,
Obserwuj
Polityka

Na weselu usłyszała: "Für Deutschland! Wy od Tuska?". Teraz ściszają głos, gdy mówią po niemiecku

7 min. czytania
11.10.2023 06:31

Gdy rozmawiała z partnerem po niemiecku, usłyszała: "Für Deutschland! Wy od Tuska?". Miała odpowiedzieć, że należy do mniejszości niemieckiej, ale ugryzła się w język. Bała się, że mężczyzna ją zaatakuje, krzycząc: "Do Berlina!". To przecież teraz nieformalne hasło kampanii Prawa i Sprawiedliwości. Skanduje je premier i politycy PiS, a w końcu ich wyborcy.

|
|
fot. Patryk Ogorzałek / Agencja Wyborcza.pl

Niedawno Anna pojechała do Tarnowa na wesele koleżanki. Bawiła się z partnerem na parkiecie, a później usiadła z nim przy stoliku i rozmawiała po niemiecku. Nagle zza pleców usłyszała męski głos: "Für Deutschland! Wy od Tuska?". Szybko przypomniała sobie tę zbitkę skojarzeń, za którą stoi TVP. Od dwóch lat "Wiadomości" faszerują swoje materiały wycinkiem z archiwalnego przemówienia lidera opozycji: "Für Deutschland".

- Nie, a dlaczego od Tuska? - zapytała już po polsku.

- Jak to, nie? Przecież słyszę. Miejsce tego zdrajcy jest w Berlinie! – burzył się mężczyzna.

W ostatnim momencie ugryzła się w język. Miała mu powiedzieć, że nawet nie głosuje na Tuska, a rozmawia z partnerem po niemiecku, bo oboje należą do mniejszości niemieckiej. Bała się jednak, że to tylko pogorszy sprawę. Że mężczyzna ją zaatakuje, krzycząc: "Do Berlina!". To przecież teraz nieformalne hasło kampanii Prawa i Sprawiedliwości. Słychać je na partyjnych konwencjach i w Sejmie. Skanduje je premier Mateusz Morawiecki i politycy PiS, a w końcu ich wyborcy.

- Zastanawiam się, jak zaprojektowano ten lęk, który na końcu poczułam w Tarnowie. Ludzie ze sztabu partii usiedli nad kartką papieru i co? Wymyślili ciąg skojarzeń, który miał zrobić zdrajcę z przeciwnika politycznego? A więc: Niemcy-kolaboracja-Tusk? Pasuje? To teraz trzeba czymś te hasła wypełnić. Może: "Niemcy wpuściły do Europy milion imigrantów, a ci gwałcą kobiety"? Tak, jest dobrze, bo mamy już zagrożenie. A że Tusk jest kolaborantem Niemiec, to na pewno chce to zagrożenie sprowadzić do Polski. Trzeba się przed nim bronić i go wygnać z kraju, inaczej Polki zostaną zgwałcone… Gdy to mówię na głos, brzmi absurdalnie - rozkłada ręce Anna.

Tak brzmi, ale jest prawdziwe. W sierpniu Mateusz Morawiecki grzmiał w Sejmie, że politycy KO razem z niemieckimi "realizują plan wpuszczania setek tysięcy nielegalnych imigrantów do Europy, w tym do Polski". - Oni są śmiertelnie niebezpieczni. Bo ci nielegalni imigranci będą relokowani do miast, miasteczek i wsi – straszył. Odtąd regularnie podchwytują to politycy PiS, zestawiając słowa "imigranci" z "gwałtami i przestępstwami".

Pod tymi wystąpieniami sypią się komentarze w mediach społecznościowych: "Niemcy do Berlina!", "Kupmy im bilet do Niemiec i zapakujmy do pociągu". Niedawno dziennikarka "Faktów" TVN usłyszała od zwolennika PiS: "Won, szwabski pociotku!".

- Czy to nie przypomina scen z filmów dokumentalnych o Marcu’68? Wtedy padały teksty: "Syjoniści do Syjonu" i "Żydzi do Izraela". Oczywiście, teraz tak groźnie jeszcze nie jest. Ale czy politycy już nie powinni odłożyć tych zapałek? Urodziłam się w Polsce, tutaj żyję i mam takie same prawa jak pan Morawiecki. Nie chcę się tłumaczyć z mojej niemieckiej narodowości. Nie chcę być odsyłana do Niemiec. Nie chcę być wyrzucana z własnego domu – podkreśla moja rozmówczyni.

Ściszają głos, gdy mówią po niemiecku

Rudolf Urban mówi o sobie: obywatel Polski narodowości niemieckiej. Jest dziennikarzem, germanistą i historykiem. Tutaj się urodził, tutaj dorastał, tutaj założył rodzinę. Tutaj pracuje i tutaj płaci podatki. Tutaj głosuje. - Mam w Niemczech braci, ale nigdy tam nie przebywałem dłużej niż dwa miesiące w roku. Mimo to zdarza mi się teraz słyszeć: "Bo wy tam, w Niemczech...". Ale ja przecież tam nie mieszkam. Co dzieje się za Odrą, to nie moja działka – stwierdza.

Takich osób jak on jest w Polsce 132 tys. Odkąd PiS wznieciło niemieckie fobie, w tej mniejszości narasta niepokój. - Widzimy, że jak pada hasło" "Tusk do Berlina!", to w internecie rusza nagonka. U niektórych osób z naszej mniejszości narastają obawy. Rzadziej używają języka niemieckiego w miejscach publicznych albo robią to ciszej. Wolą się nie afiszować, żeby nie mieć problemów. By nie usłyszeć pod swoim adresem czegoś niemiłego. To widoczny efekt antyniemieckiej retoryki rządu PiS. Jeszcze kilka lat temu nikt nie zastanawiał się dwa razy, zanim coś powie po niemiecku w kawiarni czy autobusie – tłumaczy.

Jak dodaje, niektórzy wolą nie ujawniać swojej narodowości, bo boją się, że zostaną wzięci za "Niemców z Niemiec" i będą musieli tłumaczyć się z niemieckiej polityki "swojego rządu". A większość z nich nie ma o niej bladego pojęcia.

- Pana premierem jest Mateusz Morawiecki? - pytam.

- Niestety tak – odpowiada.

- To czego dowiaduje się pan o sobie od swojego premiera?

- Słyszę, że słowo, którym określam swoją narodowość, stało się obraźliwe. Przymiotnik "niemiecki" w jego ustach jest inwektywą. Tuska nazywa "niemieckim politykiem", a PO "niemiecką partią", by w nich uderzyć. Jeśli ktoś nie myśli jak PiS, to odmawia się mu prawa do bycia Polakiem i określa się go "Niemcem". A ten jest synonimem zła. Jakby najgorsze, co mogło się człowiekowi przytrafić, to bycie Niemcem. Nie biorę tego do siebie, bo wiem, w co grają politycy obozu rządzącego. Ale uważam, że to niebezpieczne – podkreśla.

Zdaniem mojego rozmówcy za tę antyniemiecką nagonkę odpowiadają osobiste fobie Jarosława Kaczyńskiego, które od wielu lat dają o sobie znać. Rudolf Urban przypomina sobie 2011 rok, kiedy prezes PiS mówił o Ślązakach jako "zakamuflowanej opcji niemieckiej". - Ta fobia w nim tkwi i wraca, gdy jego partia potrzebuje wroga. Teraz ma realnego na Wschodzie, ale chce jeszcze drugiego na Zachodzie. W takich kleszczach między Rosją i Niemcami można najlepiej tworzyć politykę opartą na straszeniu ludzi – wyjaśnia.

W jego ocenie zagrożenie ze strony Niemiec nie jest realne, dlatego trzeba się napracować, by je wykreować. Oprócz wspomnianego wcześniej ciągu skojarzeń: Niemcy-imigranci-gwałty, politycy PiS odgrzewają więc inne. Jarosław Kaczyński mówił, że "Niemcy na bazie Unii Europejskiej budują IV Rzeszę". - Gdy to usłyszałem, to ręce mi opadły. Bo jak można porównywać jakikolwiek kraj w Unii Europejskiej do tego zbrodniczego państwa, jakim była III Rzesza. Czy współczesny rząd niemiecki planuje budować obozy koncentracyjne? Przecież to straszna bzdura. Ale dla pana Kaczyńskiego każde porównanie jest super, byle tylko osiągnął swój cel. Czyli żeby zdemonizować Niemcy i połączyć je z Tuskiem – twierdzi Rudolf Urban.

"Jeśli będzie tak dłużej, nastąpi tąpnięcie"

W ostatnich dniach kampanii prezydenckiej roku 2005 "bulterier" PiS-u Jacek Kurski opowiedział w mediach, że dziadek Donalda Tuska wstąpił na ochotnika do Wermachtu. Ta "wrzutka" zadziałała – lider PO przegrał wybory, a prezydentem został Lech Kaczyński. Pokazało to jednocześnie, że u części Polek i Polaków nadal żywe są antyniemieckie resentymenty.

- Później jednak one były coraz mniej odczuwalne, aż PiS postanowiło je ożywić na nowo. Wróciło do tematu reparacji. Mówi, że Niemcy próbują wybielić się ze swoich win z czasów II wojny światowej i nie mają ani krztyny poczucia honoru, by zapłacić Polsce odszkodowania. Odżył kompleks biedniejszego sąsiada. Bo Polska została zrujnowana przez hitlerowskie Niemcy, później wpadła do bloku wschodniego i dopiero kilkadziesiąt lat później mogła zacząć odbudowywać swój dobrobyt. A część Niemiec od razu trafiła do zachodniego świata, gdzie szybko się bogaciła. Teraz winni wojny są na wyższym poziomie niż my, którzy zostaliśmy przez nich pokrzywdzeni. To – za sprawą PiS – znów drażni niektórych Polaków – tłumaczy Rudolf Urban.

Właśnie tego najbardziej obawia się mój rozmówca – że wspomniane rozdrażnienie Polaków w dłuższej perspektywie przełoży się na wzrost niechęci obu narodów do siebie. - Na poziomie politycznym oba kraje mają najgorsze stosunki od lat. Ale na razie zwykłym relacjom międzyludzkim to bardzo nie szkodzi. Bo są oparte na wzajemnej pomocy i przyjaźni. Polityka nie jest w stanie tak szybko tego zniszczyć. Gdyby jednak Polska chciała ją dłużej prowadzić, to obawiam się, że w relacjach międzyludzkich nastąpi tąpnięcie - tłumaczy.

Jak dodaje, póki co samorządy i uczelnie z obu stron granicy kontynuują współpracę, a niemieckie firmy dalej inwestują w Polsce. - Ale czy dalej tak będzie, jeśli relacje polityczne między oboma krajami będą się tylko pogarszać? Jest takie niemieckie powiedzenie: "Der ton macht die musik", co można przetłumaczyć: "Dźwięk tworzy muzykę". A więc ton, w jakim podejmujemy dyskusję, wpływa na jej przebieg. Jeżeli rozmowę zaczynamy od nazwania drugiego wrogiem, to jak długo on będzie w niej uczestniczył? - pyta retorycznie Rudolf Urban.

W jego ocenie na razie niemieccy politycy unikają jak ognia reagowania na zaczepki polityków PiS. Dlatego partia Jarosława Kaczyńskiego czuje się bezkarnie i nie musi obawiać się riposty. - Może sobie dalej walić w Niemców, bo ci wolą nie odpowiadać, nie dawać paliwa do kolejnych ataków. Wiedzą, że każda ich wypowiedź o PiS urasta w Polsce do rangi skandalu - ocenia.

Tak było, gdy lider Europejskiej Partii Ludowej Manfred Weber stwierdził, że "każda [europejska] partia musi zaakceptować państwo prawa. To jest zapora przeciw przedstawicielom PiS-u w Polsce, którzy systematycznie atakują państwo prawa i wolne media". Politycy PiS i media rządowe wszczęli alarm: "Niemcy mieszają się w nasze sprawy!". Premier Morawiecki wezwał Webera do debaty, a ten odmówił. - Jego wypowiedź była w Polsce głównym tematem. Dlatego dzisiaj jest u nas pewnie bardziej rozpoznawalny niż w Niemczech – stwierdza.

Rudolf Urban zwraca jednak uwagę, że milczenie polityków z Berlina może się skończyć. Nie spodziewa, że tamtejsi rządzący dokonają odwetu, ale prędzej czy później może to zrobić skrajnie prawicowa partia Alternatywa dla Niemiec. - Może odpowiedzieć bronią PiS-u, a więc straszeniem i szczuciem, tyle że na Polaków – stwierdza mój rozmówca.

"Lodowaty cynizm" Janusza Kowalskiego

Anna, która na weselu w Tarnowie usłyszała "für Deutschland!", oglądała niedawno filmik z konferencji Janusza Kowalskiego, polityka Solidarnej Polski. Zorganizował ją na ulicy w Opolu, by wykrzyczeć: "Zrobię wszystko, aby na pierwszym regularnym posiedzeniu Sejmu RP przyjąć ustawę znoszącą przywilej wyborczy dla mniejszości niemieckiej. Aby już żaden poseł mniejszości niemieckiej nie zagłosował przeciwko bezpieczeństwu Polski". Oskarżył o to posła Ryszarda Gallę, który nie chciał podnieść ręki za budową zapory na granicy polsko-białoruskiej.

Na krzyk Kowalskiego zareagowała przechodząca chodnikiem przedstawicielka mniejszości niemieckiej. - Nie jest panu wstyd, panie pośle? Wstydziłby się pan, ludzie tu żyją od pokoleń. My nikomu nie przeszkadzamy, myśmy się zżyli tutaj ze wszystkimi ludźmi (…) Niech pan zostawi tych ludzi. Ja panu coś powiem, trochę kultury osobistej by się przydało. Jest stare przysłowie: jeżeli czynisz, czyń rozważnie, a zważaj na koniec – powiedziała, po czym odeszła, a poseł pozostał niewzruszony.

- Za to mnie oczy się zaszkliły. Proste i prawdziwe słowa starszej kobiety kontra cynizm polityka. Nieprawdopodobne, że ten lodowaty cynizm wraca. Przecież wiadomo, jak w przeszłości skłócał narody i doprowadzał do tragedii. Gwałtownie urywał pojedyncze historie: miłości i przyjaźni. Zadawał ludziom tylko ból. Niewiarygodne, że wraca! - podsumowuje Anna.

Źródło: TOK FM