Mur na granicy stoi, uchodźcy nadal przedostają się do Polski. "Dałoby się naliczyć z dziesięć sposobów"

Mur miał zatrzymać uchodźców. Sprawdzają się jednak prognozy wielu ekspertów, którzy od początku mówili, że nie zda on egzaminu. - Dzisiaj było wezwanie do rodziny, w której było dwuletnie i czteroletnie dziecko. Więc w tej chwili to przechodzenie przez granicę polsko-białoruską nie jest jakoś szczególnie utrudnione - mówił w TOK FM Kamil Syller, prawnik i mieszkaniec Podlasia. Alarmował także, że na granicy jest za mało wolontariuszy.
Zobacz wideo

Rząd chwalił się, że zbudowanie zapory na granicy polsko-białoruskiej rozwiąże problem migrantów, którzy próbują przedostać się do Polski. Miesiąc po tym, jak zakończono prace nad murem, Kamil Syller, prawnik i mieszkaniec Podlasia ocenił w TOK FM, że płot nie zatrzymał uchodźców. - Ludzie przechodzą różnymi sposobami, pewnie w tej chwili dałoby się naliczyć z dziesięć. Łącznie z tym, że są im przecierane benzyną całe sekcje płotu, żeby można się go było lepiej trzymać przy wspinaczce. Są wręczane rękawice, talk używany na ściankach wspinaczkowych - mówił w "Światopodglądzie". 

Rozmówca Agnieszki Lichnerowicz dodał, że najłatwiejsze w tej chwili, dopóki nie ma jeszcze mrozów i zagrożenia hipotermią, jest przedostanie się do Polski przez rozlewiska. - Przechodzą tamtędy też dzieci, które można przenieść na rękach. Dzisiaj było wezwanie do rodziny, w której było dwuletnie i czteroletnie dziecko. Więc w tej chwili to przechodzenie przez granicę polsko-białoruską nie jest jakoś szczególnie utrudnione - ocenił wolontariusz.

Syller zastrzegł przy tym, że sytuacja uchodźców w dalszym ciągu jest tragiczna. - Są wypychani na polską stronę, oszukiwani, okradani. Także modus operandi białoruskiej straży granicznej i służb jest taki sam jak wcześniej. Przemoc, gwałty, śmierć, to coś, co jest elementem terroru, który ma opróżnić kieszenie tych ludzi i zniechęcić ich do powrotu na Białoruś - powiedział.

Po polskiej stronie, jak dodał, uchodźcy też nie otrzymują jednak odpowiedniej pomocy. Grupa Granica podała, że między 7 a 13 lipca ci, którzy niosą pomoc humanitarną na pograniczu dostali 159 próśb od ludzi przymusowo migrujących. - Są wycieńczeni, często pozbawieni wody, piją ją z kałuży czy z bagna - relacjonował Syller. Dodał, że często mierzą się również z tzw. stopą okopową, zranieniami czy złamaniami.

Tymczasem, jak mówił Syller, wolontariuszy zgłaszających się do pomocy jest coraz mniej, na pograniczu nie pojawiły się także, póki co, duże organizacje humanitarne. - To się opiera ciągle na mieszkańcach. Jest nas teraz kilkadziesiąt osób. To bardzo mało. Dlatego tak bardzo czekamy na pomoc i uwagę specjalistycznych organizacji - apelował aktywista. 

Posłuchaj całej audycji: 

DOSTĘP PREMIUM