Wersja Błaszczaka i "kaskada niejasności" ws. rakiety. Co zrobi Duda?
- Ustalenia kontroli wskazują, że procedury i mechanizmy reagowania w takiej sytuacji zadziałały prawidłowo do poziomu Dowódcy Operacyjnego (gen. Tomasz Piotrowski –red.), który nie wywiązał się właściwie ze swoich obowiązków – powiedział w czwartek szef MON Mariusz Błaszczak. Jednocześnie polityk PiS zaprzeczył, że to on miał stać za tym, iż poszukiwań rakiety w grudniu zaniechano. A takie informacje podawał Onet. Z nadal nieoficjalnych informacji wynika, że pod Bydgoszczą pod koniec ubiegłego roku rozbił się rosyjski nieuzbrojony pocisk CH-55, który został wystrzelony z samolotu lecącego nad Białorusią. Jednak cała Polska – w tym sam premier Mateusz Morawiecki - dowiedziała się o sprawie dopiero w kwietniu, kiedy na szczątki rakiety natknął się przypadkowy człowiek.
Jak ocenił w "Wywiadzie Politycznym" TOK FM Marek Świerczyński, w całej tej sytuacji mamy do czynienia z "kaskadą niejasności". – Pięciominutowe oświadczenie Błaszczaka, bez pytań – co jest pewnym godnym pożałowania modus operandi MON – odnosiło się wyłącznie do tego rzekomego przemilczenia. Nie odpowiedziało na bardzo wiele pytań (…) – ocenił szef działu bezpieczeństwa i spraw międzynarodowych Polityki Insight.
Ekspert przypomniał, że szef Sztabu Generalnego Wojska Polskiego gen. Rajmund Andrzejczak mówił w środę, że informowano o wszystkim polityków, a on sam nie ma sobie nic do zarzucenia. – Mamy sytuację, w której szef MON i szef Sztabu Generalnego opowiadają dwie różne historie. Czekam na dalszy dialog – wskazał Świerczyński.
Tym bardziej, że do gry może wejść kolejny gracz, czyli Andrzej Duda. Wszystko dlatego, że tylko prezydent RP – zwierzchnik sił zbrojnych – może odwołać Dowódcę Operacyjnego w polskiej armii. - Piłeczka jest niejako przerzucona właśnie w stronę prezydenta. Z tego co nieoficjalnie słyszę, to tam będzie dłuższy namysł. Prezydent na pewno nie będzie się spieszył z decyzjami. Może chcieć wiedzieć więcej o sprawie, co nam się należy – zdradził gość Karoliny Lewickiej.
Bo – jak przypomniała prowadząca – pocisk miał lecieć nad Polską blisko 20 minut, zanim uderzył w ziemię w lesie pod Bydgoszczą. Nie zaalarmowano choćby ludności cywilnej o potencjalnym zagrożeniu z tym związanym. – Sytuacje wojenne wciąż nas zaskakują. Widać jak na dłoni, że nie mamy jasno wdrożonych i działających procedur. Dlatego ta sytuacja, jak mało która, zasługuje na prześwietlenie i wyjaśnienie do spodu, żeby wyciągnąć wnioski na przyszłość – podsumował ekspert.