks. Cywka zapewnia, że w Budziskach nie znał bp. Dzięgi, a ich drogi przecinały się przypadkowo, to byli klerycy z Krakowa mówią, że duchowni byli znajomymi. - Mariusz wielokrotnie mówił, że zna się z bp. Dzięgą - twierdzi Piotr.

Czy to więc abp Dzięga zapewnił ks. Cywce "miękkie lądowanie" w kościele diecezjalnym? Czy do abp. Dzięgi dochodziły wieści o molestowaniu i mobbingu, którego miał dopuszczać się jego podwładny? Kuria w Szczecinie zbywa te pytania jednym zdaniem: "Ksiądz dr Mariusz Cywka został przyjęty do Archidiecezji Szczecińsko-Kamieńskiej w drodze pełnej procedury kanonicznej zmiany inkardynacji duchownego". Przypomnijmy, abp. Dziędze zarzuca się tuszowanie pedofilii w Kościele.

Nawet jeśli ks. Mariusz został z zakonu wyrzucony, to jego degradacja nie trwała długo. W 2021 roku abp Dzięga dał mu probostwo dużej parafii w Międzyzdrojach. Wcześniej ks. Cywka został duszpasterzem środowisk twórczych i dostał od ministra kultury medal "Zasłużony dla Kultury Polskiej", a także zasiadał w Prezydenckiej Radzie Kultury w Szczecinie. - Wcale mnie to nie dziwi. Oni najpierw z hukiem upadają, potem czekają, aż kurz opadnie, a w końcu odradzają się gdzieś na drugim końcu Polski. I tam znów są bogami - puentuje były kleryk Marek.

Imiona Piotra, Jakuba, Dariusza, Marka zostały zmienione.

Czy wiesz, że możesz słuchać TOK FM przez internet bez reklam? W Radiu TOK + Muzyka zamiast reklam usłyszysz muzykę. Kup TOK FM Premium w promocyjnej cenie 1 zł za pierwszy miesiąc, później 13,99 zł za każdy kolejny.

Nie czekaj, wypróbuj Radio TOK FM bez reklam!

DOSTĘP PREMIUM