,
Obserwuj
Świat

Amerykanie mają zaciskać pasa. Od noworodka po emeryta. A zmusi ich ten, co oszczędzać nie musi

Anna Augustyn, Wojciech Kowalik
4 min. czytania
25.11.2024 18:47
Amerykański prezydent-elekt zapowiada wielkie oszczędzanie na rządowych wydatkach. Zadanie realizacji tej strategii powierza Elonowi Muskowi. Najbogatszy człowiek świata ma ciąć biurokrację i zbędne wydatki. Czy będzie to robił tak, jak robi to w swoich firmach?
|
|
fot. KENA BETANCUR/East News

Na początek o strategii. Konkretnie o strategii prezydenta-elektra Donalda Trumpa. Mówił o nie w kampanii przed listopadowymi wyborami. I opisywał ją w kilku słowach: rozmontowanie rządowej biurokracji, obcięcie niepotrzebnych wydatków, uproszczenie prawa i zorganizowanie od nowa agencji federalnych. I na przykład: znoszenie po wprowadzeniu każdego przepisu dziesięciu innych, zbędnych i skomplikowanych, bo koszt ich przestrzegania przerzucany jest na amerykańskie gospodarstwa domowe. Co znaczy, że chce zrobić to wszystko o czym nowe administracje marzą najmocniej, i co nigdy nikomu się nie udaje: wydawanie pieniędzy w super skuteczny, jasny dla wszystkich i sensowny sposób.

Zetki uśmierciły popularną branżę. To koniec 'normalnego' wina?

Skoro już wiadomo jaki jest cel, to teraz o środkach do tego celu. Czyli o taktyce. Środkiem do celu ma być Departament do spraw Efektywności rządu, po angielsku w skrócie DOGE, wymawiany jak "dołg", w wolnym przekładzie "pieseł", czyli tak jak nazwa kryptowaluty promowanej przez Elona Muska. To to właśnie on jest głównym bohaterem tego odcinka. Musk, który w czasie kampanii wyborczej Trumpa stał się jednym z jej najmocniejszych filarów. Bo wspierał ją nie tylko czynem czyli setkami milionów dolarów. Z których wszystkie zwróciły mu się z okładem, po tym jak jego firmy zyskały na wartości po wyborach. Ale też słowem. Na platformie społecznościowej X, wpisy Muska zyskiwały wielomilionowe zasięgi, a automaty promowały treści wpierające Republikanów. W ten sposób najbogatszy człowiek świata stał się jednym z bliskim współpracownikiem 47 prezydenta USA. Na tyle bliskim, że jego propozycje w sprawie nominacji nowego amerykańskiego sekretarza skarbu, już stanęły ością w gardle politycznej ekipie Trumpa. I podobno były tematem głośnej awantury w Mar-A-Lago, gdzie nowy prezydent spędza czas na zaprzysiężenie. I kompletuje skład nowej administracji. W tym skład komisji "oszczędnościowej", do której wejdzie oprócz Muska Vivek Ramaswamy, wykładowca uniwersytecki, były zarządzający w przemyśle farmaceutycznym, znany ze swoich libertariańskich poglądów. I teraz o tym o jakie pieniądze chodzi.

Współczesny "projekt Manhattan"

Donald Trump nazywa zadanie powierzone Muskowi współczesnym projektem Manhattan. Jak wiadomo, był to narodowy program opracowania bomby atomowej podczas II wojny światowej. Program, w którym bezpośrednio lub pośrednio brał udział niemal każdy Amerykanin, bo USA skierowały do niego wielkie zasoby narodowe. Czym się skończył? Historia mówi sama za siebie. Plan DOGE ma być tym samym. I zmienić bieg historii i pozycję Stanów Zjednoczonych. Ma oznaczać niemal 2 biliony oszczędności rocznie z 6 wydawanych przez rząd federalny i wszystkie jego agencje, czyli jedną trzecią. Z obecnych 400 różnych agend rządowych miałaby zostać jedna czwarta. Skoro nie będzie trzech czwartych obecnych instytucji federalnych, nie będzie również ich pracowników. Nie będą potrzebni, bo komisja miliardera ma przejrzeć wszystkie centralne wydatki. Większość ma trafić pod oszczędnościowy topór.

To, że pod topór trafią, nie znaczy, że zostaną stracone. Jedna trzecia wszystkich federalnych wydatków to pieniądze na opiekę zdrowotną i ubezpieczenie społeczne najstarszych Amerykanów. O tej części Trump mówił, że nie zostanie tknięta. W takim razie może 13 procent, które rząd wydaje na obronność? Podczas pierwszej kadencji Trumpa jego rząd zwiększył wydatki na ten cel, w drugiej obiecuje wzmocnić i zmodernizować armię. A więc też nie. Pozostaje 10 procent na obsługę długu zagranicznego. Założymy się, że i tutaj nic się nie wydarzy. Bo zawieszenie spłaty oznacza ogłoszenie niewypłacalności państwa, wysokie stopy procentowe i wzrost kosztów życia dla wszystkich Amerykanów. Pozostaje wsparcie dla edukacji, pomoc dla najuboższych oraz dla weteranów. Wszystkie te programy mają wsparcie po obu stronach politycznej barykady. Może zatem wystarczy zwolnić federalnych urzędników? I już?

Niekoniecznie. Rząd zatrudnia prawie 2,5 miliona osób, mieszkających w zdecydowanej większości poza stolicą. Cięcia w administracji mogą oznaczać problemy z prowadzeniem ruchu lotniczego czy zarządzaniem produkcją energii. Na dodatek 60 procent wszystkich federalnych urzędników pracuje dla obrony i spraw wewnętrznych w tym - straży granicznej. A to dla nowej administracji absolutny priorytet. Na sam koniec okazuje się też, że rząd wydaje na administrację tylko 5 procent rocznego budżetu. Zatem nawet skasowanie wszystkich do zera, nie będzie wielkim oszczędnościowym zwycięstwem. Jest też większy problem. Wszystkie cięcia, a zwłaszcza te, które dotyczą redukowania urzędniczych etatów, musi zatwierdzić Kongres. A tam z decyzjami może być różnie. Trump może spróbować omijać decyzje większości, ale będzie to oznaczać toczenie długich sądowych batalii w sprawie uprawnień prezydenta. Aż po Sąd Najwyższy, w którym konserwatyści z obozu Trumpa mają większość. Tyle, że czasu na działanie może potem zabraknąć.

Wnioski? Proste - wszystko to już było. Federalne cięcia próbował wprowadzić i Teodore Roosvelt i Ronald Reagan, wiele administracji w czasie pomiędzy tymi prezydenturami oraz kadencję temu sam Trump. Ze skutkiem - jak widać. Czyli właściwie bez skutku

Posłuchaj podcastu!