Słynny warszawski wieżowiec i "klątwa rabinów". "Budowa trwała dziesiątki lat"
"(...) Przyszedł ksiądz proboszcz po kolędzie. Przywitał ich jako nowych mieszkańców, serdecznie, a potem zapytał jego, bo jej akurat w domu nie było, czy wie, co tutaj, w tym domu, na tym podwórzu się stało. On, że nie, nic kompletnie, a co? To lepiej, żeby pan nie wiedział, odparł ksiądz i zaczął się modlić. Chodził i święcił, gorliwie jakoś, zauważyła córka". Publikujemy fragmenty książki Pawła Piotra Reszki pt. "W tym domu już nie straszy. Reportaże o Żydach, Polakach i fatum".
Poniższe fragmenty pochodzą z książki autorstwa Pawła Piotra Reszki pt. "W tym domu już nie straszy. Reportaże o Żydach, Polakach i fatum", która ukazała się 3 czerwca 2026 r. nakładem Wydawnictwa Agora.
Wylewka
No, nieprzyjemnie jest.
Co im się spodobało w tym miejscu? Cisza, spokój, las obok, no i ten dom, tak trochę na wzgórzu, na lekkim wzniesieniu. Z miasta chcieli uciec. Znajomy ciągnik we wsi kupował, dowiedział się, że dom jest na sprzedaż, cena nie była jakaś okazyjna, choć budynek niewielki, ale wpadł im w oko, no i dojazd bardzo dobry, autobusem miejskim, w kilka chwil, nawet w samochód nie trzeba wsiadać. Chcieli tu drugą połowę życia spędzić, ona, już na emeryturze, wcześniej na uniwersytecie, na portierni, w szatni, różnie, praca fizyczna, on kierowca, pracował w pogotowiu, teraz w policji dorabia, ale jako cywil, autobusy prowadzi.
Sprzedali więc mieszkanie w mieście, coś tam jeszcze z rodzicowizny, bo mało było, i wprowadzili się. Dom akurat po remoncie, tylko płytki i panele trzeba było położyć, sprzedawała wnuczka Stanisława i jej mąż, spieszyło im się.
Dobrze wszystko się układało, żadnych obaw nie mieli, aż przyszedł ksiądz proboszcz po kolędzie. Przywitał ich jako nowych mieszkańców, serdecznie, a potem zapytał jego, bo jej akurat w domu nie było, czy wie, co tutaj, w tym domu, na tym podwórzu się stało.
On, że nie, nic kompletnie, a co? To lepiej, żeby pan nie wiedział, odparł ksiądz i zaczął się modlić. Chodził i święcił, gorliwie jakoś, zauważyła córka.
On oczywiście zaczął pytać na wsi, dowiedział się i aż go ścięło. Całe szczęście, tłumaczy, że ksiądz proboszcz ma magistra z egzorcyzmów, strasznie silne pole, modlitwą zapewnił pokój domowi i póki co nic się nie dzieje, nic nie straszy.
Teraz jednak, gdy się spotkaliśmy, dowiedzieli się więcej, wszystkiego właściwie. A po naszej pierwszej rozmowie on znów poszedł na wieś popytać, powiedział, że taki redaktor śledczy przyjechał i zaraz poruszenie: o co wypytuje? I rozwiązały się języki, więc on dowiedział się ostatnio więcej o tym Natanie, co go psy znalazły na polu, a chłopaki przynieśli, no i jeszcze, że jeden z krawców próbował uciekać z tego podwórza, przez płot, lejce mu zarzucili na szyję, odciągnęli, siekierami zarąbali.
Włosy na głowie stają. Żona z różańcem śpi, córka, dorosła już, mieszka gdzie indziej, radzi im dom sprzedać albo chociaż niech ksiądz jeszcze raz poświęcić przyjdzie. On dziś uważa, że pieniądze poszły na zmarnowanie, gdyby wiedzieli, na pewno by nie kupili.
No, nieprzyjemnie jest. Ze świadomością tego wszystkiego, co się stało. Tabliczkę z nazwiskiem starego właściciela zostawił, niech wszyscy wiedzą, kto za to odpowiada, kto tu mieszkał.
Sąsiadów też pytał, ale czy szczerą prawdę powiedzą, jak to jest rodzina tamtych? Razem gospodarzyli przecież, nawet prąd mieli wspólny.
Jakiś czas temu sąsiadka im powiedziała: złota szukajcie. Syn, który tu dawniej mieszkał, dziś w mieście, w sektorze bankowym, też: szukajcie złota, bo starsi ludzie mówią, że gdzieś jest. Na wsi coś mu musieli powiedzieć.
Więc on, gdy robił wylewkę w stodole, pomyślał sobie, a sprawdzę, może ktoś coś zakopał, ma wykrywacz metali, i to niezłej klasy, żona kiedyś kupiła mu na imieniny czy coś, przeszedł więc, przeszukał klepisko starym gruzem pokryte. Jakaś podkowa, gwoździe, poza tym nic nie było. Ale nie, on złota nie szukał, nie to było celem, na jakieś pamiątki liczył, coś, co po tamtych ludziach zostało, coś, co wskazywałoby, że ci Żydzi faktycznie tu byli, bo tak do końca w to nie wierzył i gdyby coś znalazł, to na pewno by przekazał odpowiedniej instytucji, IPN czy muzeum.
Zresztą to, że nic nie znalazł, nie zaskoczyło go, bo wiedział, że ten, co tu mieszkał przed nimi, mąż wnuczki Stacha, całe obejście z wykrywaczem schodził. To mu kolega przekazał, który był świadkiem.
I dobrze, że nic nie znalazł wtedy przed wylewką w swojej stodole, bo jak z tym księdzem rozmawiał na jakieś drugie święta, że ludzie mówią, że złoto może być, to proboszcz kategorycznie, że lepiej nie, lepiej dać sobie spokój, bo takie znalezisko może być niebezpieczne, lepiej nie znajdować.
Nie jest to wszystko przyjemne. Tym bardziej że nie wiadomo, kiedy w ich życiu nagle ta sprawa znów nie wyskoczy, w którą przypadkowo zostali wplątani. Może ktoś z Żydów będzie chciał przyjechać, dom zobaczyć, zdjęcia porobić, wiadomo przecież, jacy oni są uczuciowi.
Tyle człowiek o tym myśli teraz, dodaje on, bo też nie jest tak, że coś się urywa i koniec, grzechy rodziców przechodzą na dzieci, na pokolenia, nie ma tak, że to wszystko w niepamięci ginie. Jest fatum. W tej rodzinie, która tu mieszkała wcześniej, za dobrze nie było, żyli tu chwilę, kłócili się cały czas, dom sprzedawali, bo się rozchodzili. A syn Stacha, ojciec tej pani właśnie, która tu mieszkała, skończył tragicznie, spalił się w swoim mieszkaniu w mieście. To wszystko, to, że tak zginął, a nie umarł jak normalny człowiek, to nie jest przypadek. Tak miało być, gdzieś kara jest na każdego za zło, które się zrobiło, ono wraca. (...)
Rabin. Sny
Dowiedziałem się właściwie zaraz po tym, gdy pierwszy raz przyjechałem do Warszawy. Nie pamiętam już dokładnie od kogo, to było ponad dwadzieścia lat temu, pewnie od ludzi z naszej gminy. Więc przekazano mi, że jest taki pogląd, popularny w Warszawie, że ten wielki tak zwany Błękitny Wieżowiec na Placu Bankowym został przeklęty przez rabinów. Stoi w miejscu, gdzie kiedyś znajdowała się Wielka Synagoga, którą Niemcy wysadzili w powietrze. Rabini, którzy nie chcieli zaakceptować faktu, że będzie tu teraz biurowiec, rzucili klątwę i przez to budowa trwała dziesiątki lat, wciąż nie udawało się jej ukończyć. Przyjąłem to do wiadomości. Sam nigdy nie spotkałem się z przypadkiem, by rabin coś lub kogoś przeklinał. By rzucał urok.
Pracowałem w Warszawie jako rabin pomocniczy, a wcześniej w Katowicach jako rabin. W Polsce spędziłem trzynaście lat. Pochodzę z Kansas City, matka była nauczycielką, ojciec lekarzem. Zostałem rabinem, bo uznałem, że się do tego nadaję. Że to może być moja droga. Rabin oczywiście musi umieć rozmawiać z ludźmi, ale przede wszystkim ważne jest, by potrafił przekształcić czytany tekst religijny w metafory zrozumiałe dziś.
Dostawałem różne wiadomości od Polaków, nie-Żydów, z prośbą o pomoc. Zwłaszcza często w tych mailach pytano mnie o sny. Na przykład pewna kobieta z Tarnowa wraz z rodziną wprowadziła się do kamienicy przed wojną zamieszkanej przez Żydów. Zaczęli jej się śnić paleni, błagający o pomoc ludzie. Zwłaszcza pewien chłopiec, bardzo często. Miał w połowie spaloną twarz. Żydowscy lokatorzy tego budynku zostali zamordowani w czasie wojny, tuż obok był plac, na którym kiedyś stała synagoga, też zniszczona. Dziadek autorki maila, wedle tego, co napisała, w czasie wojny pomagał Żydom, przez to omal nie zginął. Ona sama pytała, czy jest możliwość, by rabin przeprowadził w jej mieszkaniu egzorcyzm - ksiądz katolicki już próbował, dodała, ale bez rezultatu. Zaoferowałem jej moją pomoc, ale nie w egzorcyzmach, w żydowskiej tradycji nie występują. Mogłem zmówić modlitwę za zmarłych, starać się wesprzeć autorkę listu, okazać współczucie w trudnej sytuacji, w jakiej niewątpliwie się znalazła.
Albo inna wiadomość, od mieszkanki Warszawy. W jej snach regularnie pojawiała się żydowska młoda dziewczyna z długimi czarnymi włosami. Pytana, wymieniała swoje imię. Kobieta, która przysłała mi tę wiadomość, zauważyła, że dom, w którym mieszka, stoi na terenie getta. Chciała, by dziewczyna odeszła, pytała, czy mogę odmówić kadisz. O ile była taka możliwość, oczywiście spełniałem takie prośby.
Zasada, którą przyjąłem przy rozwiązywaniu tego typu przypadków, pochodzi z Gemaryl i mówi, że sny podążają za ich interpretacjami. Sny, o których mi pisano, starałem się przede wszystkim potraktować jako punkt wyjścia do dialogu na temat tego, kim jest osoba, która zwraca się do mnie o pomoc, i na jakim etapie swojego życia się znajduje. I wtedy próbowałem zrozumieć, co taki sen konkretnie dla niej oznacza. Oczywiście, gdy była taka wola z drugiej strony. Myślę, że ta zasada ma też zastosowanie w przypadku Błękitnego Wieżowca. Gdy ktoś uważa, że budowa biurowca w mieście, którego żydowska społeczność została unicestwiona, w miejscu tak ważnym dla Żydów, trwała tak długo z powodu przekleństwa rabinów, to rodzi przede wszystkim pytanie o tę osobę. O to, co czuje.
Yehoshua Ellis
Posłuchaj: