Jak w USA wybierają prezydenta? "Nie przewidywali istnienia partii politycznych"
We wtorek 5 listopada amerykańskie wybory prezydenckie odbędą się po raz sześćdziesiąty. Termin to zwyczajowo wtorek po pierwszym poniedziałku listopada. Wyznaczono go w połowie XIX wieku z myślą o wyborcach tamtych czasów. Listopad był miesiącem po zakończonych zbiorach, gdy Amerykanie mieli więcej czasu. Zdecydowano się na wtorek, by nie łączyć wyborów z obrzędami religijnymi niedzieli, czy dniem targowym, który przypadał na środę.
Partie zagrażają istnieniu państwa
Wyborcy nie głosują bezpośrednio na prezydenta przez co może się okazać (ostatni raz zdarzyło się to w 2016 r.), że ten, kto w sumie zdobędzie więcej głosów, przegra wybory. Ostateczny kształt wyborów prezydenckich ustalono 220 lat temu, wprowadzając dwunastą poprawkę do amerykańskiej Konstytucji w 1804 r.
Gość audycji "Maciej Zakrocki przedstawia" prof. Zbigniew Lewicki, autor książki "Instytucja kolegium elektorów w amerykańskim systemie politycznoprawnym", tłumaczył, że skomplikowana konstrukcja tych wyborów wynika z samych początków amerykańskiej państwowości. Jak wyjaśniał amerykanista z Uniwersytetu kardynała Stefana Wyszyńskiego, niezależne stany, będące de facto osobnymi państwami, negocjowały wówczas, jak powinny wybierać wspólnego prezydenta. Podczas prac nad Konstytucją istniały trzy koncepcje wyboru: przez Kongres, przez władze stanowe i przez ogół obywateli. - A zwyciężyła czwarta - stwierdził gość Macieja Zakrockiego. - Żadna z tych trzech, w miarę oczywistych, nie zdobyła wymaganej większości i w pewnej desperacji wymyślono system obecnie obowiązujący, czyli system elektorów - tłumaczył.
To nie wszystko, co mamy dla Ciebie w TOK FM Premium. Spróbuj, posłuchaj i skorzystaj ze specjalnej oferty. Wejdź tutaj, by znaleźć szczegóły >>
Polegał on na tym, że każdy stan wybierał tylu elektorów, ilu miał łącznie członków w Kongresie i Izbie Reprezentantów. Dopiero oni dokonywali wyboru przesyłając swoje typy do stolicy. Ten skomplikowany system miał pomóc w wybraniu George'a Washingtona na pierwszego prezydenta i wtedy się sprawdził. Potem jednak stawał się coraz bardziej ułomny - Twórcy konstytucji nie przewidywali istnienia partii politycznych. Postrzegali Amerykę i Amerykanów jako taką jedną wielką rodzinę, która działa na rzecz dobra wspólnego i nie dzieli się na takie sztuczne twory jak partie - tłumaczył gość TOK FM. Przytoczył przy tym słowa samego Washingtona, który miał mówić, że partie to w ogóle zgroza, to dzieli kraj i zagraża istnieniu państwa.
Kompletnie nieważni
O wyborze prezydenta decyduje więc dziś oficjalnie grono 538 elektorów. Jak przekonywał prof. Zakrocki, sami elektorzy są "kompletnie nieważni jako osoby". - W każdym stanie odbywają się wybory, wygrywa jakaś partia republikańska albo demokratyczna i ona przygotowuje listę elektorów. I to jest czysto honorowe wyróżnienie tłumaczył. Na listę trafiają zasłużeni działacze, najwięksi darczyńcy. Nie mogą przy tym być to osoby pełniące jakieś funkcje, znajdujące się w systemie rządzenia. - Nikt tych ludzi nie zna, poza najbliższą rodziną - przekonywał, że nie mamy tu do czynienia z osobami znanymi publicznie.
Różne stany mają różne liczby głosów elektorskich - od trzech do rekordowych pięćdziesięciu czterech (Kalifornia). Ważnym elementem systemu jest to, że w każdym stanie zwycięzca bierze wszystko. Czyli nawet niewielka przewaga jednego kandydata powoduje, że wszyscy elektorzy głosują na niego. - Jak pamiętamy 2000 rok, Florydę i 527 głosów większości przy milionach oddanych głosów - stwierdził gość TOK FM. Wtedy wszystkie 30 głosów elektorskich z Florydy zdobył George Bush i pokonał Ala Gore'a 271 do 266. Żeby zostać prezydentem Stanów Zjednoczonych trzeba mieć poparcie 270 głosów w Kolegium Elektorskim.
Zgodnie z dwudziestą poprawką do amerykańskiej Konstytucji kolejny prezydent Stanów Zjednoczonych rozpocznie swoją kadencję w południe 20 stycznia w roku następującym do wyborach.