Tomasz leczył depresję modlitwą i spowiedzią. "Tak mi doradzał ksiądz"
"(...) Nieustannie dokładałem sobie kolejnych praktyk religijnych. Jeszcze częściej chodziłem do spowiedzi. Tak mi doradzał ksiądz. Opowiadał mi o działaniu złego ducha, który atakuje właśnie zdrowie psychiczne. Byłem przekonany, że więcej modlitwy mi pomoże. Jeśli nie, to znaczy, że muszę się modlić jeszcze więcej, bo wchodzę na kolejne poziomy rozwoju duchowego" - opisywał Tomasz, jeden z bohaterów reportażu Moniki Białkowskiej pt. "Z woli Bożej. Historie duchowej przemocy".
Poniższy fragment pochodzi z książki autorstwa Moniki Białkowskiej pt. "Z woli Bożej. Historie duchowej przemocy", która ukazała 17 czerwca 2026 roku nakładem Wydawnictwa Znak.
(...) Jestem ateistą, wypisałem się z Kościoła oficjalnie, jak należy. Moja utrata wiary to był proces i skutek funkcjonowania w Kościele.
Przez wiele lat mieszkałem w mieście w zachodniej Polsce. Po drugiej stronie ulicy miałem nowo budujący się kościół. Proboszcz, który rozpoczął budowę, został odwołany, a nowy się wyróżniał: był aktywny, doskonale zintegrował środowisko wokół kościoła.
Przy parafii raz w miesiącu prawnik udzielał darmowych porad prawnych. Kiedy został komornikiem, nie mógł już dłużej tego robić. Ja również mam wykształcenie prawnicze, wówczas byłem na trzecim roku aplikacji, mieszkałem tuż obok, więc się zgłosiłem na ochotnika. W ten sposób poznałem lepiej proboszcza Krzysztofa.
Ksiądz zaprosił mnie na parafię, przyszedł do nas na kolędę. Udzielałem porad w parafii, uczestniczyłem w życiu religijnym. Ksiądz Krzysztof naprawdę był z tych wierzących księży. Budował kościół, potrzebował pieniędzy, ale nikomu nie odmówił pomocy. Stworzył fajną wspólnotę ludzi: organizował imprezy, zbierał razem różne grupy, to było naprawdę bardzo otwarte miejsce.
Po moje porady prawne przychodziły najczęściej starsze panie. To były proste sprawy, żadnej filozofii: komuś umarł mąż, komuś żona, jak zrobić testament, jak przeprowadzić sprawę spadkową. Często byłem zdziwiony, jak długa kolejka czekała. Ale też zdarzało się, że nie przyszedł nikt. Ksiądz Krzysztof wtedy znajdował dla mnie czas. Zaczęliśmy rozmawiać na coraz bardziej prywatne tematy. Moi rodzice byli wierzący, ale - jak to mówił ksiądz Kaczkowski - Panu Bogu się nie narzucali. Nikt mnie w niedzielę do kościoła nie wyganiał. Kiedy byłem nastolatkiem, nie byłem specjalnie religijny. Dopiero kontakt z księdzem Krzysztofem to zmienił.
W tym samym czasie zacząłem chorować na depresję. Dlaczego akurat na mnie to trafiło? Są dwa rodzaje depresji: endogenna i egzogenna, czyli uwarunkowana genetycznie lub neurochemicznie oraz nabyta po wystąpieniu określonych czynników zewnętrznych. Myślę, że jednym z takich czynników mogło być u mnie nieudane małżeństwo. Ale mój ojciec również miał depresję oraz epilepsję. Może to sprawiło, że byłem bardziej podatny?
Depresja spowodowała, że najpierw bardzo powoli, ale też metodycznie zacząłem się wyłączać, zacząłem siebie tracić. Moja relacja z księdzem była wtedy bardzo dobra, choć nie byliśmy na stopie partnerskiej, on nie był moim kumplem, dzieliła nas spora różnica wieku. Dużo jednak rozmawialiśmy, wiedział o moich problemach. Coraz bardziej zaczynało to przypominać kierownictwo duchowe.
Nie spowiadałem się, bo nie mogłem dostać rozgrzeszenia, żyłem w związku niesakramentalnym. Mieszkałem wówczas z partnerką, nie mieliśmy ślubu kościelnego. Ksiądz Krzysztof od samego początku sugerował nam życie w czystości. W pewnym momencie zacząłem więc chodzić do spowiedzi. Potem chodziłem coraz częściej, bo to przecież zły duch stał na przeszkodzie do mojego wyzdrowienia. Do tego dochodziło słuchanie modnych wówczas księży Glasa i Trojanowskiego. Robiłem sobie notatki z tego, co mówili. Nigdy nie doszedłem do momentu, w którym ktoś chciałby mnie wysłać do egzorcysty, ale słyszałem o takiej możliwości właśnie od księży z internetu. Czytałem też Gabriela Amortha, którego dwie książki dostałem od księdza w prezencie.
Ksiądz Krzysztof w ramach zaleceń religijnych uznał, że w moim przypadku leczenie psychiatryczne depresji absolutnie odpada. Jedyne, co powinienem zrobić, to udać się do psychologa, koniecznie chrześcijańskiego. Poszedłem więc do polecanej przez proboszcza pani psycholog. To była bardzo sympatyczna kobieta. Terapia trwała kilka lat, a mój stan tylko się pogarszał. Za to nieustannie dokładałem sobie kolejnych praktyk religijnych. Jeszcze częściej chodziłem do spowiedzi. Tak mi doradzał ksiądz. Opowiadał mi o działaniu złego ducha, który atakuje właśnie zdrowie psychiczne. Byłem przekonany, że więcej modlitwy mi pomoże. Jeśli nie, to znaczy, że muszę się modlić jeszcze więcej, bo wchodzę na kolejne poziomy rozwoju duchowego.
Depresja ma różne odcienie i zaburzenia towarzyszące. Jednym z tych zaburzeń mogą być halucynacje, również na tle religijnym. Nikomu tego nie polecam. U mnie najłagodniejszą ich formą było odczucie obecności Złego.
Potem przychodzą wizje. W ciągu dnia widzisz i słyszysz dziwne rzeczy. Możesz wyczuć zapach siarki. To takie klasyki katolickie, dowcipy, które robi chory mózg. Dzisiaj nie czytam ani nie oglądam horrorów. Ja je miałem w głowie, przeżyłem je. To było realne, wszystko zgodne z tym, co słyszałem albo czytałem u księdza Glasa, Trojanowskiego czy Amortha. Nie chcę nawet do tego wracać.
Zaczęła się szybka jazda w dół na wszystkich polach życia: rodzinnym, zawodowym. Nadal ksiądz odradzał mi zdecydowanie wizytę u psychiatry, poszedłem więc do neurologa sprawdzić, co się dzieje. W tomografii i innych badaniach nic nie wyszło. Pierwszą podejrzewaną chorobą, ze względu na obciążenie rodzinne, była epilepsja. Szybko została wykluczona, podobnie jak tętniak i inne choroby.
Nadal więc modliłem się i spowiadałem. Przytłaczały mnie liczne problemy. Dlaczego uwierzyłem wtedy księdzu? Dlaczego nie pomógł mi nikt inny? Moje małżeństwo nie było udane. Rodzice już nie żyli. Mam kolegę lekarza, ale on jest jeszcze bardziej religijny, niż ja wówczas byłem. Nikogo więcej nie miałem. Nie było oparcia, kogoś, kto by powiedział: "Co ty robisz?", i zwyczajnie zawiózł mnie do lekarza. Pierwszą osobą, która naprawdę ostro i jednoznacznie powiedziała, że potrzebuję opieki psychiatry, był tamten neurolog. Zdiagnozował ciężką depresję z koniecznością hospitalizacji. Dał mi tylko wybór, czy pojadę do szpitala dobrowolnie, czy ma wezwać karetkę i sanitariusze zawiozą mnie siłą. Pojechałem dobrowolnie.
Moje małżeństwo się rozpadło. Straciłem pracę. Zbankrutowałem. A w szpitalu usłyszałem, że jestem jedną z wielu ofiar: jednym z tych, którzy ze względów religijnych odmawiają leczenia lub trafiają na nie zbyt późno, próbując je zastępować praktykami religijnymi. Mnie to doprowadziło do ciężkiej, nieleczonej latami depresji. Cena była ogromna.
Gdybym był zdrowszy, gdybym miał umysł taki, jaki miałem wcześniej i jaki mam teraz, w ogóle nie byłoby problemu. To jest jasne, że idzie się do lekarza i bierze się leki. Nie ma dyskusji. Ale kiedy głowa jest w rozsypce, a od życzliwego człowieka z duszpasterskim autorytetem słyszy się rady, że potrzeba więcej wiary - to nie myśli się trzeźwo.
Straciłem wszystko. Potrzeba było dużo sił, żeby to odbudować. Wciąż to robię, choć tyle lat minęło.
Nie mam wielkich pretensji do Kościoła. Lubiłem przecież księdza Krzysztofa. Nasze ostatnie spotkanie po moim wyjściu ze szpitala było dziwne. Nie poszedłem już wtedy do kościoła. On przyszedł do mnie na kolędę. Posiedzieliśmy sobie i pomilczeliśmy z piętnaście minut. Potem usłyszałem, że zatrułem się grzechem i to jest moja wina. Że to był element walki duchowej, a ja tę walkę przegrałem, bo leki psychiatryczne zabijają duchowość. I tak to się skończyło.
Wcześniej przez lata słyszałem zachęty: że kościół się buduje, więc trzeba dawać na jego budowę. Ze dwa razy nawet zapłaciłem dziesięcinę, bo słyszałem, że jak się ją płaci, to się los poprawia. Przedziwne, co można zrobić z człowiekiem, który jest w fatalnym stanie.
Wiesz, jak się kończy depresja, prawda? Ponoć około dziesięciu procent chorych popełnia samobójstwo. Wielu więcej usiłuje to zrobić. W moim przypadku na szczęście nie skończyło się to śmiercią. Ale taka właśnie była cena za "kierownictwo duchowe" i brak leczenia.
W jaki sposób od choroby doszedłem do apostazji? Kiedy lekarze już postawili mnie na nogi i wyłączyli lęk oraz halucynacje, pan doktor powiedział, że dalsze narażanie się na kontakt z treściami religijnymi jest dla mnie ryzykowne. Może spowodować, że albo nigdy nie wyzdrowieję, albo będę wracał do szpitala. Okazało się, że duża część mojej religijności była oparta na silnym lęku. Kiedy leki wyłączyły lęk, skończyła się religijność. Nie powiem, że stałem się ateistą w szpitalu, bo to nieprawda. Przestałem jednak chodzić do kościoła. Pozbyłem się z domu wszystkiego, co się wiąże z religią. Nie ma u mnie ani jednej takiej książki, żadnych dewocjonaliów. Specjaliści powiedzieli, że jeśli chcę żyć normalnie i odzyskać swoje życie, to treści religijne muszą zniknąć, a ja ich posłuchałem.
Nie jestem wojującym ateistą. Nic z tych rzeczy. To jest moja druga w życiu rozmowa na ten temat. Pierwszą odbyłem z proboszczem, kiedy składałem akt apostazji. Rozmawialiśmy ze dwie godziny. Prosił, żebym się z tym nie wyrywał, żebym poczekał rok czy dwa. Poczekałem, żeby nie było. Nie jestem w gorącej wodzie kąpany. Jestem starszym panem, pozwalam sobie mieć czas. Ale zrobiłem to, żeby uratować siebie.
Od momentu, kiedy wyszedłem ze szpitala, nie doznałem już nigdy halucynacji ani podobnych zjawisk. Ale też nie wystawiam się na zagrożenia.
Mam do siebie straszny żal, że się nie leczyłem. Nie wychwyciłem w porę, że coś jest nie tak i trzeba wbrew księdzu pomaszerować jednak do lekarza. Lekarze tłumaczyli mi jednak, że niekoniecznie musiałem to wychwycić. A sugestie religijne zrobiły swoje.
Nie mam żadnych roszczeń do Kościoła, naprawdę. Mam już dzisiaj swoje życie. Ale to wygląda jak systemowy problem. Nie wiem, ilu jest ludzi podobnych do mnie, którzy zamiast do lekarza trafiają do księdza albo wprost na egzorcyzmy. Gdyby dostali odpowiednią terapię, leki, oszczędzono by im mnóstwo cierpienia. Mówię tutaj o chorych nie tylko psychicznie, lecz także neurologicznie. Nie musieliby potem zaczynać wszystkiego od nowa.
To nie był bunt ani gniew. To był instynkt samozachowawczy. Musiałem odizolować się od bodźców, od doktryny, od nastawienia, które doprowadziły do tego, że reagowałem w niewłaściwy sposób. A mijający czas sprawił, że mój ateizm się utrwalił i dziś naprawdę nie jestem człowiekiem religijnym. Argumenty tak zwanego Nowego Ateizmu dają dobrą podbudowę do zdrowego i sprawnego funkcjonowania. W ten sposób da się żyć. (...)
Posłuchaj: